Opowiadanie użytkownika Nefer

Zimowy ogień (Sługa płomieni 1)

local_library25 comment2 thumb_up1
22-02-2018 15:52

 Odkąd pamiętał, zawsze lubił ogień. Potrafił bez końca wpatrywać się w płomienie pożerające gałęzie czy polana. Najpierw niewielkie, pełgające języki, delikatnie, niemal z miłością liżące drewno, potem przylegające doń z narastającym pożądaniem, by w końcu pochłonąć ofiarę z żarem spełnienia, pozostawiając stygnące powoli popioły... Podczas gdy żywioł zwrócił się już ku nowej miłości i nowej ofierze, by płonąć tak długo, jak tylko zdoła znaleźć kolejne obiekty swego krótkiego uwielbienia... Lubił dbać, by tych ofiar nie zabrakło i hojnie dokładał następne polana. Jako młody chłopak często rozpalał ogniska, a i teraz chętnie zajmował się kominkiem. Sprawiało mu przyjemność nawet czyszczenie paleniska, by potem móc przeżywać niezapomnianą chwilę podkładania ognia i obserwowania jak z wątłego płomyczka przeradza się w potężniejący żywioł, trzymany jednak w ryzach przez kamienne obmurowanie oraz jego własną dłoń, dzierżącą kolejne polano. Słyszał, że podobno poeci i mędrcy z dalekich, południowych krain uznali ogień za jeden z trzech widoków, które nigdy się ludziom nie znudzą... Obok fal bijących o brzeg i chmur płynących po niebie. W jego własnej ojczyźnie morze było jednak nie lazurowe, jak w tamtych bardziej może przychylnych poetom ziemiach, lecz szare, smutne i często gniewne. A niebo... chmury sunęły po nim tylko w niezbyt liczne dni, zwykle zalegały równie szarą masą jak morska woda, zalewając wszystko deszczem lub zasypując śniegiem. Pozostawał ogień, tak samo żywy i piękny, a bardziej jeszcze pożądany niż w krainach Południa.

Tak, znajdował przyjemność w rozpalaniu ognia na kominku i przyglądaniu się płomieniom. Oczywiście, najpierw nie pozwalano mu robić tego samodzielnie, a gdy tylko trochę podrósł znaleziono liczne obowiązki, skutecznie zabierające czas i nie zostawiające zbyt wielu okazji, aby oddawać się ulubionemu zajęciu.

Przybycie dworu książęcego do tego zagubionego w podgórskich lasach zameczku myśliwskiego dostarczyło jednak takiej właśnie sposobności. Zabiegana na wszystkie strony czeladź nie nadążała ze swymi obowiązkami, zaaferowany zarządca, ledwie zwracając uwagę na jakiegoś tam sługę, z zadowoleniem przyjął przyzwalającym machnięciem ręki jego słowa, że zajmie się kominkami w komnatach księżnej. Tym bardziej, że szlachetna pani Rianna słynęła nie tylko z urody i temperamentu ale także z ciętego języka oraz twardej ręki. W dodatku uwielbiała ciepłą, słoneczną pogodę, często narzekała na długie, mroźne zimy w kraju, w którym przyszło jej zasiąść na tronie i bezwzględnie wymagała, aby przynajmniej w monarszych apartamentach utrzymywano zawsze odpowiednio wysoką temperaturę. O tych kaprysach księżnej przekonał się podczas zeszłorocznego sezonu myśliwskiego jakiś pechowy sługa, który nie dość obficie, przynajmniej zdaniem dostojnej pani, dokładał do ognia. W rezultacie rankiem w komnatach władczyni panował chłód. Nakazała, aby nagusieńki obiegł zewnętrzne mury zamku. Widok nieboraka przedzierającego się przez zalegające tu i tam zaspy śniegu przyciągnął uwagę wszystkich mieszkańców oraz gości rezydencji. Szczęśliwie rozbawił też jednak obecną na blankach panią Riannę, która w efekcie ulitowała się nad niezgułą i darowała mu obiecaną chłostę. On sam także przyglądał się tej scenie, chociaż szczególnej wesołości nie odczuwał. Uśmiechnął się dopiero później, słysząc plotki, że dziewki służebne bardzo jakoby gorliwie zajęły się ogrzewaniem pechowca, istotnie dość urodziwej postury i wyposażonego w całkiem sporych rozmiarów przyrodzenie, zwłaszcza biorąc pod uwagę okoliczności. Wszystko to mogło się jednak skończyć znacznie gorzej i nic dziwnego, że nikt z służby nie pałał obecnie wielką ochotą do zajmowania się akurat tymi kominkami.

Raz czy drugi zastanawiał się przelotnie dlaczego dostojna Rianna, nie cierpiąca zazwyczaj mrozu i śniegu, wyprawia się jednak regularnie na zimowe polowania do tej szczególnie surowej części księstwa. Może dlatego, że lubiła szalone galopady po zasypanych białym puchem leśnych drogach i górskich łąkach. Odnosiła też spore sukcesy na łowach, budząc podziw doświadczonych nawet myśliwych. Podziw w pełni zresztą zasłużony, nawet jeżeli współtowarzysze polowania odstępowali zwykle władczyni prawo pierwszego ciosu przy najlepszych okazach. Oczywiście, po takim dniu księżna oczekiwała wieczorem odpowiedniego przyjęcia i ciepła we własnych komnatach. Na tym właśnie polegało dzisiaj jego zadanie, zadanie którego podjął się dobrowolnie i przy którym nie zamierzał zawieść. W żadnym razie nie chciał dostarczyć wszelakim gapiom kolejnego widoku nagiego pechowca przedzierającego się przez śnieg. W jego własnym wypadku okazałoby się to zdecydowanie zbyt żenujące i kłopotliwe. Nawet ewentualne awanse miejscowych dziewek służebnych nie zdołałyby tego zmienić.

Musiał zająć się trzema kominkami, w salonie, gotowalni oraz sypialni. Uznał je za zapuszczone, pełne popiołu, ze ścianami i okapami pokrytymi sadzą. Najwidoczniej nikt nie dbał o nie tak, jak należy. Sporo czasu zajęło doprowadzenie wszystkiego do porządku, w czym znalazł jednak, jak zwykle, pewną przyjemność. Zadbał o odpowiedni zapas drewna. Zazwyczaj wydawano je dość skąpo – wprawdzie okoliczne lasy dostarczały pod dostatkiem dębiny czy buczyny ale polana trzeba było sezonować, najlepiej przez dwa lata, więc dobrego opału zawsze brakowało. Tym razem nikt nie ośmielił się jednak zaprotestować, gdy wnosił na komnaty kolejne naręcza. Wreszcie nadszedł czas rozpalenia ognia. Jak zawsze, celebrował tę chwilę, uderzając stalową gałką sztyletu o krzesiwo, obserwując, jak z wątłych iskierek spadających na wysuszony mech rodzą się małe strużki dymu, rozdmuchując je w pełgające płomyki, by wreszcie chłonąć widok rosnących płomieni spalających w coraz bardziej namiętnym uścisku solidne dębowe szczapy. Powtórzył to w trzech kolejnych kominkach, przed dwoma ustawił wygodne, obszerne fotele – tylko w gotowalni musiał wystarczyć zwykły zydel. Co prawda nie przypuszczał, aby księżna zasiedziała się przy ogniu akurat tam, któż jednak potrafił przewidzieć kaprysy szlachetnie urodzonej damy? Zaszedł jeszcze do kuchni, gdzie bez żadnych pytań przygotowano na jego prośbę sporych rozmiarów dzban grzanego wina z miodem i korzeniami. Ustawił go na komodzie w salonie, przeznaczone do tego stojak oraz gliniany kaganek z kolejnym, niewielkim tym razem płomieniem, utrzymywały odpowiednią temperaturę trunku. Z pewnością przyda się, gdy syta łowieckich triumfów ale zapewne jednak zziębnięta księżna Rianna wkroczy do swoich apartamentów. Do tego suszone owoce, których chętnie kosztowała przy takich okazjach. Odnalazł jeszcze trzy niedźwiedzie skóry, dumne trofea z poprzednich polowań, które służyły teraz ogrzewaniu stóp szlachetnej pani, chroniąc je przed kontaktem z chłodnymi zawsze kamieniami posadzki. Przewidująco umieścił włochate narzuty w pobliżu przygotowanych siedzisk, chwilowo jednak z dala od ognia. Dobrze wiedział, że jego dający żar i ciepło przyjaciel bardzo chętnie przerodziłby się z sługi w pana i ogarnął wszystko dookoła, gdyby tylko otrzymał taką szansę. Świec nie zapalał. Wystarczy blask płomieni. Tak wolał i miał nadzieję, że księżna pani to zaakceptuje. Tymczasem krążył pomiędzy pomieszczeniami, dokładając dębowe polana i obserwując gorące uściski, których zaznawały.

Nie przewidział dwóch okoliczności. Tego, że jak zwykle będzie się za bardzo guzdrał z rozpalaniem ognia. Tak działo się właściwie zawsze i powinien jednak o tym pamiętać. Nie zauważył też, że szybki, zimowy zmierzch nastał tego dnia nieco wcześniej niż wypadało. Jak się potem dowiedział, na zewnątrz rozpętała się w końcu gwałtowna zadymka, która zaskoczyła nawet doświadczonych myśliwych z orszaku pani Rianny. Wprawdzie wąskie okna komnat w apartamentach księżnej osłaniały ciężkie kotary, ale mimo wszystko powinien przewidzieć oraz zauważyć zmianę pogody. I pewnie by zauważył, gdyby nie oddał się obserwowaniu płomieni. Ich narastający żar doskonale odpowiadał temu, co sam zaczynał coraz wyraźniej odczuwać.

Nie usłyszał gwaru powracającej do zamku myśliwskiej wyprawy. Komnaty władczyni celowo umieszczono w oddaleniu od hałaśliwego często dziedzińca. Grube mury i bogate makaty na ścianach tłumiły niepożądane dźwięki. Dlatego zaskoczył go odgłos energicznych kroków i słowa rozmowy przed drzwiami apartamentu.

- Jak to, kąpiel jeszcze niegotowa? - Gniewny głos księżnej rozpoznałby bez żadnej pomyłki każdy sługa czy dworzanin.

- Pani, wróciłaś wcześniej niż zapowiadano...- Próbował tłumaczyć się nieszczęsny zarządca.

- Nie zauważyliście, że zaczął sypać śnieg? Spodziewałeś się, że będę kontynuowała polowanie w takiej zadymce? Na szczęście, zawróciliśmy do zamku przy pierwszych oznakach pogorszenia pogody. W przeciwnym razie musiałabym pewnie obozować w lesie... Co zresztą okazałoby się może wygodniejszym sposobem spędzenia tej nocy, skoro tutaj nie zdążyliście niczego przygotować.

- Wybacz, Dostojna Pani. Już szykują łaźnię... Za godzinę kąpiel będzie podgrzana...

- Za godzinę? Chyba raczysz pan żartować... Najdalej za pół godziny, albo rozkażę aby ciebie oraz twoje leniwe dziewki wystawić nago na dziedziniec i polewać wodą, dopóki nie przestanie padać. Taką sprawię wam łaźnię, skoro nie potraficie zadbać o moją!

- Natychmiast, o Pani, natychmiast wszystko zarządzę...

Zaskoczony, nie otrzymał już teraz szansy, by dyskretnie się wycofać. Aż do ostatniej chwili wmawiał sam sobie, że może to uczynić, gdy tylko tak postanowi, że ma jeszcze dość czasu... A oto tego czasu właśnie zabrakło.

- Mam przynajmniej nadzieję, że kazałeś pan rozpalić porządny ogień w moich komnatach, wiesz jak nie znoszę tam zimna

- Tak, Szlachetna Pani. Osobiście poleciłem o to zadbać. Zechciej zaczekać na kąpiel przy kominku. Proszę przodem... - Głos zarządcy wydawał się nieco niepewny, gdy otwierał drzwi przed księżną.

Stanął z boku, kryjąc się w cieniu, ale i tak na wszelki wypadek pochylił głowę w ukłonie. Dostojna Rianna wydawała się autentycznie zagniewana. Zatrzymała się w progu, czekając aż jej oczy przywykną do słabego światła rzucanego przez pełgające płomienie. Dostrzegł, że nie zdjęła nawet długiego, rozciętego po bokach płaszcza z rysich skór, który pomagał jej zwalczać zimno w lesie, a teraz i w zamku. Stroju dopełniały wysokie jeździeckie buty, wyłaniające się spod krawędzi futra oraz skórzane rękawice. Rozpuszczonych włosów nie osłaniała żadna czapka. Pani nie przepadała za tym elementem garderoby i zapewne pozbyła się nakrycia głowy już na dziedzińcu, o czym świadczyły krople wody oraz płatki śniegu, błyszczące nadal tu i tam wśród długich, kruczoczarnych pukli. Trzymała teraz futrzaną czapę w lewym ręku. Wyczulony na takie szczegóły, zauważył z pewnym zdziwieniem, że księżna wybrała buty na obcasach, raczej niewygodne podczas jazdy konnej. Potrafiła jednak ulegać podobnym kaprysom i dodawała sobie w ten sposób wzrostu. Co prawda nie sądził, by obcasy spełniły to zadanie w kopnym śniegu, ale na zamkowych komnatach i korytarzach sprawdzały się znakomicie. Czyniły też kroki władczyni zdecydowanymi oraz dumnymi, gdy metalowe końcówki uderzały o kamienie posadzki.

- Przynajmniej tutaj pan nie zawiodłeś. Dobrze, masz tę godzinę. Ale jeżeli kąpieli nadal do tej pory nie przygotują, to nie ominie cię łaźnia mojego pomysłu. I każ przynieść grzanego wina.

- To ostatnie nie będzie potrzebne, Szlachetna Pani – wypowiedział te słowa stłumionym głosem, pochylając się w jeszcze niższym ukłonie i wskazując oczekujący na niewielkim płomieniu dzban.

Księżna drgnęła, być może zaskoczona tym, że ktoś ośmielił się odezwać w jej obecności bez zezwolenia. Płonący ogień i buchająca od strony kominka fala ciepła, a także widok glinianego naczynia sprawiły jednak zapewne, że puściła w niepamięć to uchybienie etykiety.

- Odejdź pan wreszcie i zajmij się swoimi obowiązkami.

Odprawiła zarządcę gniewnym nadal machnięciem szpicruty, którą trzymała w prawej dłoni. Odczekała następnie, aż zamknie za sobą drzwi.

- Przysuń, proszę, fotel i podaj to wino – zadysponowała, odrzucając czapkę oraz rozpinając futro i pozwalając, by spłynęło na podłogę.

Teraz dopiero mógł w pełni podziwiać jej dojrzałą, kobiecą sylwetkę, podkreśloną obcisłą kamizelą oraz sięgającymi połowy ud butami, których prawdziwą wysokość ujawnił ostatni gest szlachetnej pani. Zanim zdążył wykonać polecenie, rozsiadła się wygodnie w fotelu, wyciągając nogi w stronę ognia. Mokra od śniegu i wody skóra niekoniecznie myśliwskich butów zalśniła w blasku płomieni. Szczególnie jasno rozbłysły jednak przypięte przy nasadach obcasów ostrogi. Z trudem oderwał wzrok i skupił się na nalewaniu wina. Podał je wreszcie z kolejnym ukłonem. Podziękowała oszczędnym skinieniem głowy. Przyjmując kubek przełożyła szpicrutę do lewej dłoni.

- Wreszcie ktoś, kto potrafi zadbać o swoją panią. - Westchnęła z zadowoleniem, kosztując ostrożnie pierwszy łyk. - Właściwie, ten dureń zarządca jest twoim dozgonnym dłużnikiem. To wszystko tutaj, to z pewnością twoja zasługa. Gdyby nie ty, nie darowałabym mu tej godziny i naprawdę zakosztowałby mojej łaźni. - Upiła jeszcze trochę, rozkoszując się otaczającym ją ciepłem. Samo naczynie z winem także mogło okazać się nieco zbyt gorące, dłonie księżnej nadal chroniły jednak skórzane rękawiczki.

- Dostojna Pani, jestem twym najpokorniejszym i najuniżeńszym sługą, szczęśliwym, że raczysz przyjmować moje służby. - Z własnej inicjatywy przysunął stolik oraz podał tacę z owocami, padając przy tym na kolana.

Obrzuciła klęczącego towarzysza długim, uważnym spojrzeniem.

- Jak się nazywasz, sługo? - spytała wreszcie.

- Rafen, Szlachetna Pani. Do Twoich usług.

- Dobrze się spisałeś, Rafenie. Jestem pod wrażeniem. Cudowny ogień... Rozwiń jednak to niedźwiedzie futro, chcę wygodnie ogrzać nogi.

Spełnił polecenie, przy okazji zbierając i odkładając na bok porzucone płaszcz oraz czapkę. Starannie rozłożył włochatą skórę tuż przed kominkiem. Aby to umożliwić, księżna łaskawie uniosła stopy. Postawiła je ostrożnie, z pewnym jednak wahaniem.

- To piękna skóra... Pamiętam tego niedźwiedzia, powaliliśmy go dwa lata temu razem z księciem... Udane polowanie i dobry czas... Nie chciałabym uszkodzić czy zabrudzić tak wspaniałego trofeum... A na podeszwach mam jeszcze śnieg, a raczej teraz już wodę i błoto... - zawiesiła głos.

Bez trudu domyślił się intencji szlachetnej damy, zapewne nie chodziło o to, aby po prostu pomógł ściągnąć buty.

- Pozwól, Pani, że je oczyszczę, znajdę tylko jakąś szmatkę. - Nie spieszył się jednak, aby powstać z kolan

- Zostań, nie potrzebujemy przecież żadnych szmat, czyż nie? - Upiła kolejny łyk wina, po czym odstawiła naczynie, ponownie ujmując w prawą dłoń szpicrutę. - Wystarczy twój język, sługo! - To ostatnie dodała tonem nie znoszącym sprzeciwu, kontrastującym z łaskawym dotąd sposobem prowadzenia konwersacji.

Pewne upodobania władczyni nie stanowiły aż tak wielkiej tajemnicy na plotkarskim jak zawsze dworze, rozkaz wcale go więc nie zaskoczył. Prawdę mówiąc, oczekiwał z nadzieją, że coś takiego może się wydarzyć. Założyła nogę na nogę, a on pochylił się i sięgnął językiem szorstkiej podeszwy buta, którą wskazała szpicrutą. Skupił się na wykonaniu polecenia, podążając ustami za wyznaczającą drogę końcówką spoczywającego pewnie w ręku księżnej przyrządu. Bawiła się narastającym pożądaniem swego sługi, którego z pewnością musiała być świadoma, prowadząc wargi i pracujący gorliwie język poddanego przez wszystkie zakamarki podeszwy aż do metalowej końcówki obcasa, który ujął w usta i wyssał. Zmieniła nogi i powtórzyła podobną procedurę z drugą podeszwą oraz drugim obcasem. Twarda, celowo nierówno wyprawiona skóra drażniła język, podobnie jak drobiny błota, ale powodowało to jedynie tym silniejsze pobudzenie. Czuł, że jego przyrodzenie przybrało już postać sztywnego drąga, a ona z pewnością przecież o tym wie... Ta świadomość podniecała tym bardziej.

Wreszcie pozwoliła mu oderwać usta i unieść głowę. Na próbę przesunęła jedną i drugą stopą po włosiu futra. Nie zostały żadne ślady.

- I znowu dobrze się spisałeś, Rafenie. W nagrodę możesz napić się wina i zwilżyć usta.

Podała własny, niedopity kubek, który ujął ostrożnie i wychylił resztę nieco już wystygłego trunku. Smakował dobrze, sam to zresztą sprawdził czekając na powrót władczyni, ale jednak z pewną przykrością spłukał wrażenia pozostawione na języku przez podeszwy jej butów.

- Przynieś jeszcze wina i wracaj tu szybko. To nie koniec twojej służby.

Uwinął się jak tylko zdołał i ponownie upadł na kolana. Tym razem przyszło mu oczyścić cholewki butów. Uszyto je ze znacznie delikatniej wyprawionej skóry, miękkiej i nadal zachowującej ślady specyficznego, zmysłowego zapachu oraz smaku. Zamiast błota zlizywał tu już tylko krople wody, nadal prowadzony końcówką szpicruty. Mógłby czynić to bez końca, podczas gdy pani sączyła powoli swoje grzane wino. Tym bardziej, że zapach skóry stawał się coraz bardziej upajający... Czy jednak rzeczywiście chodziło o samą tylko skórę? Niecierpliwym drgnięciem dłoni, przedłużonej narzędziem władzy oraz ewentualnej kary, księżna nakazała zająć się cholewką powyżej prawego kolana. W tym celu rozsunęła nieco nogi. Właściwie nie znajdował tam już wody, za to zmysł węchu atakowały nowe doznania. Zapach pięknej kobiety, kobiety która spędziła wprawdzie sporo czasu na koniu – na co, przyzwyczajony, nie zwracał większej uwagi – ale odczuwającej obecnie także własne podniecenie... Nie mógł się mylić, wiedział przecież, że szlachetna pani Rianna lubi niekiedy podobne rozrywki... Niestety, po chwili poleciła przejść do pracy nad cholewką drugiego buta, by następnie - zbyt szybko jak na jego pragnienia - sprowadzić język i głowę podwładnego poniżej poziomu kolan. To nadal wydawało się przyjemne, ale tamten zapach, niestety, ponownie ustąpił zwykłej woni skóry. Wreszcie odsunęła sługę ruchem szpicruty. Tym razem nie zaproponowała już wina. Nie ośmielił się spojrzeć jej w twarz, zresztą niepewna poświata ognia niewiele pozwoliłaby ujrzeć, ale nie miał żadnych wątpliwości, księżna musiała dobrze się bawić, może nawet zdecydowanie lepiej, niż po prostu dobrze. On sam z trudem starał się ukryć pożądanie. Nie ułatwiała mu zresztą tego zadania. Ponownie wyciągnęła nogi ku ciepłu kominka, poruszała nimi leniwie, szukając najwygodniejszej pozycji. Chłonął ten widok w blasku płomieni.

- A jednak o czymś zapomniałeś, Rafenie. – Jej głos wyrwał go wreszcie z niebezpiecznego odurzenia.

- O czym, Szlachetna Pani?

- Jestem trochę zmęczona, tamten dureń nadal nie zdołał przygotować łaźni... Chciałabym przynajmniej odpocząć przy ogniu, odczuwam jednak pewną niedogodność. Brakuje tutaj podnóżka. Nie pomyślałeś o tym sługo, zapomniałeś...

- Nie zapomniałem, Wasza Wysokość... - zdobył się na odwagę. - Jeśli zechcesz, piękna i wspaniała Pani, sam usłużę Ci w ten sposób.

- Jako mój podnóżek przy kominku? - udała zdziwienie.

- Jeśli pozwolisz, o Pani – powtórzył.

- Czy to właśnie ty nie pozwalasz sobie na zbyt wiele, sługo? - Niezbyt mocno, niemal pieszczotliwie uderzyła go szpicrutą po torsie. - Gdyby książę się o tym dowiedział...

- Ale księcia tu nie ma, Dostojna Pani Rianno, pozostał w stolicy...

- W takim razie... Dobrze, Rafenie, ale na warunkach twojej pani... Rozbieraj się, chcę cię ujrzeć u moich stóp nagiego...

Od dłuższej chwili spodziewał się właściwie podobnego życzenia, spełnił je więc z radością i gorliwie, pospiesznie składając swoje skromne ubranie w jednym z zacienionych kątów. Uklęknął przed księżną w samych tylko gatkach osłaniających przyrodzenie, ciekawy jej reakcji. Okazała się niezbyt przyjemna.

- Miałeś być zupełnie nagi sługo! Oczekuję dokładnego i natychmiastowego wykonywania moich rozkazów! - Ton głosu należał do władczyni.

- Ależ Pani, gdyby książę się o tym dowiedział... - powtórzył jej własne słowa, starając się obrócić wszystko w żart. Okazało się to całkowicie chybionym pomysłem.

- Książę pozostał w stolicy, znalazł inne zajęcia i przyjemności niż to polowanie. Nie miał ochoty towarzyszyć własnej małżonce.

- Pani, osądzasz może swego męża zbyt surowo...

Nie zdążył dokończyć ani też nie zdołał się uchylić. Smagnęła szpicrutą, ostro i precyzyjnie, niczym nieposłusznego rumaka. Nie rozcięła skóry, doskonale panowała nad użytym przyrządem, policzek zapiekł jednak silnym bólem, z pewnością przez kilka dni ozdobi go szczególna pręga...

- A jakim prawem ty śmiesz osądzać Mnie, sługo? Ale dość już o księciu. Natychmiast zrzucaj tę szmatę!

Zaskoczony tak gwałtowną zmianą nastroju, posłusznie wykonał rozkaz. Obawiał się kolejnych razów, Rianna poprzestała jednak na obwiedzeniu końcówką szpicruty jego przyrodzenia, pomimo całej sytuacji, a może właśnie dzięki niej, w stanie silnego wzwodu. Uśmiechnęła się lekko na ten widok.

- Przynieś więcej wina, Rafenie.

Gdy podał ponownie napełniony kubek i opadł na kolana, zamierzając podjąć swoją służbę, okazywała już większą łaskawość.

- Jeszcze jedno, Rafenie... Odepnij te ostrogi...

- Pani?

- Chyba, że wolisz w taki sposób... Skoro jednak nie chciałam zniszczyć tego pięknego futra, nie pragnę też uszkodzić zbytnio twojej skóry... Odepnij, obcasy wystarczą...

Raz jeszcze pochylił się do jej stóp i sięgnął ku metalowym zwieńczeniom butów. Znał się na rzeczy, zdjęcie ostróg zabrało tylko chwilę. Pani Rianna kochała szlachetne konie i nie używała przyrządów zmuszających je do posłuszeństwa w sposób mogący wyrządzić trwałą krzywdę, wybrała więc stalowe kolce niezbyt długie i ostre... Jego własna skóra nie miała jednak twardości końskiej, on sam z pewnością odczułby takie krwawe pocałunki. Pomyślał z wdzięcznością o łaskawości władczyni...

Okazało się wkrótce, że same metalowe końcówki obcasów potrafi wykorzystać całkiem zręcznie. Może naprawdę szukała najwygodniejszej pozycji, a może tylko udawała. Dość, że przez długą, naprawdę bardzo długą chwilę przesuwała i przekładała stopy, dźgając nieustannie jego nagie ciało. Nawet gdy wsparła wreszcie podeszwy butów o kark i ramiona klęczącego oraz pochylonego w głębokim ukłonie sługi, co jakiś czas zmieniała ich pozycję, drażniąc przy tym i zadając ból. Ból ten sprawiał jednak zarazem rozkosz, podniecenie nadal więc wzrastało.

- Wiesz, Rafenie... Dla księcia nie zdjęłabym tych ostróg – powiedziała niespodziewanie. - Albo nie, potraktowałabym go jeszcze bardziej surowo... Rozkazałabym, aby zdjął ostrogi razem z butami...

Ostatnie słowa podkreśliła kolejnym dźgnięciem obcasa. Odebrał to jako niemal... wyróżnienie i pieszczotę? Wracała jednak do tematu, którego sama zabroniła poruszać. Miała, oczywiście, takie prawo jako władczyni, a w przypadku kobiety podobna niekonsekwencja nie mogła nikogo dziwić.

- Rozkazałabyś, o Pani? - Tylko na tyle się zdobył.

- Tak, Rafenie. Możesz poczuć się dumny, masz prawdziwie arystokratyczne upodobania. Mój pan i małżonek, książę, też znajduje niekiedy przyjemność w pełnieniu służby podobnej twojej.

- Nie powinienem o tym słuchać, Szlachetna Pani...

- A to dlaczego? To nie jest żadna tajemnica, a możliwa ujma chyba tylko w tych zapadłych kątach księstwa. Na bogatych dworach Południa wielcy panowie wielbią swoje damy, okazują im cześć i szacunek, na bardzo wyszukane sposoby, słowem oraz czynem. I poczytują to sobie za honor. To najnowsza moda.

Milczał, rozważając w duchu jej słowa. Cisza przeciągała się, księżna wbiła spojrzenie w ogień, popijała wino i kreśliła końcówką szpicruty wiadome tylko jej znaki na skórze sługi.

- Może zabawiłbyś swoją panią jakąś rozmową, Rafenie? - odezwała się wreszcie.

- Jak udało się polowanie, Dostojna Pani. - Nic więcej nie przyszło mu do głowy w obecnym stanie umysłu.

- Przerwała je śnieżyca. Musieliśmy zawrócić i zejść z tropu całkiem godnego jelenia... Jeżeli pogoda się poprawi, to jutro lub pojutrze spróbujemy raz jeszcze, ale...

- Pani? - podchwycił.

- Te łowy nie sprawiają mi żadnej radości, rozumiesz? Żadnej radości. Czuję się po prostu chora.

- Coś ci dolega, Szlachetna Pani? - Poczuł autentyczny niepokój.

- A jak mam się czuć, gdy mój pan i małżonek nie zechciał zaszczycić mnie swoim towarzystwem podczas tej dorocznej wyprawy? Gdy wolał pozostać w stolicy? Gdy ulegając cudzoziemskiej modzie zaczął wielbić pewną damę w dwornych słowach wierszy? Tak czynią teraz wielcy panowie, a książę nie jest bynajmniej głupcem. Przeciwnie, zyskał nawet pewną sławę w tej materii... Tylko dlaczego nie ofiarował tych hołdów mnie, własnej pani i małżonce? Dlaczego składał je u stóp tamtej?

- Może był głupcem, Dostojna Pani... Musiał nim być, skoro znalazł inny obiekt adoracji.

- Jak śmiesz osądzać księcia? - Smagnęła szpicrutą przez nagie plecy, raz, drugi, trzeci... Zabolało. - On z pewnością nie jest głupcem, tylko dlaczego nie przyszedł do mnie? Też pragnęłam takich hołdów, ja także, prowincjuszka z mroźnej północy. To właśnie mnie uznał za głupią, czynił wszystko w tajemnicy, dowiedziałam się ostatnia...

- A co Ty uczyniłaś, o Pani?

- Wyjechałam na polowanie w te odległe ostępy... On pozostał w stolicy. Może teraz pisać swoje wiersze bez żadnych przeszkód!

- Wątpię, aby tak właśnie postępował... Może uległ tej nowej modzie, to prawda. Ale to tylko rodzaj wytwornej zabawy, przecież okazywał jedynie cześć jakiejś królowej dalekiego kraju, której nigdy nie widział nawet na oczy!

- I co z tego? I tak mnie to zabolało... Kim ty jednak naprawdę jesteś, Rafenie? Jeżeli to w ogóle twoje prawdziwe imię? Nie wyglądasz na zwykłego sługę. Nie przypominam sobie teraz, abym kiedykolwiek widziała cię przedtem wśród czeladzi. Wiesz o zbyt wielu sprawach, wysławiasz się i zachowujesz dwornie. I bardzo gorąco bronisz księcia... Czy to on cię przysłał?

- Dostojna Pani...

- Odpowiadaj!

Użyła władczego tonu głosu, szpicruty oraz metalowej końcówki obcasa. Tym razem bynajmniej nie odczuł tego dźgnięcia jako pieszczoty.

- Jestem nikim, zwykłym sługą z zamku... Przyznaję, rzeczywiście służę od niedawna...

- Nie okłamiesz mnie, nędzniku! Mów kim naprawdę jesteś i kto cię tu przysłał!

Powstała gwałtownie z fotela i wykorzystując przewagę pozycji przydepnęła mocno kark na którym wspierała dotąd stopę. Nie zdołał się wywinąć, podeszwa oraz ostry obcas buta przygwoździły go do posadzki. Zamarł. Sytuacja stała się niebezpieczna, rozgniewana kobieta mogła uczynić mu prawdziwą krzywdę. Te metalowe obcasy... Tymczasem zarobił kilka uderzeń szpicrutą.

- Odpowiadaj, fałszywy sługo!

- Łaski, Szlachetna Pani! Wszystko powiem, przysięgam! - Nie pozostało nic innego, jak spróbować ją przebłagać.

- Mów więc wreszcie! - Zmniejszyła nieco nacisk uzbrojonej skórą i metalem stopy, ustały bolesne smagnięcia.

- To prawda. Nie jestem zwykłym sługą, przybyłem ze stolicy. Przysłał mnie Twój małżonek, książę, Dostojna Pani.

- A więc to wcześniej ośmieliłeś się Mnie okłamać, psie. Wykorzystałeś chwilę wytchnienia, udawałeś zauroczenie, uwodziłeś... A wszystko to na polecenie Mojego męża!

- Niczego nie udawałem, Dostojna Pani Rianno! Przysięgam! Tak, książę rzeczywiście wyprawił mnie z pewnym przesłaniem i podarunkiem, ale niczego nie udawałem! Od dawna wielbię cię i miłuję... I też znam te nowe mody z Południa. Wróciłem właśnie z podróży do jednego spośród tamtejszych dworów. To dlatego wybrał mnie, bo w najlepszy sposób zdołam przekazać jego słowa i przeznaczony dla Ciebie dar!

- Udając pożądanie, a teraz rzekomą miłość... Przebywałeś na jakimś dworze, jak powiadasz, musisz więc pewnie być szlachcicem. Nie wstyd ci chwytać się takich sposobów?

Pomimo surowych słów w głosie pani Rianny wyczuł ponowne zaciekawienie, nadal nie zdejmowała jednak stopy z jego karku.

- Jestem... poetą.

- Poetą? - Teraz zdumienie w głosie stało się oczywiste.

- Tak, najpiękniejsza i najłaskawsza Pani... To dlatego Twój małżonek wybrał mnie, abym przekazał jego podarunek.

- Coś takiego... Powtarzasz to już trzeci raz. Cóż to za podarunek?

- Pozwól, Pani, że oddam go zgodnie z poleceniem księcia.

- Nie ma mowy. Nie licz na to, że cię uwolnię zanim nie wyznasz wszystkiego do końca. - Znowu mocniej wsparła stopę. - I uważaj, bo wezwę straże!

- Nie ma takiej potrzeby, o Pani. Byłoby to zresztą obecnie kłopotliwe, w tej głuszy rzeczywiście nie znają się na nowych, dworskich obyczajach. – Uznał za stosowne zwrócić uwagę księżnej na fakt, że spoczywa w jej osobistej komnacie kompletnie nagi, leżąc przydepnięty butem dostojnej pani. W tym zapadłym w leśnych ostępach Północy zamku musiałoby to wywołać sensację i z pewnością zostałoby źle zrozumiane. - A podarunek księcia mogę ofiarować nawet teraz, nie ruszając się z miejsca. Tak nawet lepiej, miałem złożyć go właśnie u Twych stóp, Wasza Wysokość.

- Doprawdy? A gdzież to zdołałeś ukryć ten dar? A może sam nim jesteś? - W głosie władczyni dało się teraz wyczuć wesołość.

- W głowie, Dostojna Pani. - Okazał cień urazy. - To wiersz, ułożony przez księcia. Ułożony dla Ciebie, szlachetna Rianno. Znam te wersy na pamięć.

- Mów więc. Wysłucham słów mego pana i małżonka. To nawet zabawne, nie sądzę, by przypuszczał, że w tak akuratny sposób złoży je u moich stóp. - Zwolniła nieco nacisk, by mógł nabrać powietrza.

Gdy wichry wśród skał zawodzą,

gdy śniegiem pokryta równina,

moje serce tęskni za Tobą.

Ponura nastała zima.


Na łowy, gniewna, samotna,

w mroźne ruszyłaś ostępy.

Ten wiersz, niczym strzała lotna,

duszy mej niesie udręki.


Łza w oku, żal co w sercu gości,

mym wielkim, okrutnym wrogiem.

Popiół serca w żar miłości

niech zmieni zimowy ogień.



Poczuł jak dostojna pani Rianna zdejmuje stopę z jego karku, po chwili usiadła na nowo w fotelu.

- Ułożył to sam książę, czy też może skorzystał z twojej pomocy, panie poeto?

- Okazałem się pomocny tylko w przekazaniu tych słów... Przeznaczonych dla Ciebie, Szlachetna Pani. - Uniósł się nieco, aby móc widzieć jej twarz.

- Ciekawe jaką nagrodę obiecał mój małżonek za tak niezwykłe usługi?

- Największą już odebrałem... Ale to prawda, książę to hojny i potężny pan...

- Może nie wiesz, ale większą część tej potęgi zawdzięcza mnie właśnie. Wniosłam mu ziemie, grody, rycerzy, wasali... Nawet ten zamek jest moim dziedzictwem, podobnie jak ta puszcza i cała kraina Dalekiej Północy.

- Książę z pewnością o tym pamięta, o Pani, ale nie wierzę, aby to dlatego napisał te wersy...

- Dlaczegóż więc? - spytała z niecierpliwą i nieco smutną ciekawością.

- Nie wątpię, że nadal Cię miłuje i tęskni, jak sam mówi. A ja nie mogę nie przyznać mu racji, zwłaszcza teraz, gdy ponownie zdołałem ujrzeć z bliska Twoją urodę i nie tylko zresztą urodę, Dostojna Pani.

- Panie poeto, sam wiesz najlepiej jak łatwo umieścić w wierszu wielkie słowa, których nikt nie powinien traktować poważnie.

- Pani, zastosuj więc, proszę, własną opinię także wobec tamtych wersów księcia, które sprawiły Ci ból.

- Jak widzę, mój małżonek znalazł godnego i wymownego obrońcę swojej sprawy. No, ale nie jest przecież głupcem. Przyznam, że mimo wszystko ucieszył mnie dar, który przyniosłeś... Dar prawdziwie książęcy. Ja także postaram się odpłacić księciu oraz tak zręcznemu posłańcowi. Odpłacić w sposób monarszy, chociaż może nie taki, którego mój pan mógłby oczekiwać...

Wypowiadając te słowa, ściągnęła powoli rękawiczki po czym zaczęła rozpinać kamizelę. Obserwował zafascynowany, jak pozbywa się kolejnych warstw myśliwskiej odzieży, pozwalając opaść im niedbale za plecami i odsłaniając wreszcie bujne, sterczące dumnie piersi. Przygasający już nieco blask płomieni ukazywał jej ciało w pełnym cieni, tajemniczym półmroku. Nie potrafił oderwać wzroku, gdy uniosła ramiona i odrzuciła włosy, a jej sylwetka przysunęła się się nieco ku palenisku, ujawniając w lepszym świetle nowe szczegóły.

- Cóż sprawia, że gapisz się niczym wiejski prostak, panie poeto? Czy nigdy nie widziałeś takiego obrazu? - zadrwiła z uśmiechem. - Na żadnym z dworów Południa czy też nawet niedawno, w jakiejś przydrożnej gospodzie?

- Czegoś takiego z pewnością nikt nie znajdzie w gospodzie. Na dworach południowych panów też niczego podobnego nigdy nie ujrzałem, Szlachetna Pani.

Uczcił urodę i majestat księżnej przywierając ustami do osłoniętego skórą cholewki kolana, wskazując zarazem w ten sposób na niezwykłość jej stroju oraz charakteru.

- Korzystaj więc, dopóki możesz. Tak dobrze napaliłeś w tym kominku, że zrobiło mi się gorąco. Ty sam rozkoszujesz się wygodą nagości, podczas gdy ja muszę męczyć się w zimowym odzieniu. Tylko dlatego, że jestem kobietą oraz władczynią tego kraju? To niesprawiedliwe, zechcesz to chyba przyznać?

Gorliwie potwierdził swoją zgodę z opinią rozmówczyni całując drugie kolano, również obleczone skórą. Ten gest przypomniał chyba o czymś dostojnej pani Riannie.

- Zostały jeszcze spodnie. Pomóż je zdjąć. I wszystko to, co znajdziesz pod nimi.

Istotnie, nosiła wpuszczoną w wysokie cholewy butów wspomnianą część garderoby, również uszytą ze skóry i chroniącą pewne delikatne części ciała, szczególnie narażone na obtarcia oraz niewygody podczas jazdy konnej. Oczywiście, księżna dosiadała wierzchowca po męsku, nie uznawała mało stabilnych i przydatnych tylko podczas spacerowych przejażdżek siodeł dla dam. W czymś takim nie dałoby się zresztą uczestniczyć w prawdziwym polowaniu, upajającej gonitwie po lasach za dzikim zwierzem. On sam, również biorąc udział w łowach, doskonale to rozumiał. Teraz jednak poczuł odrobinę niepewności. Z wahaniem ujął dłońmi obcas i czubek jednego z butów pani Rianny. Nie miał ochoty ich ściągać, podniecała go do szaleństwa właśnie w tych wysokich cholewkach. Musiał je jednak zdjąć aby następnie pozbyć się spodni, stojących na drodze do najbardziej godnych pożądania, tajemnych miejsc szlachetnej i pięknej pani. Miejsc, które zdecydowała się przed nim otworzyć, w to już nie wątpił. Cóż, taka nagroda wymagała pewnych poświęceń. Wzmocnił uchwyt i szarpnął, wiedział z doświadczenia, że wysokie myśliwskie buty ściągano i zakładano z pewnym trudem.

- Co robisz, durniu? - zaprotestowała księżna. - Rozkazałam ci pomóc twojej pani w pozbyciu się spodni, a nie butów! Życzę sobie w nich pozostać! To chyba także twoje życzenie, czyż nie tak, mój panie oraz mój sługo?

- Ale w jaki sposób... Cóż mam więc uczynić? - spytał zaskoczony.

- Użyj tego, głupcze! - Trzymaną ponownie w dłoni szpicrutą wskazała na jego własny sztylet, którym posłużył się do skrzesania ognia, a potem pozostawił zapomniany na obmurowaniu kominka. - Wierzę teraz, że na południowych dworach rzeczywiście nie znalazłeś władczyni godnej tego miana, skoro wszystkiego trzeba cię uczyć!

- To prawda, Pani. Nie ma tam dam podobnych Tobie – odpowiedział żarliwie.

- Gdybym tylko mogła mieć pewność, że mówisz szczerze, panie poeto...

Nie odpowiedział. Ujął sztylet i zbliżył ostrze do nieszczęsnych spodni, podczas gdy pani Rianna rozchyliła nogi, otwierając dostęp do najwspanialszej i najwrażliwszej części swego ciała. Części, którą musiał dopiero odsłonić.

- Wierzę, że nie uczynisz mi krzywdy, sługo?

- Prędzej sam zginę, Szlachetna Pani!

Poczuł dziwne wzruszenie... Pomimo wszystkiego, przez co przeszła, zaufała mu. Starał się operować sztyletem powoli i delikatnie. Skóra okazała się jednak solidna i mocna, strój myśliwski księżnej wykonali w końcu najlepsi rzemieślnicy, z najwyższej jakości materiałów. Musiał nacisnąć mocniej, szarpnąć ostrzem... Ale udało się... Rozpruł spodnie w kroku, potem odciął dolne części nogawek, które pozostały wsunięte w cholewy butów. Tam nikomu już nie przeszkadzały. I nie drasnął ciała swojej pani, nie popłynęła ani kropelka jej krwi. Aż bał się zresztą pomyśleć, co stałoby się w przeciwnym wypadku. Na szczęście, sztyletem władał równie dobrze jak piórem. Z dwiema warstwami bielizny, najpierw wierzchnią, grubą i włochatą, a potem wewnętrzną, z najdelikatniejszego płótna, poszło łatwiej. Odrzucił ostrze.

Pani Rianna nie zsunęła już nóg, pozwalając mu do woli wpatrywać się w jej pokryty miękkim, czarnym meszkiem srom. Podobno na Południu niektóre damy goliły się w tym miejscu, jakoby nawet na różne, wymyślne sposoby. Tu, na Północy, takich wyrafinowanych pomysłów jeszcze nie znano i nie uznawano. Tym lepiej, wolał to, co znalazł. Nie przeszkadzał mu też wyrazisty zapach... Co prawda, księżna galopowała uprzednio po lasach i nie otrzymała dotąd szansy na wzięcie kąpieli... Ale to był jej zapach... Pożądany i podniecający o wiele silniej niż najbardziej nawet wyszukane perfumy, których także miały podobno używać w tym miejscu damy z Południa.

- Gdyby książę się o tym dowiedział... Dowiedział, w jaki sposób wynagradzam jego posłańca...

- Ale książę pozostał w stolicy, daleko stąd. A to przecież twój zamek, moja Pani, jak sama powiedziałaś.

Nie tracąc już więcej czasu przywarł ustami do jej najbardziej wrażliwego miejsca. Cywilizowane Południe czy dzika Północ, dziewka w oberży czy pani na zamku, bujna łąka czy strzyżone ogrody, wymyślne pachnidła czy naturalny, pobudzający zapach gotowej i chętnej kobiety... To bez znaczenia, wszystkie lubiły hołdy składane w ten sposób, nawet jeżeli nie śmiały się o nie upomnieć czy poprosić. Oczywiście, najlepiej gdy czyniono to z wprawą i należytym oddaniem. Ale on tak właśnie potrafił, miewał okazje, aby upewnić się w tej kwestii. Na początek, zachowując pewną delikatność ale przy tym zdecydowanie, wbił kciuki nieco powyżej sromu swojej pani, docisnął do odnalezionej tam twardej kości. Nie powinna odczuwać bólu, a miejsce jej największej rozkoszy wynurzyło się dzięki temu z fałd skóry, uśmiechając się radośnie do oczekiwanego gościa. Ujrzał to we wzbudzonym szczęśliwie na tę akurat chwilę blasku płomieni. Teraz przystąpił do pracy językiem. Ta materia okazała się najdelikatniejszą ze wszystkich, które dzisiaj smakował. Nie dało się jej porównać z najstaranniej nawet wyprawioną skórą cholewek najlepiej uszytych myśliwskich butów księżnej. Reagowała też żywo na jego starania. Unosiła się, wychodziła na spotkanie sunącego ku niej języka, by po chwili próbować ucieczki. Bezskutecznej jednak, gdyż wzmacniał wtedy na nowo nacisk palców. Towarzyszyły temu jęki, a potem ciche okrzyki Rianny. Znał to, znał bardzo dobrze... Otrzymał jednak teraz dodatkowe wrażenia, zazwyczaj niedostępne podczas takich okazji. Pani uniosła nogi i wsparła je na jego ramionach, ścisnęła głowę... Mogąc poczuć siłę jej mięśni, wyrobioną podczas wielu dni spędzonych na koniu, połączoną z rozpalającym do czerwoności dotykiem skóry cholewek oraz myślą o czekających tylko na sposobną chwilę metalowych obcasach, doświadczył własnego, narastającego wzwodu. Powstrzymał się z pewnym trudem, nakazując samemu sobie skupienie na służbie, którą wykonywał. Wytryśnięcie w tej akurat chwili byłoby nie tylko marnotrawstwem ale też niewybaczalnym grubiaństwem i śmiertelną obrazą. Na szczęście księżna pomogła mu powściągnąć niewczesne żądze, pomimo własnych uniesień świadoma być może tego, co czyni swemu towarzyszowi. Nadal pracując językiem, ścigającym wytrwale najczulszy punkt ciała kochanki, poczuł piekące smagnięcie przez plecy. Po chwili spadły kolejne razy, trafiając głównie w lewy bok i lewą stronę pośladków. Prawa ręka szlachetnej Rianny bardzo pewnie dzierżyła szpicrutę. Podnosiła w ten sposób intensywność własnych doznań, o czym świadczyła nowa fala okrzyków, poskramiając zarazem przedwczesne uniesienia swego sługi. W takich sytuacjach nie przepadał za chłostą, właściwie to wcale za nią nie tęsknił, pragnął tylko całym sobą odczuwać obawę przed wolą oraz kaprysami Pani, obawę przed jej uzbrojoną w bicz lub inny podobny przyrząd dłonią. To wtedy najsilniej pojmował władzę Damy, a to właśnie dostarczało mu szczególnej podniety. Ale w tej chwili podnieta stała się głównie udziałem towarzyszki, a on wspierał ją pracą języka.

W pewnej chwili znalazła jednak nowy, lepszy sposób. Przerwała serię uderzeń, oderwała palce sługi od swego ciała i wsunęła w dłoń kochanka szpicrutę.

- Użyj tego! – rozkazała, własnoręcznie przejmując teraz zadanie uciskania płaskiego brzucha.

Wiedział oczywiście, że szlachetna pani wcale nie życzy sobie zaznania rozkoszy chłosty, choćby symbolicznej. Chciała, aby wykorzystał rączkę przyrządu, wykonaną luksusowo z kości jakiegoś żyjącego na południu zwierzęcia. Gładką, zakończoną kształtną kulką i przydatną do wielu różnych rzeczy... Odsunął się na chwilę, po czym napierając z odrobiną siły wepchnął tę gałkę w wilgotny otwór pani Rianny. Jęknęła z rozkoszy. Pospiesznie powrócił do pracy językiem, przesuwając zarazem w tył i w przód powierzoną mu szpicrutę.

- Wolniej, ruszaj tym wolniej! I wysuwaj na ile zdołasz, tak jest najprzyjemniej! - wydyszała.

Zastosował się do tego życzenia, nagrodzony w zamian kolejną serią jęków i coraz głośniejszych okrzyków. Musiał tylko uważać, aby gałka nie wymknęła się jednak całkowicie z jej otworu. Miał pewność, że takiej zbrodni władczyni nigdy by mu nie wybaczyła.

- Tak, tak dobrze... Bogowie, jaka rozkosz...

Mocniej ścisnęła nogami jego szyję, ponownie pobudzając przyrodzenie kochanka. Był już na to najwyższy czas, jęki pani Rianny przeszły bowiem w stan nieustającego okrzyku, a jej ciałem wstrząsnęły dreszcze. Szybkim ruchem oderwała głowę i usta sługi, wyszarpnęła też brutalnie z własnego wnętrza rączkę szpicruty.

- Chcę czegoś więcej, czegoś lepszego! Wchodź teraz, natychmiast!

Uniósł się i przysunął, ponieważ jednak uznała widocznie, że zbytnio się guzdrze, własną dłonią poprowadziła sztywny penis towarzysza do ciepłego, pełnego wilgoci otworu. Naparł całym ciałem, a ona uniosła się ku niemu. Fotel okazał się w tym wszystkim elementem najmniej przydatnym, a zarazem niestabilnym. Mebel zachwiał się niebezpiecznie, on sam chwycił jednak pewnie szlachetną panią w ramiona i odpychając niepewne siedzisko opadł na pokrytą niedźwiedzim futrem posadzkę. Rianna znalazła się teraz pod nim, szczęśliwie zdołał ominąć obudowę kominka i opuścić jej głowę na włochatą skórę, gdzie znalazła bezpieczne schronienie. Nie miał nawet pewności, czy w ogóle zwróciła na to uwagę, pochłonięta falą rozkoszy. Liczył trochę, że to ona dosiądzie teraz swego rumaka, była przecież znakomitą amazonką i to nie tylko podczas polowań w leśnej kniei. Bez zwłoki wciągnęła jednak sługę na siebie i ponownie umieściła jego przyrodzenie we własnym otworze.

- Ruszaj się! Teraz, szybko! Chcę cię poczuć!

Dostosował się do jej wyboru, może trafią się inne jeszcze okazje do zabawy w wierzchowca szlachetnej pani Rianny. Nie potrafił zresztą myśleć zbyt jasno w takiej chwili, Ujął silnie w nadgarstkach dłonie księżnej i skrzyżował jej ręce ponad głową, unieruchamiając w takiej pozycji. Przyjęła to z aprobatą, w zamian oplatając nogi wokół jego pośladków. Znowu poczuł skórę cholewek, a teraz także metal obcasów. Pożądanie natychmiast wzrosło, na co wpływ miały też zapewne gwałtowne ruchy bioder, które oboje wykonywali.

- Szybciej, szybciej! Ruszaj się szybciej!

Uniosła nogi i zaczęła uderzać w uda sługi piętami, a właściwie nasadami obcasów, zahaczając też niekiedy o jego skórę groźnymi, metalowymi końcówkami.

- Pani, łaski, nie teraz... Gdy zawołam, proszę ... - wydyszał.

Ponownie objęła łydkami pośladki kochanka. - „Jak to dobrze, że kazała odpiąć te ostrogi.” - Pomyślał. - „Chociaż kto wie? Może kiedyś warto byłoby popróbować i takich pocałunków?” - Po chwili stracił jednak wątek jakichkolwiek rozważań. Liczyła się tylko narastająca fala gorąca, która narodziła się gdzieś we wnętrzu i w niepowstrzymany sposób sunęła ku najważniejszemu w tej chwili punktowi jego ciała. Nie potrafił nad nią zapanować, zresztą wcale nie chciał. Pragnął, aby wyrwała się na wolność i ogarnęła ich oboje.

- Teraz, proszę, teraz! - Zdołał jeszcze zawołać.

Dotrzymała milczącej obietnicy i spięła biodra sługi obcasami niczym jeździeckimi ostrogami. W tej chwili oznaczało to dodatkowe pobudzenie, wytrysnął bez żadnej zwłoki i wylewał z siebie nasienie, rozładowując długie napięcie. Bo nie było prawdą, by korzystał z jakichś dziewek w oberżach. Nie miał żadnej kobiety odkąd przekonał się, że wyruszy z tą misją. Krzyknął z rozkoszy, oboje krzyczeli, wyrażając targające nimi emocje. Ona także doznała nowej fali spełnienia, gdy poczuła rozlewającą się w jej wnętrzu powódź. Po długiej, bardzo długiej chwili opadli na skórę, wtuleni w siebie, skąpani blaskiem ognia i obdarowywani jego żarem.

Tę właśnie porę wybrał nierozgarnięty zarządca, być może zwabiony dobiegającymi z komnaty odgłosami, a może po prostu sprowadzony przez prześladującego go pecha, aby zapukać do drzwi. Nie doczekawszy się odpowiedzi, nieopatrznie wszedł do środka bez zaproszenia.

- Dostojna Pani, kąpiel gotowa... - Zamarł z rozwartymi ustami, dostrzegając w słabym już świetle płomieni dwie nagie, splecione ze sobą sylwetki.

- Wynoś się! - zawołali jednocześnie, a ich głosy zlały się we wspólnie odczuwanym gniewie

- Ale... ależ Pani... ten tutaj...

- Nie poznajesz Jego Wysokości księcia, Mojego pana i małżonka, durniu? - Gdy tylko sobie tego życzyła, głos księżnej potrafił przybrać ton prawdziwie jadowity.

- Wybaczcie, Dostojni Państwo... Jest ciemno....Nikt mi nie powiedział... - Nieszczęsny zarządca znalazł się wreszcie na korytarzu i zamknął za sobą drzwi, po drodze potykając się jeszcze na progu.

Przez potrzebny do tego krótki czas z najwyższym wysiłkiem zdołali zachować powagę, po czym, nadal złączeni, wybuchnęli niepowstrzymanym, szczerym śmiechem. Powoli odzyskiwali zdolność łapania oddechu.

- I znowu przemówiliśmy jednym głosem, moja pani.

- Wierz mi, naprawdę się z tego cieszę, mój panie. Ten głupiec ma jednak szczęście, gdyby wszedł choćby kilka uderzeń serca wcześniej, nie okazałabym żadnej łaski i z pewnością zakosztowałby mojej zimowej łaźni.

- A ja z pewnością bym się temu nie sprzeciwiał.

- Tym niemniej, to prawdziwy dureń. W końcu znajdzie okazję aby wzbudzić mój gniew. Myślę, że dla jego własnego dobra należy poszukać mu innego zajęcia.

- Uczynisz co postanowisz, pani. Jak sama powiedziałaś, ten zamek należy do ciebie.

- Wybacz... - Delikatnie dotknęła ramienia męża. - Nie chcę, abyś w taki właśnie sposób zapamiętał moje słowa. Wiesz, że zawsze stanę u twego boku, będę wspierać twoje zamysły i ambicje.

- A ja zawsze padnę do twoich stóp... I tylko twoich...

- Tak jak dzisiaj... Jak tego dokonałeś, mój panie?

- Nie uważasz przecież swego małżonka za durnia, to też powiedziałaś. Przybyłem przed południem, pieszo i samotnie, w jakiś czas po tym, gdy wyruszyłaś na polowanie. Widziałem z góry twój orszak. Trzymasz ostatnio na zamku tyle czeladzi, miejscowej i przyjezdnej, że nikt nie może znać wszystkich twarzy. Bez trudu wmieszałem się w służbę, a ten głupiec pozwolił mi zająć się kominkami w twoich komnatach. To jednak niebezpieczny dureń, co do tego przyznaję ci pełną rację. Nie rozpoznał mnie, a mimo to dopuścił do tych apartamentów. Nawet nie musiałem go przekupywać, przynajmniej nie splamił się więc wzięciem łapówki. Ale i tak należy szybko znaleźć nowego zarządcę. Przecież miałem przy sobie sztylet... Niektórzy spośród służby okazali się dużo bardziej rozgarnięci. Tym nakazałem milczenie, rozdając w nagrodę twoje piękne podobizny, moja pani. Wszyscy wdzięcznie je przyjmowali. Zechciej im to wybaczyć, proszę.

- Jakie znowu podobizny? - spytała zaciekawiona.

- A takie, sama zobacz.

Z lekkim westchnieniem oderwał się od ramion małżonki i sięgnął ku kupce własnego, porzuconego odzienia. Z ukrytej w jakiejś kieszeni sakiewki wydobył kilka monet, połyskiwały złociście w świetle ognia, najpewniej dopiero niedawno opuściły mennicę. Zdobił je wizerunek pięknej, dumnej kobiety w książęcej koronie na głowie. „Księżna Rianna, Pani Dalekiej Północy” - głosił wszystkim potrafiącym czytać napis w otoku. Podał jeden z krążków żonie.

- Kazałem wybić tę serię wkrótce po twoim wyjeździe.

- Och, dziękuję. - Okazała wdzięczność pocałunkiem. - Wiesz, jak bardzo mi na tym zależało.

- Mam jeszcze coś... Jeśli pozwolisz...

Tym razem wydobył z fałd ubrania ozdobny łańcuch, wykonany ze starannie wykutych złotych ogniw. Do środkowego z nich doczepiono uczynioną z jakiegoś czarnego kamienia figurkę konia. Odgarnął długie do pasa włosy żony i zapiął ozdobę na jej szyi. Czarny rumak sprawiał teraz wrażenie, że szuka soczystej trawy na pastwisku w dolinie pomiędzy bliźniaczymi, strzelistymi wzgórzami pani Rianny. Ujęła wisior w dłoń i uniosła do oczu. Po chwili pozwoliła mu jednak opaść między palcami.

- Piękne cacko... Znasz mnie przecież mężu i wiesz, że nie przepadam za takimi błyskotkami. - Złagodziła słowa uśmiechem. - Trzeba było i to przeznaczyć na monety. Na pewno przydałyby się o wiele bardziej.

- To tylko symbol, Rianno. Pamiętasz tego ognistego rumaka, którego przywiózł niedawno z południa hrabia Dwóch Rzek? Przyznaj, wpadł ci w oko. I nie chodzi mi o hrabiego – zażartował.

- Tę czarną bestię, smolistego ogiera? Przecież podobno nie był na sprzedaż? - Tym razem oczy księżnej rozbłysły żarem.

- Po starannym namyśle hrabia zmienił zdanie w tej kwestii. Koń należy do ciebie, pani. Moi ludzie mieli sprowadzić go dziś wieczorem, aby czekał w stajni na twoje oględziny. Obawiam się jednak, że mogła ich zatrzymać śnieżyca. Poleciłem, by bez potrzeby nie ryzykowali życiem ani własnym, ani tego zwierzęcia. Może tutaj tego nie zauważono, ale na przełęczy wiatr przywiewał chmury już bardzo wczesnym rankiem.

- Słusznie rozkazałeś, mój panie... Ale... ale ty jednak przyszedłeś, sam jeden, pomimo zbierającej się burzy. Od przełęczy do zamku daleka droga przez lasy...

- Miałem do spełnienia ważną misję, pamiętasz? Misję zleconą przez samego księcia.

- I wykonałeś ją znakomicie. Oczarowałeś i uwiodłeś księżną Północnej Krainy w najpiękniejszy możliwy sposób. Twój pan powinien szczodrze cię wynagrodzić.

- Szczerze mówiąc, obiecał tylko nagrodę z rąk księżnej... Z twoich rąk, Rianno. I już ją otrzymałem.

- Ofiarowałeś mi dzisiaj tyle darów... Ale najpiękniejszy z nich wręczyłeś na samym początku... Samą swoją obecnością.

- Odebrałem też hojną nagrodę.

- O nie, mój panie. Pozwól, że to ja zadecyduję, kiedy nasze rachunki zostaną wyrównane. We wszelkich sprawach... - Wypowiadając te słowa uśmiechnęła się, co ujrzał z pewną ulgą. - Na początek przyjmij, proszę, zaproszenie do łaźni, skoro wreszcie ją przygotowano. Muszę obmyć rany które odniosłeś podczas wypełniania swojej misji. - Przesunęła palcem po prędze na policzku męża, potem po kilku niewidocznych dla niego śladach na plecach i pośladkach. Wyraz jej twarzy stał się jeszcze bardziej promienny, oczy zapłonęły blaskiem. - Musisz odzyskać siły przed jutrzejszym polowaniem, w którym, mam nadzieję, zechcesz wziąć udział u mego boku.

- Z przyjemnością przyjmuję obydwa zaproszenia, Rianno.

- Zanim jednak udamy się do kąpieli, odbierzesz jeszcze jedną nagrodę... O ile uznasz to za nagrodę... Musisz pomóc zdjąć moje buty, wybacz, ale w łaźni tylko by przeszkadzały. Wieczerzę każemy potem podać tutaj, czyż nie, mój panie?

- Pozwól, pani, że podziękuję przedtem mojemu wiernemu słudze i przyjacielowi zarazem, który towarzyszył mi w mojej misji, a teraz także umiera z głodu.

- Masz tu gdzieś jednak kogoś z czeladzi albo konia?

- Nie, Rianno. Chciałbym tylko dołożyć do ognia.

Komentarze

Wielką radość sprawiło mi pojawienie się nefera na tej stronie. To bardzo poprawia jej poziom i dobrze rokuje na przyszłość. Pozdrawiam.

Miło przeczytać podobną pochwałę. Liczę, że strona zyska powodzenie i rozwinie się wspólnym wysiłkiem wszystkich zaangażowanych organizatorów oraz autorów. Pozdrawiam.

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany