Opowiadanie użytkownika 0bi1

Druga czekoladka cz. 1

local_library113 comment0 thumb_up1
Druga czekoladka - część 1
17-02-2018 20:38

    Martę znałem niemal od dziecka. Mieszkaliśmy na tym samym osiedlu, wybudowanym w czasach późnego Gierka, gdzie wszystkie domy były niemal jednakowymi kostkami – taki rodzaj kubizmu komunistycznego. Ich wnętrza też się zbytnio nie różniły, bo w sklepach dostępnych było zaledwie kilka wzorów mebli, a właściwie meblościanek. I wejście w ich posiadanie wymagało niemało zachodu. Albo trzeba było się zapisywać, dostać przydział, albo odstać swoje w kolejce, kiedy dostało się cynk, że będzie dostawa. A najpewniejszą metodą było „załatwianie”. Najlepiej przez osoby mające kontakty w sklepie, fabryce mebli lub wysoko postawione w hierarchii partyjnej.


    Ale wracając do Marty, była bardzo ładnym dzieckiem, z którego wyrosła prawdziwa piękność. W podstawówce większość chłopców podkochiwała się w jej wielkich, błękitnych oczach, o niewiarygodnie długich rzęsach, uśmiechu odsłaniającym dwa rzędy równiutkich ząbków, małym nosku, gładkiej cerze, całkowicie pozbawionej jakichkolwiek skaz, gęstych długich blond włosach, ale przede wszystkim w doskonałej figurze – tak proporcjonalnej, że podświadomość napędzająca wydzielanie hormonów, wskazywała ją, jako genetycznie najlepszy materiał na matkę. Dodatkowym atutem był przemiły charakter, dzięki któremu obdarzała uśmiechem wszystkich, wprawiając w dobry humor, ale też dając nadzieję nawet największym brzydalom i niedojdom, że wcale nie są gorsi od wysportowanych i pewnych siebie cwaniaczków. Życie pokazało jak wiele miała w tym racji, bo po latach osiłki w większości pracowali fizycznie, natomiast wyśmiewani, zakompleksieni i trochę przez swoją inność izolowani nieudacznicy, skończyli studia i robią kariery w różnych branżach. Kobiety wyczuwają, który samiec jest w stanie zapewnić dostatnie życie im i ich potomstwu. Jednak nawet najmądrzejsze z nich, czasem pod wpływem impulsu, hormonów lub chwilowej słabości, nie potrafią się oprzeć urokowi mięśniaka.


    Ja w tamtym czasie nie byłem ani zbytnio umięśniony, ani szczególnie przystojny, ale moja propozycja wspólnego wyjazdu pod namiot spotkała się (ku mojemu zaskoczeniu) z pozytywnym przyjęciem. Nie mogłem uwierzyć w swoje szczęście. Marta miała szesnaście lat, a ja byłem od niej o trzy starszy, więc już pełnoletni. Po przyjeździe na pole namiotowe, zameldowaniu się i opłaceniu, rozejrzałem się za jakimś miejscem na uboczu i znalazłem takie - właściwie w samym narożniku. Tam rozbiłem namiot i zainstalowaliśmy się ze swoimi gratami. Do jeziora mieliśmy około 100 metrów, poszliśmy obejrzeć plażę, pomost i zjeść rybkę z frytkami. Wróciwszy do namiotu, przebraliśmy się – ja w kąpielówki, a Marta w bikini. Oczywiście każde z nas osobno zamykało się w namiocie – jak do tej pory, byliśmy przecież tylko przyjaciółmi. Kiedy pierwszy raz zobaczyłem ją w stroju kąpielowym, musiałem bardzo mocno się pilnować, żeby nie gapić się na jej doskonałą figurę, choć robiłem to z największym trudem. W dodatku mój wacek zaczynał reagować na oglądany kątem oka przepiękny, pełny biust, malutką dupkę „w gruszkę” i sztywne włoski odciskające się z przodu na dolnej części bikini.

- Kto ostatni w wodzie, szykuje kolację – rzuciłem, żeby jak najszybciej schłodzić wodą nadciągającą erekcję.


    Wystartowaliśmy równo, ale byłem szybszy. Marta chwilę tylko popływała i wyszła na plażę pozbierać nasze ręczniki i napoje, rozrzucone w trakcie biegu. Pomyślałem, że muszę sobie zwalić, bo jak tego nie zrobię, to słońce spali mi plecy. Do góry kołem nie będę mógł leżeć. Teraz już wiedziałem, że jeśli się położę przy prawie nagiej Marcie, mój człon będzie sztywny nieustająco. Odpłynąłem za szuwary i szybko zmarszczyłem freda. Dobrze, że tak zrobiłem, bo zaraz po wyjściu z wody i wytarciu się ręcznikiem, zostałem poproszony o posmarowanie pleców. Nie wiem, czy Marta zrobiła to, by ułatwić mi smarowanie, czy miała w tym jakiś inny cel, ale rozpięła stanik, dzięki czemu mogłem bez przeszkód rozprowadzać olejek od szyi, aż do dolnej części bikini. Pierwszy raz miałem taki kontakt z jej ciałem – zresztą w ogóle z ciałem kobiety. Było takie gładkie, mięciutkie, gorące i pokryte delikatnym meszkiem. Musiałem je szybko posmarować, bo moja bestia pod wpływem dotyku tej doskonałości, znów zaczęła budzić się do życia.

- Jeszcze uda – zamruczała niewinnie, jakby nie mając świadomości co się dzieje w moim sercu, a zwłaszcza w majtkach.

Sam widok takich długich, szczupłych nóżek rozpalał mnie do czerwoności, a co dopiero ich głaskanie naoliwionymi dłońmi. Szybko się uwinąłem i położyłem na swoim ręczniku, plecami do góry. Tylko tak mogłem ukryć erekcję, będąc w samych kąpielówkach.

- Posmaruję ci plecy, żebyś się nie spiekł – powiedziała zapinając swój stanik i biorąc olejek do ręki.


    Nie dość, że przed oczami wciąż jeszcze miałem wspomnienie widoku jej nóg, dupeczki i nagich pleców, to jeszcze dotykała mnie swoimi delikatnymi dłońmi. Mój fiut już nie mieścił się w kąpielówkach, połowa wystawała, przyciśnięta brzuchem do ręcznika. Teraz żałowałem, że nie strzepałem dwa razy – może byłoby łatwiej nad nim zapanować. Zrobiłem to podczas kolejnej kąpieli i jakoś udało mi się dotrwać do kolacji. Wieczorem, po prysznicu, wypiliśmy przed snem białe wino i ubrani w majtki i koszulki wskoczyliśmy do swoich śpiworów. Rozmawialiśmy o różnych sprawach, ale myślami byłem gdzie indziej. Szukałem pomysłu, jak zbliżyć się do niej bardziej. Niby zgodziła się na ten wspólny wyjazd, ale to znaczyło tylko tyle, że darzyła mnie zaufaniem. Nie chciałem go zawieść i wyjść na napalonego gnojka. W pewnym momencie, niepewnym głosem zapytała, czy nie myślałem czasem o tym, żebyśmy byli razem. Kopara mi opadła! To ja się głowię, jak tu zagaić, a ona ujęła to w sposób tak prosty i oczywisty!

- Chciałem cię spytać o to samo, tylko nie wiedziałem jak to ująć – wyszeptałem pełen entuzjazmu, nachylając się w poszukiwaniu jej ust. Całowałem je długo i namiętnie, oddech Marty stawał się płytki i krótki.

  • Połączmy śpiwory – poprosiłem.

Połączenie ich pozwoliło na przytulenie się do siebie, a przy okazji ułatwiło mi sięgnięcie do piersi, okrytych tylko cienkim materiałem koszulki. Wróciłem do całowania, jednak nie poprzestałem na ustach. Pieściłem uszy i szyję, oczy i czoło, policzki i nos. Zrobiło się bardzo gorąco.

- Gorąco. Zdejmijmy ciuchy – wyszeptałem.

- Ale wiesz, ja nigdy tego nie robiłam – powiedziała spłoszona.

- Nigdy się nie rozbierałaś? Przecież nawet dzisiaj robiłaś to kilka razy – zażartowałem, żeby ją ośmielić.


    Sam pozbyłem się już koszulki, więc poszła za moim przykładem. Żałowałem, że jest tak ciemno i nie nacieszę oczu widokiem jej cudownych piersi. Ale ich dotyk mi to wynagrodził. Były takie duże, mięciutkie i gorące, że natychmiast wtuliłem w nie twarz, rękami dociskając je do policzków. To było cudowne uczucie – ciepła otaczającego moją twarz, zapachu dziewczęcej skóry i odgłosu przyspieszonego bicia jej serca. Zakochałem się na zabój! Całowałem te śliczne piersi, zasysając brodawki jak niemowlę domagające się pokarmu. Ale pomimo tego, że czułem się wspaniale, mogąc dotykać piersi, o których marzyli moi koledzy, to jednak zamierzałem pójść za ciosem i dobrać się do skarbu ukrytego niżej. Moje dłonie pozostały na gorących wzgórzach, ale usta podążyły po brzuszku w stronę majtek, skrywających wciąż jeszcze dziewicze łono. Nie wyobrażałem sobie, żeby długo mogło takim pozostać, jak już raz dostałem zielone światło. Jeśli nawet nie dziś, to z pewnością do naszego wyjazdu zerwę banderolę. Na razie całowałem jej muszelkę przez materiał. To nie była jakaś wyszukana koronkowa bielizna, tylko zwykłe , dziewczęce, bawełniane majtki. Ale zapach młodziutkiej cipki i świadomość nietknięcia jej przez nikogo jak dotąd, działały na mnie tak podniecająco, że gdybym po południu nie strzepał dwa razy, to teraz spuściłbym się w gacie. Na szczęście trzymałem się twardo.


    Przesunąłem się jeszcze niżej, całując uda, kolana, łydki i stopy, ale jednocześnie moje dłonie sięgnęły do gumki majtek i przy lekkiej pomocy ze strony Marty, która uniosła pupcię dla ułatwienia, pozbawiłem ją ostatniej części garderoby. Od razu zrzuciłem też swoje slipy, w których i tak nie mieściła się już moja sztywna pała. Wróciłem do całowania nóg, stopniowo zbliżając się ponownie do cipki, tym razem już całkowicie dostępnej. Właściwie, prawie dostępnej, bo Marta wstydząc się całkowitej nagości, zacisnęła uda chowając swój skarb. To chyba jest naturalny odruch dziewczynek. Nawet jak są już dorosłe, to też wykonują takie uniki. Ale czułem, że jak jeszcze trochę popracuję nad jej podnieceniem, to poluzuje uda i nic już, poza małą błoną, nie stanie na przeszkodzie mojemu pytonowi. Przez chwilę całowałem jej łono, porośnięte gęsto sztywnymi włosami. Mogłem tylko wyczuć, bo nic nie widziałem w ciemności, że to poletko jest przycięte na kształt odwróconego trapezu. Porzuciłem je na razie, udając się z powrotem po brzuszku do piersi. Zauważyłem, że już nie są takie mięciutkie, galaretowate, tylko nabrały dziwnej sztywności. Nie spodziewałem się, że tak reagują na pieszczoty i podniecenie. Prawdę mówiąc moje doświadczenie w kontaktach cielesnych było zerowe. Marcie oczywiście tego nie powiedziałem – przecież to nie jest powód do dumy. Znów całowałem jej usta, jedną ręką pieszcząc piersi, ramiona i brzuszek. Co pewien czas moja dłoń odwiedzała futerko, sprawdzając palcami, czy sezam już się otworzył, czy dalej dostępu do niego bronią zaciśnięte uda. Gdy w końcu uległy, wsunąłem dłoń pomiędzy nie, rozsuwając je szerzej.


    Moje palce wyczuły wilgoć szczelinki ukrytej dotychczas. Poruszałem nimi wzdłuż warg, powodując przyspieszenie oddechu Marty i coraz głośniejsze pojękiwania. Postanowiłem zaspokoić ją po francusku, bo jeszcze nie byłem pewien, czy będę potrafił dać jej rozkosz podczas penetracji. A poza tym, chciałem zapoznać się z bliska z zapachem, smakiem, kształtem, ciepłem, wilgotnością, delikatnością i czułością mojej wymarzonej cipuszki. Gdy do niej dotarłem, byłem wniebowzięty. Najpierw przeciągnąłem grzbietem nosa wzdłuż, rozchylając nim wargi sromowe, czując pokrywającą go wilgoć i świeży zapach młodziutkiej pochwy. Później całowałem pachwiny, szczypiąc ustami wargi sromowe, by wreszcie zapuścić język do wilgotnego wnętrza. Było gorące i śliskie. Powolnymi ruchami poznawałem jego strukturę i czułość. Głośniejsze jęki wskazywały mi, kiedy dotykam miejsc szczególnie wrażliwych. To wywołujące najgłębsze westchnienie, znajdowało się u zbiegu warg sromowych, tuż pod trapezowatą gęstwiną. Skoncentrowałem się na drażnieniu językiem tylko tego punktu, co wkrótce zaowocowało głośnym oooooooooooch, którego zakończenia już nie mogłem usłyszeć, mając głowę ściśniętą jak w imadle, przez drżące, gorące i mokre od potu uda. Nie przestawałem lizać, pomimo spazmów wstrząsających Martą.


    Byłem taki szczęśliwy! – pierwszy raz zaspokoiłem kobietę. Ale to nie był koniec. Podciągnąłem się wyżej, szukając ust mojej dziewczyny i zdumiała mnie łapczywa namiętność, z jaką zaczęła mnie całować. Takiej dzikości nie spodziewałem się po tej, przemiłej przecież, grzecznej, panience. Przeżyta przed chwilą ekstaza, wyzwoliła w niej bestię - rzuciła się na mnie, przykrywając swoim nagim ciałem, oplatając głowę rękami i miażdżąc moje wargi gorącymi ustami. Te usta zmierzając powoli w dół, przez chwilę drażniły moje sutki, ale ich celem był wygięty w łuk i naprężony jak katapulta penis. Zniknął w nich na moment, by pojawić się po chwili i być lizanym od dołu do góry. Jajkom też się dostała zasłużona porcja pieszczot – były całowane, wciągane do ust i lizane, by po chwili ponownie oddać palmę :) pierwszeństwa fallusowi. Oczywiście byłbym szczęśliwy, gdyby mi obciągnęła do końca (o ile w ogóle zechciałaby to zrobić do samego finału), ale chciałem czegoś innego. Chciałem stać się mężczyzną i w końcu pierwszy raz zaliczyć ruchanko. Podniosłem ją i przewróciłem na plecy. Całując usta, jednocześnie położyłem się na niej i wsunąłem kolano, pomiędzy jej nogi, rozchylając je na boki, zbliżając wilgotną główkę penisa do równie mokrej szczelinki prowadzącej do gorącej pochwy.

- Mogę? - zapytałem, dysząc z pożądania.

- Tak – usłyszałem najpiękniejszą odpowiedź.


    Naparłem, wsuwając część mojego defloratora w gorącą cipkę. Marta patrzyła mi prosto w oczy, żebym docenił skarb , jaki mi ofiarowuje. Myślę, że dostrzegła w moich oczach, jak bardzo jestem jej za to wdzięczny. Postanowiłem zerwać gwint jednym mocnym pchnięciem, by nie sprawić jej za dużo bólu. Mój kołek był tak sztywny, że wszedł jak ostry nóż w masło. Marta syknęła z bólu, ale zaraz przyciągnęła mnie do siebie, przylegając piersiami do mojego torsu, a ustami do ust. Zacząłem powoli poruszać się w niej, kiedy nagle przypomniałem sobie o zabezpieczeniu. A właściwie o jego braku. Byliśmy za młodzi, żeby władować się w jakąś przypadkową ciążę.

- Muszę uważać? - zapytałem.

- Nie. Wczoraj skończył mi się okres – odpowiedziała szeptem.

Nie znałem się na tych rzeczach, ale jak mówi, że można, no to naprzód. Przyspieszyłem ruchy, lecz orgazm przyszedł nadspodziewanie szybko, usztywniając kręgosłup i ściskając pośladki. Zacząłem tryskać strugami spermy, napełniając pochwę gorącym nasieniem. Opadłem na Martę, ciężko dysząc, z jednej strony szczęśliwy, a z drugiej rozczarowany. To już? Tak szybko? Zdawałem sobie sprawę z tego, że raczej nie jest usatysfakcjonowana. Było mi strasznie głupio.

- Przepraszam – wyszeptałem.

- Przestań. Było dobrze – znowu była tą przemiłą Martą, jaką wszyscy znali.


    Przewróciła mnie na plecy i zaczęła całować. Mój organ wcale nie wymiękł po wytrysku i przemknęła mi przez głowę myśl, czy przy takiej lasce kiedykolwiek mi opadnie. Nadziała się na niego, ciągle leżąc na mnie, powoli poruszała biodrami na boki, sprawiając, że mój penis zaczął się w niej poruszać ruchem okrężnym, a w miarę przyspieszania ruchów, zaczął się kręcić jak śmigło. Co jakiś czas zwalniała, siadała na mnie opierając się rękami o moją klatę, poruszając wtedy biodrami w górę i w dół, by po chwili znów wrócić do „śmigłowca”. W pozycji na jeźdźca miałem doskonały dostęp do piersi, falujących w rytm podskakiwania na moim fiucie, więc korzystałem, pieszcząc je oburącz. Jeżeli myślicie, że tym razem udało jej się osiągnąć orgazm, to jesteście w błędzie. Wygląda na to, że to nie jest taka prosta sprawa. Co prawda, tym razem wytrzymałem trochę dłużej, ale i tak spuściłem się, zanim Marta doszła. Czułem się fatalnie. Już drugi raz się nie spisałem. Ale ona nie sprawiała wrażenia rozczarowanej. Położyła się na mnie, tuląc się mocno i całując moją twarz. Była kochana! Cudowna! Przytuliłem ją mocno i tak leżeliśmy, odpoczywając. Nie, nie zasnęliśmy. Nie można zasnąć, kiedy się pierwszy raz ma przy sobie piękną, młodą dziewczynę. Bzykaliśmy się jeszcze kilka razy w ciągu tej nocy, aż nastał świt, a nasze narządy były poobcierane i bolące. Dopiero wtedy odpuściliśmy, zapadając w sen, nadzy i przytuleni do siebie. I tak, po kilku godzinach regenerującego snu, kolejny dzień rozpoczęliśmy od seksu.


    Po śniadaniu, kiedy poszliśmy na plażę, zauważyłem, że Marta ma poranione łokcie i kolana – jej delikatna skóra ucierpiała podczas nocnych manewrów, ale kiedy pytałem, czy boli, to ze śmiechem odpowiedziała, że warto było trochę pocierpieć, że w nocy nawet tego nie czuła. Oboje byliśmy szczęśliwi. Reszta pobytu minęła nam na opalaniu, kąpielach i bzykaniu się. Robiliśmy to, kiedy tylko się dało i gdzie się dało – czasem w jeziorze, wieczorem na plaży lub pomoście, czy podczas spacerów w lesie. Wiadomo, w tym wieku cały czas się chce, a poza tym uczyliśmy się naszych ciał i ich reakcji na różne bodźce. To było wspaniałe lato. Po powrocie do domu już mniej było okazji, żeby być sam na sam i gzić się bez stresu. W październiku zacząłem studiować, więc widywaliśmy się rzadziej – tylko w weekendy. Przed Wigilią spotkaliśmy się u niej. Była bardzo nieswoja, wcale się nie uśmiechała, więc spodziewałem się jakiejś niedobrej wiadomości.

- Co się dzieje? - zapytałem.

- Jestem w ciąży – odpowiedziała, patrząc na mnie z niepokojem.

Nie wiedziałem jak się zachować. Byłem w szoku! Dopiero rozpocząłem studia, a tu taka skucha!

- Jesteś pewna? Byłaś u lekarza?

- Byłam. Ale... ale to jeszcze nie wszystko... - widać było, że zastanawia się, czy i ewentualnie w jaki sposób mi to powiedzieć.

- Może być coś jeszcze? - nie przetrawiłem pierwszej wiadomości, a wyglądało na to, że będzie jeszcze gorzej.

- Nie jestem pewna, czy to ty jesteś ojcem – powiedziała szeptem, szlochając.

- Jak to? - zapytałem, jeszcze nie do końca łapiąc, o czym ona mówi. Przecież byliśmy razem i nie miała nikogo przede mną.


    Płacząc, opowiedziała mi jak do tego doszło. We wrześniu szkoła zorganizowała trzydniową wycieczkę do Warszawy. Kiedy opiekunowie poszli spać, koleżanki wyciągnęły Martę na dyskotekę, której dźwięki były słyszalne w miejscu ich zakwaterowania. Tam poznały kilku studentów, w tym jednego z Senegalu. Był wysoki, mocno zbudowany i jego oszałamiający sposób poruszania się, w połączeniu z czarującym uśmiechem, doprowadził do tego, że oszołomiona drinkami nastolatka, straciła jednocześnie rozum i przyszłość. W toalecie, półprzytomną, w mało romantyczny sposób zerżnął długi, gruby, czarny penis, a na koniec wpompował w nią miliony zdrowych plemników, z których jeden znalazł podatny grunt do zapoczątkowania dwóch żywotów naraz. Po studencie oczywiście wszelki ślad zaginął (poza tym podwójnym w brzuchu Marty). Kiedy mi to opowiadała, jeszcze nie wiedziała, że ciąża jest podwójna i który z nas jest sprawcą. Sytuacja była beznadziejna.

- Przepraszam – chlipiąc, unikała mojego spojrzenia.

- Na razie – powiedziałem wychodząc.

- Nie zostawiaj mnie z tym, proszę – ryczała już na całego.

- Nie zostawiam. Muszę się przewietrzyć, pomyśleć co dalej, ale nie martw się – nie zostawię cię.


    Wyszedłem, szukając najbliższej knajpy. Musiałem się napić, żeby trochę ochłonąć. Przy drugim piwku przestałem się obawiać o przyszłość. W końcu nie ja pierwszy zaliczyłem wpadkę. To wcale nie jest koniec świata. Jak dziecko urodzi się białe, to znaczy, że moje – wtedy się pobierzemy i jakoś to będzie. A jak będzie czarne – to trudno – wtedy ślub nie wchodzi w rachubę. Ale do czasu rozstrzygnięcia, postanowiłem być przy Marcie i pomóc jej jakoś przez to przejść.

Wróciłem do niej dopiero po trzecim piwie. Trochę się uspokoiła, pamiętając, co powiedziałem tuż przed wyjściem. Już na spokojnie, razem zastanowiliśmy się, o czym możemy powiedzieć rodzinie i znajomym, a co lepiej przemilczeć. Na razie postanowiliśmy nie informować nikogo o możliwości urodzenia czarnoskórego dziecka. Co ma być, to będzie. Jeśli się takie urodzi, to wtedy będziemy się martwić.


    Marta bardzo mi dziękowała za to, że zachowałem się w porządku. Ale nie czułem się z tym dobrze. Strasznie bolało, że zdradziła mnie już przy pierwszej okazji. Wypomniałem jej to, mówiąc, że będzie musiała odpokutować. W tej sytuacji nie miała innego wyjścia, jak zapewnić, że zrobi dla mnie wszystko, o co ją poproszę. Więc na początek, dla sprawdzenia poprosiłem, żeby zrobiła mi loda z finałem w ustach i połknęła wszystko do ostatniej kropelki. Nigdy dotąd nie chciała tego zrobić, ale teraz, bez zbędnych dyskusji, rozpięła mi spodnie i zsunęła w dół razem z bokserkami. Lewą dłonią zaczęła pieścić jajka, a prawą odciągnęła napletek, odsłaniając błyszczącą końcówkę mocy. Mój wacek był jeszcze miękki, więc chwilę go trzepała, ale w końcu pochyliła się i polizała od nasady, po sam czubek, by po kilku takich razach, objąć go gorącymi wargami. Ciepło ust, języczka i pieszczota delikatnych dłoni, natychmiast usztywniły mój instrument. Zaczęła na nim grać jak wytrawna flecistka, łapiąc coraz szybszy rytm. Jej szyja poruszała głową w przód i w tył, nadziewając ją na mojego sztywnego pala. Chwilami przerywała, by odpocząć, ale kontynuowała pieszczoty ręczne, wspomagając je języczkiem, pieszczącym ruchem okrężnym moje błyszczące berło. W końcu widząc, że zaczynam dochodzić, przyspieszyła obciąganie, a ja przytrzymując jej głowę, wytrysnąłem w gorące usta, skumulowany przez tydzień ładunek spermy. Połknęła wszystko, wylizała mi fiuta do czysta, ale spojrzała na mnie tak urażonym wzrokiem, jakbym ją strasznie upokorzył. Nie chciałem, żeby tak to odbierała, więc podniosłem ją i przywarłem do ust, które mi przed chwilą dały tyle radości. Widząc, że wcale się nie brzydzę, a wręcz jestem szczęśliwy, odpowiedziała pocałunkami i przytuliła się do mnie mocno. Później już za każdym razem, kiedy mi obciągała, robiła to do końca, łykając wszystko z uśmiechem na buzi, świadoma, że za to kocham ją jeszcze bardziej i w pełni doceniam jej starania.


    Podczas prawie całego okresu ciąży, uprawialiśmy seks na różne sposoby. Oczywiście nie omieszkałem wykorzystać jej poczucia winy za zdradę i namówiłem ja także na seks analny. Początki nie były łatwe, ale potem spodobało nam się bardzo, bo znakomicie urozmaicało życie erotyczne. I to w obie strony. Czasem to mój tyłek był penetrowany, zwiększając intensywność orgazmów. A Martę przy okazji cieszyło, że może się odegrać za ostre rżnięcie jej dupki. Wraz z rozwojem ciąży, jej figura zmieniła się znacząco, ale podniecała mnie jeszcze bardziej. Krągłość brzuszka i wielkie piersi, usztywniały mojego wacka, jak nigdy dotąd. Na parę dni straciłem jednak apetyt na seks, gdy badania wykazały, że Marta nosi w brzuszku bliźnięta. Z pojedynczego kłopotu, zrobił się podwójny. Ale testosteron zrobił swoje i po oswojeniu się z tą informacją, powróciliśmy do intensywnego bzykania.


    Tak się szczęśliwie złożyło, że poród wypadł w czerwcu, dzięki czemu (i zaangażowaniu do opieki własnej matki) Marta mogła kontynuować edukację, nie tracąc roku. Dziewczynki urodziły się zdrowe, śliczne, ale wszystkich poza mną i Martą, zaskoczył kolor ich skóry. W Małym Mieście to sensacja, okazja do plotek i wytykania palcami. A dla rodziny, test na siłę łączących ją więzów. Na szczęście nie trwało to długo, bo Marta była osobą lubianą, więc po kilku tygodniach temat się znudził, a całkiem inne sensacje zaabsorbowały uwagę opinii publicznej. Ponieważ była jedynaczką, do roli rodziców chrzestnych szukała chętnych wśród kuzynostwa, ale znalazła tylko troje. Zwróciła się więc z prośbą do mnie, jako przyjaciela, czym wprawdzie trochę mnie zaskoczyła, ale zgodziłem się bez wahania. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jakie ta decyzja będzie miała konsekwencje w przyszłości. Ludzie z większym doświadczeniem są świadomi, że gdy się jest chrzestnym jednego z bliźniąt, to tak jakby się miało dwoje chrześniaków. Wszystkie prezenty muszą być podwójne, żeby obdarowując jedno dziecko, nie robić przykrości drugiemu. Ale wówczas nawet o tym nie pomyślałem. Cieszyłem się, że będę blisko Marty, stanę się prawie członkiem rodziny.


    Po chrzcie, stałem się częstym gościem w jej domu, bo czułem się w obowiązku pomagać przyjaciółce, w zajmowaniu się maluszkami. Miało to swoje dobre i złe strony. Jedno dziecko daje popalić, a dwójka to dopiero jazda, ale dzięki mojej wytrwałości, bardzo zyskałem w oczach Marty. Podczas karmienia, mogłem oblukiwać jej piersi – wyjątkowo w tym okresie nabrzmiałe. Nie wstydziła się karmić przy mnie, bo przecież widywałem ją wcześniej wystarczająco często nago. A taki widok to ogromny bonus. Teraz trochę się tego wstydzę, ale zawsze kiedy widziałem jej pierś przy karmieniu, wracały wspomnienia i musiałem sobie ulżyć - najczęściej w toalecie. W sumie nie mijałem się z prawdą mówiąc, że idę za potrzebą :)

W tamtym czasie notowania Marty mocno spadły – większość konkurentów, wcześniej tak bardzo na nią napalonych, teraz w obawie przed wpakowaniem się w wychowywanie dwójki nieswoich i w dodatku czarnoskórych dzieci, odpuściło sobie Martę jako obiekt pożądania. Ale dla mnie nadal była najcudowniejszą istotą na tej ziemi. Dlatego często na imprezy chodziliśmy razem i czasem byłem za to nagradzany wspaniałym bzykankiem (niestety już zawsze w gumce).


    Kiedy na studiach poznałem swoją przyszłą żonę – Alicję, trochę urwał mi się kontakt z Martą. Wprawdzie bywałem w naszym rodzinnym mieście w okresach świątecznych i wtedy ją odwiedzałem, ale już o seksie z nią mogłem zapomnieć. Zresztą ona też poznała kogoś, więc nasze kontakty osłabły. Ale te dwa małe diabełki cały czas cieszyły moje serducho. Im większe, tym więcej radości dostarczały. Podobne jak dwie krople wody. Ubierane tak samo, były nie do odróżnienia. Wydawało mi się, że rozpoznaję Sarę – moją chrześnicę - po tym, że pierwsza do mnie przybiegała, gdy je odwiedzałem, ale pewności nigdy nie miałem. Im były starsze, tym częściej robiły kawały zamieniając się rolami. Z wiekiem, coraz więcej czasu wymagała też pielęgnacja ich włosów - strasznie ciężko było rozczesywać te sprężynki – ich mamusia i babcia spędziły nad tym wiele godzin. Przez kilkanaście lat widywałem je podczas świąt, urodzin i imienin. W końcu wyrosły na prześliczne, długonogie, wesołe nastolatki. Ich szczupłe ciałka nabrały kobiecych kształtów, piersi urosły, ale były dużo mniejsze niż wzgórza ich matki. Za to długie, czarne włosy były tak gęste, że dziewczynki wymyślały co rusz nowe fryzury – grube warkocze, dredy, albo setki cienkich warkoczyków - ale obie zawsze robiły je tak samo. Nadal nie dawało się rozpoznać, która jest którą. Nawet Marta miała z tym kłopot. Ja w tym czasie byłem już rozwiedziony i mieszkałem samotnie w Warszawie.

    Pewnego czerwcowego dnia, niespodziewanie zadzwoniła do mnie Marta, pytając, czy może przyjechać z córkami. Zgodziłem się z radością, choć nie chciała zdradzić, jaki jest cel tej wizyty. Stwierdziła tylko, że chodzi o interes. I że powinienem być zadowolony. Bardzo dobrze kojarzyły mi się te dwa słowa – interes i zadowolony. Choć niekoniecznie z forsą.

Komentarze

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany