Opowiadanie użytkownika Nefer

Pan ognia (Sługa płomieni 5)

local_library4 comment0 thumb_up0
22-02-2018 16:01

 Mury Chrysopolis... Przez ponad dwa miesiące przeciągającego się oblężenia miał okazję dobrze przyjrzeć się tylko tej jednej budowli świetnej stolicy Cesarstwa. Złociste kopuły świątyń i pałaców błyszczały gdzieś z dala, nieosiągalne za ich osłoną. Za to same mury poznał nadzwyczaj dokładnie. Wzniesione jeszcze przez któregoś z cesarzy władających całym światem, uchodziły za cud sztuki fortyfikacyjnej. Podwójne, wzmocnione licznymi basztami i szeroką fosą, oparły się jak dotąd wszelkim wrogom. Jeżeli kiedykolwiek je zdobywano, to tylko zdradą. Ich własne szturmy także okazały się tymczasem bezskuteczne. Liczyli bardzo na flotę. Od strony otwartego morza miasto również posiadało jednak podobną osłonę, a nadal groźne okręty cesarzowej schroniły się w znakomitym, naturalnym porcie stolicy: długiej, wcinającej się głęboko w ląd zatoce, nazywanej Szczodrą Dłonią. Szczodrą, gdyż to ona zadecydowała niegdyś o założeniu miasta w tym właśnie miejscu, a w czasach pokoju stanowiła zabezpieczoną przed sztormami oraz innymi niebezpieczeństwami przystań dla licznych, wyładowanych wszelakimi towarami statków handlowych, przybywających do Chrysopolis z czterech stron świata. Dla najeźdźców Dłoń okazała się natomiast zamknięta, zaciśnięta w pięść. Wejście przegrodzono grubym, żelaznym łańcuchem, którego końce doczepiono do dwóch potężnych wież po obydwu stronach zatoki. Każda z nich stanowiła odrębną fortecę. Południową włączono w obręb murów miasta i sąsiadowała bezpośrednio z Pałacem, jej siostra strzegła północnego brzegu Dłoni oraz tamtejszych równin i wzgórz.

Zarówno dux Enrico jak i pirat Rodmund próbowali kilkakrotnie zerwać łańcuch oraz przebić się na wody zatoki. Opanowanie portu zacisnęłoby pierścień oblężenia oraz wystawiło na atak najsłabiej bronione, zwrócone ku Dłoni dzielnice miasta. Za każdym razem zza zapory witały ich jednak okręty cesarzowej, odstraszające napastników budzącym przerażenie ogniem, miotanym na sporą odległość z zainstalowanych na pokładach dziwacznych, mosiężnych rur-wyrzutni. Ogniem, który płonął również na wodzie i którego rzeczywiście w żaden sposób nie dawało się wodą ugasić. Stracili w ten sposób kilka galer, zanim odstąpili, a port pozostał w rękach Damareny.

Mieli potem nadzieję na zagłodzenie miasta z tak wielką, niewyobrażalnie wręcz liczną ludnością. O ile jednak mogli odciąć dostawy od strony stałego lądu oraz otwartego morza, gdyż ani cesarskie podjazdy, ani okręty nie próbowały niepokoić tam ich patroli, to nie byli w stanie zablokować ruchu łodzi na Dłoni. A zatoka okazała się zadziwiająco długa, sięgała tak daleko, że brakowało im zbrojnych, aby otoczyć jej odległe brzegi. W ten sposób Dłoń raz jeszcze potwierdziła trafność nadanego jej miana i darzyła stolicę swoją szczodrością. Nie spodziewając się podobnych trudności, na początku oblężenia spustoszyli okolicę, spalili zasiewy i teraz sami mogli obawiać się głodu, pomimo rozpoczynającej się pory żniw. Zwłaszcza, jeżeli ugrzęzną tu na kolejne miesiące. Wtedy pozostaną tylko zapasy dostarczane przez pękate korabie duxa, ale po nadejściu pory jesiennych sztormów będą zmuszeni odstąpić w niesławie. Gdy na radzie książąt Rodmund zaproponował przeprowadzenie rekonesansu po północnej stronie zatoki, aby zbadać ewentualną możliwość przeciągnięcia okrętów na wody Dłoni lądem, w celu ominięcia silnie bronionego łańcucha, wszyscy skwapliwie na to przystali, a on sam zgłosił chęć udziału w tym wypadzie. Powodowała nim nie tylko obawa o losy wyprawy i narastająca nuda, ale i potęgujące się niezadowolenie pani Rianny. Musieli przejąć w jakiś sposób inicjatywę.

Przeklinał teraz tę niewczesną niecierpliwość oraz własną naiwność. Miał na to mnóstwo czasu, podobnie jak i na ponowne przyglądanie się kamiennym murom fortyfikacji Chrysopolis. Tyle, że tym razem oglądał je z bardzo bliska i od środka. Ściśle rzecz biorąc, dostępny jego obserwacjom pozostawał tylko niezbyt duży ich fragment, widoczny w słabo oświetlonym lochu. Wypad potoczył się bardzo źle. Gdy oddalili się już od kilku okrętów Rodmunda, które wysadziły ich na północnym brzegu i zbliżyli się do zatoki, niespodziewanie pojawili się żołnierze cesarscy. W zbyt dużej liczbie, by wdawać się w bitwę. Pozostawał odwrót, który starał się zorganizować i osłonić. Wszystko szło w miarę dobrze do chwili, gdy nagle okazało się, że konni przydzieleni wyprawie przez Roberta Krótkonogiego znajdują się już na szczycie wzgórz i pospiesznie galopują ku zbawiennym galerom księcia piratów. Pozostawiona sama sobie straż tylna została otoczona i uległa przeważającym siłom. Większość jego ludzi poległa, ale on sam nie został nawet draśnięty. Przeciwnicy wyraźnie unikali z nim walki wręcz, za to mieli ze sobą sieci, w które po dłuższej chwili sprawnie go oplątali. Wszystko to wyglądało bardzo dziwnie i rodziło różne podejrzenia.

Nie miał pojęcia, ile czasu spędził w tym przeklętym lochu rozjaśnionym tylko pochodniami. Zapewne kilka dni. Nie traktowano go z nadmierną surowością, nałożono wprawdzie łańcuchy na przeguby rąk i nóg, ale niezbyt uciążliwe. Nie poskąpiono słomy, jedzenie podawano przyzwoite, wystarczająco dużo wody, by zaspokoić pragnienie i zachować czystość, po czym pozostawiano zwykle samemu sobie oraz ponurym rozmyślaniom. Dlaczego jednak nic się nie działo? Przecież cesarscy musieli wiedzieć, kogo pochwycili i powinni tę okoliczność wykorzystać. Sama bazylissa też została z pewnością poinformowana, jaki to jeniec dostał się w jej ręce. Nie zechce nawet ujrzeć na własne oczy swego dawnego adoratora, niedoszłego rycerza i wikariusza, któremu ofiarowywała szczególne podarunki oraz jeszcze bardziej szczególne przesłania? W to nie mógł uwierzyć. Jeżeli tym przedłużającym się oczekiwaniem chciała zasiać niepokój w duszy swego więźnia, to cel jak najbardziej osiągnęła.

Nic dziwnego, że ucieszył się, gdy wreszcie usłyszał odgłos kroków odmiennych od ciężkiego człapania strażników, dostrzegł silniejszy niż zwykle poblask pochodni, a w końcu dobiegły go nabrzmiałe szacunkiem słowa.

- Proszę uważać na stopień, Dostojna Pani.

A więc z wizytą przybywała jakaś dama! Przygotował się już w duchu na zaszczyt ujrzenia samej Pani Połowy Świata, bazylissy Damareny, może niekoniecznie w pełnym blasku oficjalnego stroju audiencjonalnego, ale zawsze... Dlatego widok młodej kobiety, która pojawiła się w otoczeniu kilku strażników, oświetlona płomieniami niesionych przez nich pochodni, okazał się dużym zaskoczeniem.

- Witaj, książę. Spotykamy się w okolicznościach zupełnie innych niż poprzednio. To nie przyjęcie w pałacu duxa Laguny.

- Jesteś tą służką diuszesy, która poczęstowała mnie wtedy winem? Potem porzuciłaś chyba służbę i zostałaś towarzyszką księcia Rodmunda. – Przezornie użył bardzo oględnego określenia pozycji dziewczyny w obozie. - Nazywasz się Aria, o ile pamiętam? Ale co tutaj robisz?

- Daruj sobie, panie, te zabawy i nie obrażaj własnego rozumu. Oboje wiemy, że od dawna dobrze znasz moją rolę i prawdziwą panią, której służę. A przynajmniej wiedzę tę posiadła twoja żona, księżna Dalekiej Północy. Nie wątpię, że podzieliła się nią z mężem.

- Nie sądziłem jednak, że podzieli się także z tobą.

Gdy wyruszając z Laguny ujrzeli Arię jako nową kochankę Rodmunda, długo dyskutowali nad tym, czy odsłonić jej knowania. Ostatecznie postanowili poprzestać na dyskretnej obserwacji, żywiąc nadzieję, że pirat okaże dość rozsądku, by nie zdradzać przygodnej dziewce ważniejszych tajemnic. Zdemaskowanie agentki wymagałoby ujawnienia ich własnych przygód, przygód i zdobytej wiedzy, która zbyt wielu osobom nie przypadłaby do smaku. W duchu musiał jednak przyznać, że obstając przy takim rozwiązaniu kierował się też innymi względami. Nie życzył Arii grozy przesłuchania oraz tortur. A oto sytuacja mogła ulec odwróceniu...

- Twoje pojmanie zmieniło spojrzenie szlachetnej Rianny na wiele spraw, książę. To ona wyprawiła mnie z potajemnym poselstwem do Najdostojniejszej Bazylissy.

- Poselstwem? - Podszedł do rozdzielających ich, zakratowanych drzwi celi.

- Dotyczącym warunków twego uwolnienia, oczywiście. To nawet zabawne, gdy na to wszystko spojrzeć...

- I jakież to warunki?

- To już sprawa pomiędzy Panią Połowy Świata i księżną Dalekiej Północy. Ty nie masz tymczasem nic do powiedzenia, panie. I nie musisz o niczym wiedzieć.

- Skoro tak to widzicie, ty i twoja pani...

- Nie obrażaj się, Bastianie. Przybyłam tu, aby dostarczyć ci rozrywki.

- Rozrywki?

- Udamy się razem na mały spacer, który powinien okazać się interesujący. A potem...

- Co potem?

- Zobaczysz. Czynię to wszystko na rozkaz mojej pani, oczywiście, ale bez żadnej przykrości, możesz być tego pewny. Nie obawiaj się jednak i nie stawiaj niepotrzebnego oporu, proszę.

Skinęła na strażników, którzy otworzyli drzwi, a dwaj z nich ujęli więźnia za ramiona. Gdy wyszli na zewnątrz, strząsnął ich ręce. Aria powstrzymała dozorców kolejnym gestem.

- To niepotrzebne, on pójdzie sam. Ale miejcie baczenie na wszystko.

Zgodnie z zapewnieniami dziewczyny, droga nie okazała się długa. Luźne łańcuchy pozwalały na w miarę swobodne kroki. Znaleźli się w innej celi, dość obszernej. Na środku pomieszczenia dostrzegł coś, co wyglądało jak żłób w stajni. Przez chwilę sądził, że loch jest pusty, jednak światło pochodni wydobyło z półmroku kulącego się pod ścianą więźnia. Najwyraźniej powodziło mu się dużo gorzej, niż jemu samemu. Całkowicie nagie ciało wyglądało na zabiedzone, zmierzwione włosy i broda wskazywały na dłuższy już czas niewoli, przykry i jednoznaczny zapach na niemożność lub zaniedbanie dopełniania podstawowych zabiegów higienicznych. Widząc przybyszów, nieszczęśnik nie wstając z kolan, na czworakach, przysunął się w ich kierunku na podobieństwo łaszącego się psa. Dłonie skuto mu krótkim łańcuchem, przypiętym do obroży. Inny łańcuch, nieco dłuższy, przymocowano do żłobu. Ograniczało to zasięg i swobodę ruchu, ale nie tłumaczyło, dlaczego nadal pełzał na kolanach.

- Jak długo mam tu jeszcze zostać? Jak długo ona każe mnie więzić w taki sposób? - zawodził, a głos wydał się znajomy.

- Tak długo, jak Pani Połowy Świata uzna to za potrzebne. Tak długo, aż nie odkupisz swoich win, panie Demetriuszu - odparła obojętnie Aria.

Więzień uniósł z trudem głowę i dało się rozpoznać twarz niegdysiejszego posła, który niezbyt fortunnie sprawował swoją dwuznaczną misję, nie odnosząc sukcesu ani w dyplomacji, ani w intrydze. Oczy błyszczały chorobliwym blaskiem. Teraz dopiero narastające światło pochodni ujawniło przyczynę jego pochylonej pozy. Do ud dociśnięte miał dwie dopasowane deszczułki, które w niewielkim otworze więziły wyciągnięte w tył krocza genitalia. Całość spinał solidny skobel. W rezultacie nieszczęśnik zmuszony był nieustannie klęczeć albo leżeć na boku, zwinięty w kłębek. Wyprostowanie nóg oraz powstanie z kolan okazywało się niemożliwe. Jedzenie i wodę podawano mu niczym zwierzęciu, w żłobie.

- Przemów za mną, Dostojna Pani. Ona cię wysłucha, cieszysz się względami naszej Władczyni.

- Okazuje mi swoją życzliwość, bo służę Jej wiernie i dobrze. W przeciwieństwie do ciebie, panie.

- Jesteś przecież jedną z nas, pochodzisz z wielkiego rodu, Ario Dalasseno. Byłem przyjacielem twojego ojca w lepszych czasach... My, prawdziwi arystokraci, powinniśmy trzymać się razem, zwłaszcza na dworze takiej...

- Takiej? Co właściwie chciałeś powiedzieć, panie?

- Takiej wspaniałej Pani, Pani Połowy Świata, która władać będzie i całym światem.

- Tylko wtedy, jeżeli znajdzie lepsze sługi od ciebie, panie Demetriuszu. Zawiodłeś i oto twoja zapłata.

- Ty także doznałaś niepowodzenia w Lagunie, podobnie jak i ja w Lutecji. Nie myśl, że gnijąc tutaj nie wiem zupełnie o niczym!

- Jeżeli nawet, to otrzymałam szansę odkupienia moich win. I wykorzystałam ją, wykorzystałam z wielkim sukcesem. Dowód masz przed oczyma, o ile zdołasz unieść głowę.

Więzień teraz chyba dopiero przyjrzał się z pewnym trudem przymusowemu towarzyszowi Arii.

- Książę Bastian – powiedział z niedowierzaniem.

- Witaj, panie Demetriuszu. Odbywam dziś same niespodziewane spotkania. Uwierz, nie żywię do ciebie urazy i twój widok w takiej niewoli nie sprawia mi radości.

Były ambasador stracił już jednak zainteresowanie dawnym gospodarzem.

- Ja także pragnę takiej szansy! Ja także pragnę odkupienia mojej nieudolności! Zrobię wszystko, powiedz o tym naszej Pani, dostojna Ario Dalasseno. Będę błogosławił Jej i twoje imię!

- Chodźmy stąd – rzuciła z niezadowoleniem dziewczyna.

Ponaglany przez strażników, pospiesznie opuścił celę. Zawodzenia pechowego dyplomaty ścigały ich jeszcze przez jakiś czas, w końcu powoli ucichły.

- Mamy za sobą ten przykry obowiązek, teraz czas na przyjemniejszą część naszej wycieczki, książę.

- Po co mi go pokazałaś?

- Czyż muszę to tłumaczyć? Najjaśniejsza Bazylissa uznała, że widok obecnej kwatery pana Demetriusza sprawi ci może przyjemność. A jeżeli nie, to przynajmniej skłoni do rozmyślań.

- Rozumiem, pani Ario. Pani, bo nie jesteś przecież zwyczajną służką czy nawet tajną wysłanniczką cesarzowej... Nieszczęsny Demetriusz nazwał cię szlachetnie urodzoną.

- To prawda – odparła niechętnie. - Pochodzę z rodziny Dalassenów, mój ojciec, megadux Nicefor Dalassen, jest wielkim drungariosem, dowódcą floty. Ale to nie ma nic do rzeczy.

- Pozwól, pani, że wyrażę jednak zdumienie. Jak to się stało, że osoba takiej rangi trafiła do tajnej służby? Narażając się na związane z tym ryzyko i niebezpieczeństwa? - Pominął już fakt niskiego pochodzenia bazylissy, którą stara arystokracja musiała z tego powodu pogardzać.

- A na co miałam czekać? Aż mój ojciec albo brat wydadzą mnie za mąż za jakiegoś głupca w rodzaju tego Demetriusza? W najlepszym wypadku, bo jeżeli poskąpiliby na posagu, to mogłabym trafić do klasztoru. O wiele bardziej wolę służyć cesarzowej!

- Istotnie, w klasztorze twoje rozliczne talenty z pewnością by się zmarnowały, szlachetna pani.

- To nie jest powód do żartów, książę - żachnęła się. - A o moich talentach wkrótce będziesz miał okazję się przekonać.

- Już się chyba przekonałem... To zapewne tobie, pani, zawdzięczam przyjemność goszczenia w tych murach. Czyż to nie tym właśnie sukcesem chwaliłaś się nieszczęsnemu Demetriuszowi oraz odkupiłaś takie czy inne niepowodzenia?

- Wszyscy robimy to, co musimy.

- Pomimo twoich niewątpliwych zasług nie sądzę jednak, abyś zdołała ułożyć to wszystko sama. Czuję w tym rękę Rodmunda, bo jego książęcy kuzyn Robert jest zbyt głupi na podobne intrygi. Tylko dlaczego?

- Nie miej mu tego za złe, Bastianie. - Niespodziewanie potwierdziła przypuszczenia więźnia. - On też nie miał innego wyboru.

- Czyżbyś go szantażowała, piękna pani? Myślę, że spełniał raczej życzenia kuzyna. Ale z pewnością okazałaś się bardzo pomocna.

Tym razem nie odpowiedziała, a w obecnej sytuacji nie należało wzbudzać gniewu pani Arii. Zamilkł więc i bez słowa dał się zaprowadzić po schodach na któryś z wyżej położonych poziomów fortecy czy też więzienia. Jeżeli nadal było to miejsce odbywania kary, korytarze oświetlały bowiem teraz liczne lampy oliwne, a komnata, w której się znaleźli, okazała się wyłożona kobiercami i zaopatrzona w wygodne łoże. O tej wygodzie wkrótce sam się przekonał, na skinienie dziewczyny strażnicy popchnęli go bowiem w tamtym kierunku, a gdy upadł na posłanie, starannie przymocowali skuwające przeguby łańcuchy do wbitych w ramę łoża pierścieni. Leżał teraz z wyciągniętymi ramionami i nogami, co prawda i tak o wiele bardziej komfortowo niż na słomie we własnej celi. Aria odesłała dozorców.

- Podczas tamtej maskarady w pałacu duxa obiecałam ci, panie, pewne łaski... - Odrzuciła okrywającą ją dotąd opończę i stanęła w luźnej sukni z delikatnego jedwabiu.

- W imieniu swojej pani, którąkolwiek miałaś na myśli.

- We własnym także, książę – odparła zdecydowanie. – I oto mam okazję dotrzymać tamtej obietnicy. Wybacz te niewygody, znając twoje wiersze nie sądzę jednak, aby okazały się większą przeszkodą. Wręcz przeciwnie. Najpierw musimy jednak pozbyć się tych łachów.

Wydobyła z fałd odzienia niewielki sztylet, którym zaczęła rozcinać ubranie więźnia. Okazało się to zadaniem niezbyt trudnym, wierzchnich szat pozbawiono go już bowiem wcześniej i pozostawał obecnie tylko w koszuli oraz spodniach, podczas gdy Aria znakomicie posługiwała się ostrzem. Można było odnieść wrażenie, że podobnie jak on sam odebrała w tym zakresie odpowiednie szkolenie. To nie mogło zresztą nawet zbytnio dziwić. Szczególną uwagę poświęciła gatkom oraz ich zawartości, umyślnie tnąc nieszczęsną część garderoby na drobne paski. Drażniła przy tym męskość swego jeńca, tu i tam dotykając czubkiem sztyletu, leciutko nakłuwając... Zamarł bez ruchu, ale mimo wszystko poczuł podniecenie, co dziewczyna przyjęła z uśmiechem zadowolenia. Odrzuciła ostrze i zaczęła zdzierać resztki materii. Te gwałtowne ruchy przeszły niespodziewanie w delikatną pieszczotę palców. Jęknął cicho.

- Nieszczęsny Demetriusz próbował tłumaczyć swoje niepowodzenia tym, że w krytycznej chwili jego misji miałeś na sobie szczególny przyrząd, uniemożliwiający wyrażanie uczuć. Z przyjemnością widzę, że obecnie nic podobnego cię nie ogranicza. Najdostojniejsza Bazylissa również dowie się o tym z zadowoleniem, panie. - Kontynuowała zręczne ruchy dłoni.

- Proszę... Zostaw mnie... albo dokończ to, co zaczęłaś... - wyjęczał.

- Nie tak szybko, książę. Na łaski dam z Chrysopolis trzeba zasłużyć. Chcę się przekonać, czy potrafisz okazać damie należne jej względy.

- Przecież widzisz... Wszystko zależy tylko od ciebie.

- Nie o to chodzi. W taki sposób potrafi służyć każdy prostak. Po dwornym rycerzu należy oczekiwać czegoś więcej.

Ścisnęła genitalia, wywołując tym razem jęk bólu i pozostawiła je w stanie silnego pobudzenia. Zręcznie wdrapała się na posłanie, po czym usiadła na torsie więźnia. Luźnymi połami sukni okryła jego szyję i głowę, pogrążając w ciemnościach. Pomimo tego przekonał się szybko, że pod tą szatą dziewczyna nie miała na sobie nic więcej. Upewniał o tym silny, charakterystyczny zapach rozpalonej kobiety oraz delikatny dotyk wygolonego łona, gdy przysunęła się nieco bliżej, zajmując odpowiednią pozycję.

- Liż, książę. Pokaż, że nie jesteś prostakiem!

Spełnił to polecenie, odszukując językiem właściwe miejsce. Aria ułatwiła mu zresztą zadanie, poruszając udami. Dobrze to wyczuł, jej tajemna szparka okazała się już wilgotna, a kwiat rozkoszy rozkwitał. Dziewczyna mówiła prawdę, chyba rzeczywiście lubiła swoją niebezpieczną, ale pełną wrażeń służbę. Na jego poruszenia reagowała szybko i ochoczo, szata tłumiła trochę odgłosy jęków zadowolenia, ale nie mogła przecież ukryć narastającego drżenia ud. Przyłożył się jeszcze bardziej, a drżenie przeszło w nagły, silny skurcz. Aria uniosła się na kolanach i szybko przesunęła w tył. Usadowiła się na jego biodrach, okrywając je suknią niczym grzbiet konia czaprakiem. Zręczną dłonią odnalazła po omacku sterczącą nadal męskość wierzchowca i wprowadziła we własny, wilgotny otwór.

- Ruszaj się! - rozkazała.

Nie czekając na wykonanie tego polecenia, sama zaczęła unosić się i opadać w zajmowanym siedzisku. Amazonką także okazała się bardzo zręczną. Nie mając wyboru, galopował razem z nią, prawdę mówiąc bez szczególnej przykrości, oględnie rzecz biorąc. Ten brak przykrości przerodził się wkrótce w narastającą falę gorąca, a tej nie dało się już powstrzymać. Wytrysnął przebywszy niezbyt długi dystans, ale Aria nie wydawała się wcale zawiedziona, ujeżdżała go wytrwale do chwili, gdy przestała wyczuwać osłabły narząd. Zsunęła się z łoża, wygładziła szatę.

- Nienajgorszy początek, książę.

- Początek?

- Oczywiście. Tak jak przed chwilą potrafi służyć każdy gbur i głupiec, musisz wykazać się większym oddaniem dla damy. Ale nie obawiaj się, pomogę ci w tym.

Wypowiadając te słowa uniosła ramiona i zrzuciła suknię przez głowę. Potargała przy tym włosy, ale i tak nosiła je rozpuszczone, nie siląc się na żadną wymyślną fryzurę. Istotnie, stała teraz nago, prezentując w całej okazałości godne pożądania ciało. Umyślnie obróciła się raz czy drugi, by mógł ujrzeć zarówno kształtne piersi, pięknie wcięte uda jak i smukłe plecy z opadającymi na gładką skórę włosami.

- Jak podobają ci się widoki Chrysopolis, książę? Teraz, gdy znalazłeś się już wewnątrz murów naszego pięknego miasta.

Nie odpowiedział, ale przyspieszony oddech mówił sam za siebie. Nie tylko zresztą oddech. Dziewczyna uśmiechnęła się z zadowoleniem, dostrzegając jego reakcję. Pochyliła się i pocałowała więźnia w usta, następnie przysunęła jedną z piersi.

- Zajmij się nią, a może spotka cię nagroda.

Czyż mógł odmówić takiemu zaproszeniu? Chwycił wargami sterczącą już brodawkę i wykonał polecenie. Po chwili Aria sięgnęła dłonią ku budzącemu się do nowego życia penisowi i poruszała zręcznymi palcami. Ośmielony i podniecony użył zębów, delikatnie, jak mu się zdawało. Karą okazało się silne ściśnięcie jąder. Jęknął z bólu, odruchowo odrywając usta. Ponownie zacisnęła dłoń.

- Nie tak, książę. Na początek delikatnie. Czy wy tam, w krajach Północy, niczego nie umiecie? Rodmund...

Urwała nagle, uświadamiając sobie, że być może powiedziała zbyt wiele. Aby zatrzeć to wrażenie podjęła pracę palców. On również powrócił do swego zadania, uważając teraz bardziej. Po chwili zatracił się jednak we własnej, narastającej fali rozkoszy i nie dbał o przesadną ostrożność. Dziewczyna nie protestowała. Gdy poczuł, że nie wytrzyma już ani chwili dłużej, wskoczyła na niego niczym na grzbiet rumaka, bez wahania odnajdując sztywną męskość i więżąc ją w uścisku własnego, ciepłego oraz wilgotnego otworu. Ścisnęła palcami sutki więźnia, być może chcąc zrewanżować się za poprzednio doznany ból. Istotnie, zabolało, ale to nie miało w tej chwili żadnego znaczenia. A już na pewno nie zdołało powstrzymać wytrysku. Wylewał z siebie nasienie z rozpaczliwym pragnieniem wyrzucenia przepełniającej go fali gorąca, napełniając przy okazji studnię Arii. Miał wrażenie, że trwa to bez końca, ale zdaniem dziewczyny wszystko odbyło się zapewne zbyt szybko, nim zdążyła zaznać w pełni rozkoszy przejażdżki.

- Co, już? - zawołała niezadowolona.

- Pani, okazałaś się zbyt łaskawa dla swego sługi...

- I jeszcze próbujesz na mnie zrzucić winę za własny brak opanowania.

Raz czy drugi spoliczkowała go otwartą dłonią, ale nie wyczuł w tym prawdziwej złości, bardziej chęć pobudzenia siebie samej, a może ich obojga?

- Wybacz, pani. Wybacz i daj mi kolejną szansę – wypowiadał te błagania w tym samym celu.

Aria zeskoczyła z siodła, i ruszyła w stronę stojącego gdzieś z boku stolika. Nalała sobie wina i zbliżyła się z prawie pełnym kielichem.

- Muszę się napić. Może poczęstuję i ciebie, książę, jeżeli szczerze obiecasz poprawę...

- Obiecuję, pani – wychrypiał przez zaschnięte istotnie gardło.

Być może ujęta tymi słowami, spełniła swoją zapowiedź w najbardziej uroczy sposób, podobnie jak niegdyś w pałacu duxa. Tylko tym razem miała większą swobodę działania, gdy ich wargi zetknęły się ze sobą. I nie skończyło się na jednym łyku wina, prawdę mówiąc, nie skończyło się nawet na jednym kielichu. Trunek okazał się wyborny, o głębszym nawet i bardziej ożywczym smaku niż tamten w Lagunie. Czy to obecne igraszki stanowiły niezrównaną przyprawę? Czy też bazylissa posiadała jednak lepsze winnice i lepszych winiarzy niż dux Enrico?

- Skoro wzmocniłeś siły, panie, czas wziąć się do spełnienia danej obietnicy. Tym razem sama zadbam o to, abyś nie zdołał się wyłgać.

Zajęła odpowiednią pozycję i usiadła powoli na twarzy jeńca, przez chwilę dając mu okazję ujrzenia z bliska jędrnych pośladków oraz obydwu otworków. Nie musiała wydawać żadnych poleceń, sam wiedział, czego oczekuje po nim szlachetna Aria Dalassena. Wbił się językiem w szparę pomiędzy kulami sprężystego, umięśnionego ciała. Pracował, z trudem łapiąc oddech. Zadowolona może z takiego zapału, dziewczyna nie poskąpiła własnych dowodów życzliwości, używając w tym celu wprawnych palców. Na efekty trzeba było chwilę poczekać, ale okazały się wystarczające. Wystarczające do tego, by użyć ich do kontrolowania starań więźnia. Aria przechylała sterczącego penisa na boki, w przód i w tył. Raz czy drugi wsparła te ruchy rzuconym szybko poleceniem:

- W prawo! Do przodu!

Potem sam już wiedział, co oznaczają przesunięcia jej dłoni. Jeżeli opóźniał się z wykonaniem rozkazu albo w inny sposób zawodził jej oczekiwania, wbijała paznokcie w wyprężony narząd. Zwykle u nasady, ale raz czy drugi także w odsłoniętą główkę. Miotał się wtedy instynktownie, ale oczywiście nie był wstanie zerwać łańcuchów czy zrzucić z siebie doświadczonej amazonki. Sprawiał jej za to satysfakcję, czemu dawała wyraz głośnym śmiechem. Wyczerpany, półprzytomny ze zmęczenia, skupiony całkowicie na doznaniach płynących z genitaliów, pracy języka oraz staraniach o zaczerpnięcie oddechu, nie miał pojęcia, jak długo trwała ta służba. Wreszcie Aria osiągnęła chyba wystarczający poziom ukontentowania, zmieniła bowiem dosiad na bardziej tradycyjny, uwalniając twarz i usta jeńca.

- Ruszaj! - rozkazała, wbijając na zachętę obcasy w jego uda. Pozbywając się sukni nie zdjęła bowiem eleganckich sandałków. - Spróbuj mnie zrzucić! Nie dasz rady, a ja uwielbiam dzikie, ogniste ogiery!

Istotnie, próbował ze wszystkich sił. I rzeczywiście, nie odniósł żadnych sukcesów. Siedziała w siodle dumnie i pewnie, wspomagając nawet pracę wierzchowca unoszeniem bioder. Od czasu do czasu używała też obcasów w roli ostróg. Sukcesem okazał się natomiast narastający przypływ wypełnienia, obejmujący powoli jego męskość. Zbyt zmaltretowana, aby natychmiast wytrysnąć, urosła jednak i nabrzmiała. Zapewne ku zadowoleniu Arii, która zaczęła teraz cicho jęczeć, a dźgnąwszy raz jeszcze obcasami, wyprężyła się nagle i zesztywniała w siodle. Ujęła dłońmi jego uszy i położyła się na ciele więźnia, dociskając piersi do torsu mężczyzny. Jęczała nadal, czyniąc tylko przerwy na obdarzanie towarzysza długimi pocałunkami.

- Teraz, teraz! - zawołała. - Możesz trysnąć! Chcę to poczuć, rozkazuję!

Wzmógł ruchy bioder i po chwili osiągnął upragniony efekt. Rozkosz wyzwolenia, którą odczuł, pozbawiała niemal sił. Ale Aria nie rezygnowała, nadal galopując, wyssała dosłownie wszystkie soki jeńca. Wreszcie ustała. Delikatnie pogładziła go dłonią po twarzy, niczym ulubionego wierzchowca.

- Wreszcie stanąłeś na wysokości zadania, książę. Mam nadzieję, że potrafisz zrobić to raz jeszcze – wyszeptała.

- Szlachetna pani - jęknął przerażony. - Nie mam już sił... I po co to teraz, czyż nie doznałaś spełnienia?

- Bo taka jest wola i życzenie twojej pani! Uczynisz to we własnym interesie, a przynajmniej spróbujesz ze wszystkich sił! Pomogę ci – zakończyła łagodniej. - Na początek napij się wina, proszę.

Powstała i napełniła kielich. Upiła może połowę, potem wspaniałomyślnie przysunęła krawędź naczynia do ust mężczyzny.

- Gdy zaznasz moich pocałunków powróci ci chęć do działania, zobaczysz – zapowiedziała z dumą w głosie. - Przekonamy się, jak gorąco płonie w tobie ogień, panie Płomienia!

Po chwili okazało się, jakie pocałunki ma na myśli. Pochyliła się nad leżącym, rozpuszczone włosy omiotły brzuch i uda. Uśpiony penis znalazł się w kolejnym, ciepłym i wilgotnym otworze. Język i wargi dziewczyny okazały się równie zręczne jak jej dłonie. A może nawet bardziej? Gdy zaciskała w ustach nasadę narządu, gdy omiatała językiem osłabły i opuszczony czubek... Przekonał się, że ktoś tam jeszcze żyje! Żyje i oczekuje pomocy, która właśnie nadeszła. Aria musiała poczuć pierwsze rezultaty swoich starań, wzmogła bowiem wysiłki. Jej usta poruszały się teraz w górę i w dół, systematycznie zsuwając napletek z rosnącego powoli fallusa. Język znalazł godniejszy obiekt uwielbienia, delikatne ukłucia ząbków przypominały rozkosznie o własnej sytuacji jeńca szlachetnej pani. To wszystko nie mogło pozostać bez efektu! Z radością przyjął kolejny przypływ gorąca! Aria okazała się prawdziwą mistrzynią, co miał już kiedyś okazję ujrzeć podczas jej igraszek z Rodmundem. Teraz sam doświadczał podobnych przeżyć, podzielając zapewne ówczesne doznania księcia piratów. Żywił tylko nadzieję, że nie okaże się gorszy i również zdoła zaspokoić nienasyconą towarzyszkę. Ta uznała w końcu wynik swoich zabiegów za zadowalający i raz jeszcze przeistoczyła się w amazonkę. Może odpowiadał jej taki dosiad, ale pewnie decydowały raczej więzy, w których pozostawał. Tym razem musiał cwałować bardzo długo, we właściwych chwilach zachęcany przez Arię słowami, uderzeniami dłoni i dźgnięciami obcasów. Dzięki temu zdążyła osiągnąć własne spełnienie, zanim i on uwolnił się od bolesnego obecnie uczucia przepełnienia. Uwolnił w sposób mniej już obfity, sprawiający jednak wielką ulgę. Dziewczyna niechętnie opuściła swoje siedzisko, pozostawiając dyszącego ciężko, wyczerpanego wierzchowca.

- Widzisz, ognisty z ciebie rumak... Ciekawe, czy zdołałbyś powtórzyć tę przejażdżkę?

- Pani, litości, nie dam rady – wyjąkał przerażony. - Nie zdołam się ruszyć.

Czyżby trafił na jedną z nienasyconych kobiet - demonów z legend Północy, które w taki właśnie sposób miały doprowadzać mężczyzn do zguby, czerpiąc z tego szczególną rozkosz? Ale przecież żyły one tylko w opowieściach bardów i wyobraźni zbyt pewnych swoich sił młodzieńców. Ciekawe, jak poradziłaby sobie w tym klasztorze? Na pewno znalazłaby jakiś sposób.

- Nie bądź taki skromny, książę. Czytałam twoje wiersze i myślę, że nadal potrafiłabym coś z ciebie wycisnąć.

Roześmiała się z zadowoleniem. Ona też okazywała wielką pewność własnej urody oraz posiadanych umiejętności. Raz jeszcze wdrapała się na posłanie i obawiał się już, że rzeczywiście zechce urzeczywistnić swoją zapowiedź. Stanęła jednak tylko nad jeńcem i kilka razy trąciła oklapłego fallusa podeszwą sandałka. Docisnęła przez chwilę mocniej i rzeczywiście poczuł ślady ożywienia. Na tym jednak dziewczyna poprzestała, cofając stopę, jakby z niechęcią.

- Widzisz? Zachowałeś jeszcze siły! Ale tego sposobu nie mogę akurat wypróbować, zechciej to wybaczyć, książę. Co prawda i bez takich sztuczek spisałeś się dobrze, rzeczywiście płonie w tobie ogień. Mam nadzieję, że ty też się nie zawiodłeś.

- O nie, szlachetna pani, na pewno nie! Zdradzisz, czemu zawdzięczam aż taką łaskawość?

Zignorowała pytanie, kontynuując własną myśl.

- Skoro tak, miałabym pewną... prośbę. Nie powinnam zmuszać cię do jej spełnienia, ale jeśli to uczynisz, potrafię się odwdzięczyć.

- O co chodzi, piękna Ario?

- Chciałabym... Chciałabym, abyś jednak ucałował na koniec moją stopę. Wiem, że w Lutecji nie wykonałeś takiego rozkazu... Dlatego nie zmuszam, tylko proszę... - Zabrzmiało to cokolwiek niepewnie. - Obiecuję, że księżna Dalekiej Północy nigdy się o tym nie dowie. Bazylissa Damarena także nie...

„A więc to tak.” - Pomyślał. - „Kobiety...”

Dziewczyna ostrożnie podsunęła kształtną część ciała, której adoracji niespodziewanie zapragnęła.

- Proszę, Bastianie...

Kierowany nieodpartym impulsem przylgnął wargami do podeszwy sandałka. Aria zmieniła ustawienie stopy i po chwili mógł całować, lizać oraz ssać odsłonięte, zadbane paluszki. Wykonał wszystkie te czynności, czując narastające ożywienie. Po dłuższej chwili piękna dręczycielka i kusicielka w jednej osobie odstąpiła, zsuwając się na posadzkę.

- I cóż, miałam rację. - Zadowolona, delikatnie trąciła dłonią pobudzonego penisa.

- Ale o tym nie wspomnisz cesarzowej, jak sama powiedziałaś. Za to opowiesz ze szczegółami o całej reszcie, czyż nie?

- Książę?

- Odwiedziłaś mnie przecież na jej rozkaz, w to nie wątpię.

- Uwierz mi jednak, panie, wykonałam to polecenie bez żadnej przykrości.

- Ciekawe, cóż tak bardzo interesuje Najdostojniejszą Bazylissę?

- Ty sam, książę, rzecz jasna. Mogę to przyznać, z przyjemnością przyjmowała twoje hołdy i nadal żywi do ciebie sympatię, pomimo tego, że trwa obecnie wojna, a ty odrzuciłeś sojusz oraz oferowane ci godności. Cesarzową intrygują... dworni rycerze z Zachodnich Krain. Sam możesz się o tym przekonać, porównując przyjęcie jakie ci zgotowano z obecną kwaterą pana Demetriusza.

- A jak wypadnie porównanie Bastiana z Rodmundem?

- Panie?

- Czyż nie takiej właśnie oceny polecono ci dokonać? Wymieniłaś imię księcia piratów... Bo chyba nie z Robertem Krótkonogim, a może jednak i z Niedźwiedziem?

Podeszła bliżej i spokojnie, na zimno, ale za to z pełnym zamachem oraz całą siłą ramienia uderzyła go w twarz. Zahuczało mu w głowie. Poprzednie policzki otrzymane podczas wspólnej przejażdżki okazały się pieszczotami. Tego akurat porównania mógł obecnie dokonać on sam.

- Nie obrażaj ani mnie, ani Najjaśniejszej Bazylissy, szlachetny panie. Nie psuj miłych wspomnień i dobrego wrażenia. Ponieważ potrafiłeś usłużyć oraz okazać szacunek damie, zapomnę o tych słowach i przedstawię twoje talenty w jak najlepszym świetle. - Tym razem delikatnie pogładziła lekko spuchnięty policzek.

- Ario... Jak wypadłem w porównaniu z Rodmundem, powiedz proszę...

- Dlaczego wy, mężczyźni, zawsze zadajecie te same pytania? Przecież taka wiedza jest bardziej przydatna dla kobiet i to raczej one powinny okazywać podobną ciekawość.

- Proszę...

- O nie. Niech ci wystarczy, że jestem z ciebie zadowolona i to właśnie usłyszy cesarzowa Damarena. Usłyszy o panu Płomienia, który płonie jasnym ogniem. I nie będzie to wyłącznie zapłata za spełnienie mojej prośby. A jak już powiedziałam, ona nadal cię lubi. Ja chyba także trochę polubiłam... Dlatego pozostaniesz w tej kwaterze, z wygodnym łożem, zamiast wracać na słomę, w dotychczasowej celi.

Podniosła suknię i zręcznie nałożyła ją na nagie ciało. Szlachetna Aria Dalassena potrafiła w razie potrzeby obywać się bez pomocy służek. Odnalazła i ukryła porzucony sztylet. Zachował milczenie, nie chcąc zrażać wysłanniczki cesarzowej. Ta komnata i to łoże rzeczywiście oferowały znacznie większe luksusy niż lochy, w których dotąd przebywał. Trochę, co prawda, przeszkadzały przykuwające do tegoż łoża łańcuchy... Okazało się jednak, że łaskawość Arii jeszcze się nie wyczerpała. Sięgnęła po pozostawiony przez strażników klucz i odpięła okowy od pierścieni. Zachowała przy tym ostrożność, ale i tak był zbyt wyczerpany, by czegokolwiek próbować. To nie miałoby zresztą sensu, a myśl o rzuceniu się na piękną i przynajmniej w obecnej chwili życzliwą damę nie wydawała się godną rycerza.

- Oto mój podarunek, książę. Zostawiam też opończę, abyś miał się czym okryć, skoro zniszczyłam twoje ubranie. Rano podadzą ci jadło i wodę. Dobrej nocy, panie.

Wychodząc, starannie zamknęła zaopatrzone w zakratowane okienko drzwi. Szczęknęły rygle. A więc nadal przebywał w więziennej celi, tylko bardziej komfortowo urządzonej. Nadal nosił również na przegubach łańcuchy, nie ograniczające jednak ruchów w sposób zbyt surowy. Dopiero po chwili zauważył, że Aria pozostawiła też na stole wciąż jeszcze w połowie pełny dzban znakomitego wina. Przez zapomnienie? A może okazała więźniowi kolejną, drobną łaskę? Nie zaprzątając sobie głowy podobnymi rozważaniami, odszukał kielich i skorzystał z okazji, by zwilżyć spragnione po niedawnych przeżyciach gardło.


***


Po takim wstępie coś musiało się przecież wydarzyć! Nie ulegało to żadnej wątpliwości, skoro jego osobą interesowały się zarówno księżna Północnej Krainy oraz sama Pani Połowy Świata. A i szlachetnie urodzona Aria Dalassena też nie wydawała się kimś pozbawionym znaczenia. On jednak nie miał obecnie na te wydarzenia żadnego wpływu. Pozostawało tylko czekać. Pani Rianna dołoży zapewne wszelkich starań, aby doprowadzić do uwolnienia małżonka. Cóż jednak mogła zaoferować? I jakie warunki postawi cesarzowa? Zażąda odstąpienia ich kontyngentów spod miasta? Co na to pozostali książęta? Tu akurat nie poczuwał się do szczególnej lojalności, skoro sam został zdradzony przez Rodmunda, nieważne, czy działającego z woli własnej, czy też kuzyna. Aria właściwie to przyznała. Wykorzystała zapewne okazję, aby się wykazać i odzyskać łaski bazylissy, nie zorganizowała jednak tej zasadzki samodzielnie. Robert Krótkonogi musiał się przy tym spodziewać nie tyle niewoli, co śmierci rywala. W tej sprawie spotkał go zawód, bo najwidoczniej Damarena i jej wysłanniczka miały inne plany. Czy jednak Rianna zechce się wycofać? Nie cierpiała cesarzowej i pragnęła jej upadku. To ona parła do udziału w tej wyprawie oraz dołożyła licznych starań, by doszła ona do skutku. Czy teraz pozwoli spełznąć jej na niczym? Nawet za cenę wolności lub życia męża? Co prawda, oblężenie i tak ugrzęzło w martwym punkcie. Jeszcze kolejne dwa miesiące, a niezależnie od wszystkiego, będą musieli zbierać się do odwrotu. Z drugiej strony, wolał nie rozważać niemożliwych do odgadnięcia motywów bazylissy.

Tymczasem korzystał z gościny w tej wygodnej celi dla szczególnych więźniów. Nie dostarczono mu wprawdzie nowego ubrania, ale ofiarowana przez Arię opończa okazała się ciepła i przydatna. Przez jakiś czas utrwalony w fałdach materii zapach budził miłe wspomnienia, potem zwietrzał. Jedzenie podawano w wystarczającej ilości i smaczne, nie brakowało wody. Tylko wino skończyło się jeszcze pierwszej nocy.

Jeżeli mógł poprawnie śledzić upływ dni rytmem dostarczanych posiłków, to nadszedł trzeci wieczór, gdy znowu odwiedziła go Aria w towarzystwie kilku zbrojnych. Tym razem nie bawiła się jednak w żadne uprzejmości.

- Idziemy, książę. Opór nie ma sensu. I oddaj, proszę, tę opończę. Nie wydaje mi się, abyś mógł jej jeszcze potrzebować.

Na znak dziewczyny strażnicy uwolnili ręce więźnia, zaraz jednak skuwając je ściśle na plecach. Ona sama przewiązała mu oczy opaską.

- Zamierzasz oddać mnie w ręce kata? - spytał, udając zawadiacką obojętność.

- To nie ja zadecyduję o twoim losie. Nie obawiaj się jednak, panie. Sądzę tylko, że zajmiesz teraz o wiele wygodniejszą kwaterę – odparła gniewnym głosem.

Nie należało bardziej jeszcze rozdrażniać pani Arii, toteż nie próbował już o nic wypytywać i dał się poprowadzić, gdy osobiście ujęła go za ramię. Pokonali kolejne korytarze, potem wiodące w górę schody. Gdy potknął się raz czy drugi, przewodniczka podtrzymała go silnym uchwytem dłoni. Bosymi stopami wyczuł miękkie kobierce, po których obecnie stąpał. Skrzypnęły drzwi. Uśpiony okazywaną mu życzliwością, dał się zaskoczyć, gdy któryś ze strażników popchnął go silnie w plecy. Upadłby i pewnie dotkliwie się potłukł, gdyby znowu nie pomocna ręka dziewczyny. Tym niemniej, leżał na posadzce. Tutaj nie znalazł już kobierców. Usłyszał kroki wychodzących strażników. Przez chwilę nic się nie działo. Wreszcie ktoś zdjął opaskę, Aria, oczywiście. Uczyniła to jednak nie z własnej woli lecz najpewniej na polecenie kobiety zasiadającej na ozdobnym krześle, ustawionym na podwyższeniu, do którego wiodło kilka stopni.

- Odejdź teraz. Chciałabym udzielić księciu Bastianowi audiencji prywatnej. Wezwę cię w razie potrzeby. – Kobieta uczyniła jednoznaczny gest dłonią.

Dziewczyna skłoniła bez słowa i opuściła komnatę. Uniósł nieco głowę i usiłował się rozejrzeć. Pomieszczenie nie wydawało się zbyt duże, w świetle lamp sprawiało jednak wrażenie urządzonego bardzo bogato. Brak dywanów i kobierców nie był więc zapewne przypadkowy. Dalsze obserwacje otoczenia odłożył na później, jego wzrok przyciągnęła nieznajoma. W przyćmionym blasku płomyków sprawiała wrażenie młodej i urodziwej, zapewne młodszej niż w rzeczywistości, jeżeli przypuszczenia więźnia miały okazać się prawdą. Potwierdzały je w każdym razie bogaty strój, podkreślająca kuszące kształty suknia ze złoconego brokatu, ozdoby szyi, uszu, przegubów – zielone szmaragdy pięknie komponowały się ze złotą oprawą poszczególnych elementów kompletu, przy czym zwrócił zwłaszcza uwagę na wyjątkowej wielkości kamień umiejscowiony w rowku pomiędzy hojnie odsłoniętymi fragmentami piersi, wreszcie sprawiająca wrażenie ciężkiej i nie pasującej do reszty ozdoba głowy, cesarska korona Panów Połowy Świata. Czyżby stał, a raczej klęczał czy też półleżał przed obliczem bazylissy Damareny? Wszystko na to wskazywało, pomny jednak różnych doświadczeń i przygód, których zaznał odkąd zaczął przesyłać jej swoje wiersze, nie mógł mieć całkowitej pewności. W końcu nigdy przedtem nie widział cesarzowej. Domniemana władczyni Chrysopolis przypatrywała się swemu jeńcowi z pewną ciekawością, bawiąc się kielichem, z którego upiła w końcu niewielki łyk trunku.

- I cóż, książę, oto rzucono cię, nagiego i skutego łańcuchami do stóp tronu Pani Połowy Świata. Dokładnie tak, jak opisałeś to w jednym ze swoich wierszy. Mam nadzieję, że odczuwasz wrażenia równe tym, które tam wyrażałeś. Uwierz, zadałam sobie wiele trudu, aby doprowadzić do naszego spotkania.

- Pani, jestem zaszczycony tak niezwykłym przyjęciem.

- Czytałam twoje wiersze z przyjemnością i zapragnęłam, abyś także podzielał to doznanie w chwili, gdy ujrzymy się po raz pierwszy.

- Najdostojniejsza, jestem pod wrażeniem.

- W takim razie dopełnij teraz aktu hołdu należnego Pani Połowy Świata. Chętnie udzielę ci tej łaski. - Ponownie upiła nieco wina.

- Co masz na myśli, Najczcigodniejsza Cesarzowo?

- Ucałuj moje stopy, książę. Przy odrobinie wysiłku zdołasz to uczynić, a ja przyjmę ten gest z zadowoleniem. Tak, jak sam to opisałeś.

- Pani, w wersach poetów zawsze pojawia się pewna przesada... A ja nie jestem godzien, nie mogę przyjąć takiego zaszczytu.

- Oczywiście, że nie jesteś, ale obdarzę cię tą łaską na dowód mojej życzliwości.

- Nie mogę, Wielka Pani.

- O co ci chodzi, książę? - Powstała jednak z tronu, okazując pewną niecierpliwość. - Ach, rozumiem, chcesz poczuć potęgę władzy Najpotężniejszej Cesarzowej. Dobrze więc. Ruszaj, niewolniku i oddaj hołd swojej Pani. Natychmiast!

- Naprawdę, nie mogę.

Podeszła bliżej, stąpając powoli po kolejnych stopniach. Oczywiście, nałożyła eleganckie, złociste sandałki, także ozdobione szmaragdami. Nie mogła pominąć w przygotowaniach tak istotnego szczegółu. Obcasy stukały dźwięcznie na płytach posadzki. Może z tego powodu usunięto kobierce?

- Jak to, nie możesz? Przecież nie zaprzeczysz, że czegoś takiego pragniesz. I oto masz okazję. Przygotowałam wszystko tak, jak opisałeś. Po prostu wykonaj moje rozkazy, a oboje odczujemy przyjemność. Mam cię zmusić? Wezwać straże? To może innym razem, teraz tylko by przeszkadzały. Wiem, że płonie w tobie ogień i tego ognia także zamierzam zakosztować! Ale najpierw chcę abyś ucałował moje stopy i nazwał swoją panią!

- Nie mogę, wybacz. Służę innej damie, Królowej Urody i Miłości, która zechciała uczynić mnie swym niewolnikiem i przyjęła moje służby.

- Ach, chodzi ci o księżną Dalekiej Północy, twoją żonę, oraz o to, co stało się na turnieju w Lagunie. - Wydawała się znakomicie poinformowana. Oczywiście, Aria musiała zdać szczegółową relację. - Potrafię pozbyć się tego drobnego kłopotu. Sam zobaczysz.

- Wcale nie pragnę ujrzeć czegoś takiego, pani.

- Ale ujrzysz, jeżeli ja tak zechcę. Obiecałam uczynić cię Panem Ognia oraz roztopić okowy lodu. I potrafię to uczynić!

Postawiła stopę na plecach więźnia, wbijając obcas dość zdecydowanie. Poczuł, że najwierniejszy towarzysz przejawia jednak własne zdanie w pewnych sprawach i ma ochotę dopuścić się zdrady. Na szczęście, w obecnej pozycji zdrajca nie zdołał otwarcie okazać swoich zamiarów.

- Książę, jeżeli złożysz ten hołd, obdarzę cię łaskami i zaszczytami, których nie śmiesz sobie nawet wyobrazić. Ale musisz uznać teraz we mnie swoją panią.

- Czymże zasłużyłem na te zaszczyty?

- Sam się domyśl, Bastianie... Słyszałam wiele dobrego o twoich zaletach i talentach w różnych sprawach. Podziwiam i doceniam odważnych oraz dwornych rycerzy. Tutaj trudno o takich, podobnie jak i o czyjąkolwiek wierność. Dlatego chcę zyskać pewność twojej.

- W taki sposób? Zmuszając do złamania danego słowa i złożonej przysięgi?

- W Lagunie uczyniłeś to bez problemu dla swojej Rianny. Teraz chce, abyś zrobił to dla mnie. Resztą twoich skrupułów zajmę się sama.

- W sposób godny Pani Połowy Świata, czy też raczej posługując się metodami kurtyzany?

Wygłosił te słowa w desperacji, czując się niemal zdradzonym przez najlepszego przyjaciela. Drań nie zamierzał się podporządkować. Liczył, że zirytowana bazylissa przestanie wreszcie narzucać się ze swymi awansami i w ten sposób on sam zdoła oprzeć się pokusie.

- Obrażasz w ten sposób zarówno cesarzową jak i tutejsze dziwki, bo zapewne takiego słowa zamierzałeś użyć, tylko zabrakło ci odwagi. Skoro tak bardzo pragniesz dotrzymać przysięgi danej Riannie, to zapewne jesteś gotowy znieść z tego powodu wszelkie cierpienia?

Wolał zachować milczenie.

- Odpowiadaj! - Rozdrażniona Damarena cisnęła kielichem, który z brzękiem metalu potoczył się po podłodze. - Doskonale, dam ci po temu okazję! Przekonamy się, na ile cię stać. A wkrótce zobaczymy także, co z kolei gotowa jest poświęcić dla ciebie twoja Lodowa Pani!

Ochłonęła nieco, ponownie zasiadła na tronie i wezwała straże, prowadzone przez Arię. Tylko porzucony kielich i niewielka kałuża wina mogły teraz świadczyć o zranionych uczuciach bazylissy.

- Ten tutaj, rycerz z zachodnich krain, nie okazał się aż tak dworny, jak można by się po nim spodziewać. Wolał pozostać naszym wrogiem. Dostosujemy się do dokonanego przezeń wyboru. Ario, umieść księcia w celi szlachetnego Demetriusza i potraktuj w identyczny sposób. Zapewne mają sobie dużo do powiedzenia.

- Jak rozkażesz, pani. Czy jednak na pewno w sposób zupełnie identyczny? Czy to nie okaże się błędem?

- Może masz rację. - Zastanowiła się. - Dobrze, użyj krótkiego łańcucha przy obroży ale oszczędź tymczasem jaja.

Dziewczyna skrzywiła się ledwie dostrzegalnie, słysząc w ustach Pani Połowy Świata słowo świadczące o jej burzliwej przeszłości. Bez dalszej zwłoki przystąpiła jednak do wykonywania otrzymanego polecenia. Po dłuższym marszu, tym razem korzystając wyłącznie ze schodów wiodących w dół, znaleźli się w znanej już celi nieszczęsnego ambasadora. Ten próbował raz jeszcze wzbudzić litość.

- Szlachetna Pani Dalasseno, czy przynosisz mi łaskę Najdostojniejszej Bazylissy? Przekazałaś Jej moje prośby i zapewnienia? Błagam, uczyń to!

- Zamilcz, głupcze, albo każę wychłostać cię po tym ściśniętym worze.

Piękna Aria także nie pozostawała w tyle pod względem słownictwa. Na jej znak strażnicy sprawnie zmienili rozmieszczenie kajdan, dodając obrożę, przypinając do niej obecnie przeguby dłoni oraz przytwierdzając ją krótkim łańcuchem do kamiennego żłobu. Gdy odesłała już podwładnych, pochyliła się jeszcze nad więźniem.

- Czym aż tak bardzo rozgniewałeś Panią Połowy Świata? Spodziewałam się zupełnie innego przebiegu tej audiencji.

- A dlaczego ty okazałaś mi życzliwość? - odpowiedział pytaniem.

- Może dlatego, że spełniłeś pewną prośbę, książę.

- Tym razem nie chciałem wykonać rozkazu...

- Ach, nawet sama Najjaśniejsza Cesarzowa popełnia niekiedy błędy... Wytrzymaj, a może twój los się odmieni.

Wypowiedziała to ledwie dosłyszalnym szeptem. Powstała, lecz zanim opuściła celę z ustawionego poza zasięgiem więźniów wiadra nalała obficie wody do koryta. Zostawiła też zapaloną lampę, dzięki czemu nie tkwili w całkowitej ciemności.

- I tak oto, zamiast ułaskawienia zyskałem towarzysza niedoli. – Zaśmiał się chrapliwie Demetriusz. - I to nie byle kogo, tylko sprawcę moich nieszczęść.

- Wcale nie czuję się winny w tej sprawie. Przyznam jednak, że nie potraktowałbym w taki sposób żadnego z moich sług, choćby nawet zawiódł i nie zdołał wykonać zadania. Długo już tutaj tkwisz, szlachetny panie?

- Straciłem rachubę. Od dnia, w którym zdałem relację z poselstwa.

- Czyli przynajmniej cztery miesiące, jak sądzę. Dziwię się, że nie postradałeś zmysłów, panie. - Poczuł mimowolny dreszcz.

- O, bywali już tacy, którym się to przytrafiło. Nie myśl, że jesteśmy pierwszymi lokatorami tej celi. Ona lubi niekiedy takie... zabawy. - Znowu niewesoły śmiech.

- I przez cały czas nosisz ten przyrząd na... jajach? To niemożliwe.

- Nie... Czegoś takiego nikt by nie wytrzymał. Nałożono go niedługo przedtem, zanim przyprowadzono cię tu po raz pierwszy.

„Z pewnością już po tym, gdy dostałem się do niewoli.” - Pomyślał. - „A więc to przedstawienie na moją cześć.”

- Czy ktoś wyszedł stąd kiedyś zdrowy na ciele i umyśle?

- Bywali i tacy. Ona jest nieprzewidywalna. Uwielbia dręczyć i okazywać łaskę, karać i nagradzać wedle własnej zachcianki. Ale ja tu nie zgniję, zobaczysz. Na pewno okażę się przydatny.

- Na pewno, panie.

Pomyślał, że swoją przydatność Demetriusz mógłby próbować okazać wyciągając ze współtowarzysza nieopatrzne słowa i zwierzenia, a potem przekazując to bazylissie. Kto wie, może otrzymał takie właśnie zadanie i taką szansę? Stracił ochotę na rozmowę i w celi zapadła cisza.


***

Po kilku dniach uwiązania do żłobu i życia niczym jakiś cielak lub osioł zrozumiał, że zachowanie zdrowych zmysłów przy dłuższym uwięzieniu w takich warunkach to zadanie niezwykle trudne. Pił i jadł wprost z koryta, napełnianego co prawda początkowo obficie, ale cóż z tego. Trudniej przychodziło zachować czystość, w zasadzie okazało się to niewykonalne. W tej sytuacji możliwość rozmowy ze współtowarzyszem niedoli, choćby i niezbyt mile widzianym, okazała się prawdziwym błogosławieństwem. Zaczęli od ostrożnych, ogólnych uwag dotyczących polowania i sztuki łowieckiej, szybko jednak okazało się, że obydwaj podzielają zamiłowanie do ksiąg, co pozwoliło im znaleźć wspólny temat. Na mocy milczącego porozumienia unikali wszelkich kwestii związanych z wojną, obecnym uwięzieniem, czy też Panią Połowy Świata i jej ewentualnymi zamierzeniami. Te rozmowy trochę pomagały, podobnie jak słowa, które padły z ust Arii. Czy wysłanniczka cesarzowej miała może na myśli coś innego, niż tylko puste pocieszenie? Chętnie dowiedziałby się o niej czegoś więcej. Niestety, ten akurat temat absolutnie nie nadawał się do poruszenia w rozmowie z byłym ambasadorem. Wyczuł tylko, że Demetriusz żywi wobec dziewczyny zapiekłą nienawiść.

Drugiego dnia zaprzestano podawania jedzenia i w korycie mieli teraz już tylko wodę. Stanowiło to dodatkowe udręczenie, którego przyczyn nikt nie zamierzał im jednak wyjaśniać. Na szczęście, tak ciężka niewola nie trwała w nieskończoność. Po kolejnych dwóch dobach została zakłócona zaskakującymi wydarzeniami. Na początek strażnicy zlali ich obydwu kilkoma wiadrami zimnej wody. Ta nieprzyjemna i pobieżna kąpiel usunęła jednak przynajmniej z nagich ciał najgorsze zanieczyszczenia. Demetriusz potwierdził, że coś takiego spotkało go po raz pierwszy. Po pewnym czasie część posadzki uprzątnięto z zalegającej tam słomy oraz innych śmieci, rozłożono kobierce i ustawiono dwa ozdobne, ale sprawiające wrażenie wygodnych krzesła. Do tego rozmieszczono liczne lampy i pochodnie. To zapowiadało już bardzo niezwykły rozwój sytuacji. Ambasador również domyślił się, że oczekuje ich wizyta kogoś wysoko postawionego. Właściwie, to można by z dużą pewnością zakładać, któż to taki, gdyby nie drugie, identyczne krzesło. Demetriusz gubił się w domysłach, on sam natomiast zachował swoje podejrzenia dla siebie. Nawet gdyby okazały się trafne, nie miał pojęcia, czego należy po obydwu damach oczekiwać.

Ciekawość i niepewność więźniów wystawiono na długą próbę, zapewne celowo. Dopiero po upływie pewnego czasu usłyszeli kroki oraz niewyraźne słowa, wypowiadane głosami kobiecymi. Zdawało mu się, że rozpoznał Riannę, ale ponieważ tego właśnie oczekiwał, może się mylił.

- Bastianie, a więc naprawdę żyjesz!

A jednak miał rację, jego pani i małżonka przybyła do pałacu swego największego wroga, aby uratować męża. Tylko w taki sposób mógł sobie wytłumaczyć powód pojawienia się księżnej Dalekiej Północy w tym lochu.

- Jak widzisz, moja pani. Chociaż przyznam, że to marne miejsce do życia – odparł z wymuszonym, straceńczym humorem.

- Nie obawiaj się, zapłacę tej cesarzowej ile zażąda, byle tylko cię uwolniła.

- Tymczasem, zechciej może, księżno, zająć miejsce. Nie ustaliłyśmy jeszcze wielkości okupu ani też rodzaju monety, w którym go opłacisz. Nie wątpię jednak, że dojdziemy do porozumienia.

Głos bazylissy ociekał fałszywą życzliwością. Podczas gdy Rianna miała na sobie nie rzucającą się w oczy, szarą opończę, Damarena ponownie wystąpiła w stroju pełnym przepychu. Tylko zamiast tonacji zielono - złotej, jak poprzednio, wybrała złoto i purpurę. Szmaragdy zostały zastąpione krwistoczerwonymi rubinami. Nie brakowało do kompletu prawdziwie cesarskiego diademu.

„Dlaczego aż tak wystroiła się na wizytę w lochach?” - Pomyślał zdziwiony. - „Może po prostu to lubi, a może chce wywrzeć wrażenie na Riannie? Jeżeli tak, to powodzenia.”

Obydwu władczyniom towarzyszyła Aria, ubrana w skórzany kostium myśliwski, w dłoniach niosła sporych rozmiarów szkatułkę, a właściwie skrzynkę.

- Czego więc chcesz? Widzę, w jaki sposób traktujesz mego pana i małżonka. W zamian za jego wolność jestem gotowa na pewne ustępstwa.

- Pani, Najpotężniejsza i Najwspanialsza Bazylisso, okaż miłosierdzie Twemu niegodnemu słudze, odkupiłem już cierpieniem moje winy, błagam, błagam o łaskę! - To Demetriusz przypomniał o swojej obecności, uderzając czołem o posadzkę i usiłując pełznąć w stronę Pani Połowy Świata, w czym powstrzymały go łańcuchy.

- Zrób coś z tym, Ario! - Damarena skinęła dłonią. - Przewidziałam dla tego głupca pewne zadanie, ale nie życzę sobie, aby przeszkadzał nam w rozmowie!

- Pani, uczynię wszystko, co rozkażesz! - zawołał uszczęśliwiony arystokrata.

- Zamilcz, durniu, gdy przemawiają lepsi od ciebie!

Skarciwszy w ten sposób więźnia, posłuszna otrzymanemu poleceniu Aria otworzyła swoją skrzynkę, pogrzebała w niej przez chwilę i wydobyła skórzany knebel. Obeszła zaskoczonego ambasadora i sprawnie wepchnęła tłumiący odgłosy przedmiot w jego usta. Na karku zapięła ciasno przytwierdzone w odpowiednich miejscach paski, głos zaskoczonego Demetriusza przeszedł w niezrozumiałe jęki.

- Zamilcz wreszcie i ciesz się, panie, że nie użyłam tego. - Dotknęła dłonią rękojeści noszonego przy pasie sztyletu. - Język może ci się jeszcze przydać, ale jaja niekoniecznie.

Dematriusz zaprzestał swoich zawodzeń i tylko z rosnącym przerażeniem przypatrywał się rozwojowi wypadków. Bazylissa zajęła jedno z krzeseł, wskazała Riannie sąsiednie.

- Zechciej usiąść oraz wybacz, księżno, to przykre zakłócenie naszej rozmowy.

Małżonka z niechęcią opadła na siedzisko.

- Czego chcesz? - zapytała twardo, ale wyczuł w tym pewne wahanie. - Okupu? Odstąpienia naszych wojsk? Nie zapominaj, że to my oblegamy twoją stolicę!

- Bogactw mi nie brakuje i twój okup, księżno, w żadnym wypadku nie zdoła zaważyć na zawartości cesarskiego skarbca. A kłopot z tym oblężeniem pozostaw mnie.

- Czego więc chcesz? - powtórzyła zaskoczona Rianna. - I z jakiego powodu mnie tu sprowadziłaś?

- I oto dochodzimy do istoty mojej propozycji. W sprawie złota czy wycofania waszych wojsk mogłybyśmy przecież negocjować za pośrednictwem posłów, choćby tej tutaj Arii.

- Jaka to propozycja?

- Zanim ją przedstawię, chciałabym jednak uraczyć cię najpierw pewnym... widowiskiem. Twego małżonka i rycerza także. To powinno pomóc wam w podjęciu właściwych decyzji.

- Jak sobie życzysz. - Rianna wzruszyła ramionami. - To twój pałac. A przynajmniej nadal jeszcze twój.

- Tak właśnie jest. Zaczynaj, Ario! - Bazylissa ponownie skinęła dłonią.

Na ten znak dziewczyna uchwyciła ogniwa przykuwające obrożę Demetriusza do żłobu, silnym szarpnięciem zmusiła ambasadora, by ustawił się tyłem do swoich dostojnych gości, po czym skróciła łańcuch, omotując go kilkakrotnie i zaczepiając o solidny hak. Arystokrata klęczał teraz z opuszczoną głową i wypiętymi pośladkami, prezentując zasiadającym na swoich krzesłach damom uwięzione pomiędzy deszczułkami genitalia. Dziewczyna ponownie sięgnęła do swojej szkatułki i wydobyła coś, co przypominało metalowe szczypce albo obejmę, zaopatrzoną w solidnych rozmiarów śrubę.

- Przyglądaj się uważnie, księżno, to bardzo ciekawy przyrząd.

Aria przymierzyła metalową obręcz, z pewnym trudem nakładając ją na klejnoty ambasadora Demetriusza. Czując zimny dotyk metalu i wiedząc zapewne, cóż takiego może go czekać, zawył ponownie i usiłował się szarpać. Bezskutecznie. Łańcuchy trzymały mocno, a dziewczyna pewną ręką dokręciła nieco śrubę. Jęki stały się głośniejsze, po chwili jednak więzień zamilkł, zapewne zaniemówił z przerażenia.

- W taki oto sposób skłaniamy do wyznania win zatwardziałych przestępców. Nie tylko zresztą takich. Ten przyrząd okazuje się użyteczny również w innych sytuacjach i może dostarczyć wówczas wielu... wrażeń. Pozwala nadto cieszyć się nimi dłużej niż ostry nóż, czy rozpalone żelazo. A najbardziej zainteresowany prawie do samego końca może mieć nadzieję na to, że zostanie ułaskawiony i skończy się tylko na bólu oraz strachu. To dodaje wszystkiemu dodatkowego smaku... Czyż nie tak, panie Demetriuszu? Na pewno boisz się tak, że za chwilę zmoczysz się na naszych oczach.

Odpowiedzią okazała się kolejna seria jęków oraz gwałtowne szarpanie głową. Bazylissa wykonała rozkazujący gest ręką i Aria ponownie dokręciła śrubę. Obecnie wywołała nie tylko niewyraźne odgłosy cierpienia oraz przerażenia, struga moczu, która spłynęła po kolanach więźnia świadczyła o prawdziwości słów Damareny.

- To przykry skutek uboczny. Trzeba z nimi uważać. Zajmij się tym, Ario.

Pomogło pozostawione przewidująco przez strażników wiadro z wodą. Dwa kolejne zaciśnięcia obręczy także spowodowały zmoczenie się więźnia i naczynia trzeba było użyć ponownie. Dziewczyna upewniła się, że pomimo potraktowania zimną wodą, przyrodzenie arystokraty tkwi pewnie w swoich okowach.

- Przejdź do drugiej części, Ario. Naszemu drogiemu Demetriuszowi też należy się odrobina przyjemności. A nie powinien już okazać się... niewdzięczny.

Tym razem oprawczyni wydobyła ze szkatułki pas ze skórzaną wypustką, podobny temu, jaki razem z panią Rianną widzieli już na jej biodrach w Lagunie. Tylko ta imitacja penisa wydawała się zdecydowanie większa i dłuższa. Tym niemniej, zasady posługiwania się tym narzędziem okazały się identyczne, a dziewczyna już poprzednio udowodniła posiadaną w tej materii wprawę. Toteż i teraz poradziła sobie bez zarzutu, pomimo słabej już szarpaniny ofiary, której towarzyszyły za to coraz głośniejsze jęki.

- Panie Demetriuszu, ufam, że nasza piękna Aria zdoła cię zadowolić. Czyż nie zamierzałeś kiedyś starać się o jej rękę? Zapewne boleśnie przeżyłeś odmowę, korzystaj więc teraz z okazji. Tamten ból niech zostanie zwalczony przez obecny. – Roześmiała się Pani Połowy Świata. - A my popatrzymy.

Przypomniał sobie pewną rozmowę z młodą kobietą i przynajmniej w części zrozumiał jej obecną bezwzględność. Tu nie chodziło tylko o posłuszeństwo rozkazom władczyni. Myśl o takim małżeństwie napełniała ją wstrętem, tym bardziej, że zapewne tylko protekcji cesarzowej zawdzięczała uniknięcie tego związku. Toteż nie zdziwił się, gdy brutalnie weszła w odbyt ofiary, nie bawiąc się przy tym w żadne subtelności. Były narzeczony zawył z bólu, czego nie zdołał stłumić nawet knebel. Poprawiła jeszcze kilkoma pchnięciami, zanim zdołała zagłębić sztucznego penisa w całości. Gdy już nieszczęsny Demetriusz mógł mieć nadzieję na to, że najgorsze za nim, dokręciła ponownie śrubę. Powtarzała ten ruch dłoni jeszcze trzykrotnie, po każdorazowej serii pchnięć. Ambasador nie miał już zapewne sił aby krzyczeć, z zakneblowanych ust wydobywało się raczej coś na kształt łkania. Tak, to musiało być łkanie. Nabrał tej pewności, gdyż w przeciwieństwie do obydwu dam mógł obserwować twarz oraz załzawione oczy arystokraty. Podobnie, jak i oblicze Arii, zastygłe w jakimś grymasie ekstazy oraz nienawiści. Nie w taki sposób prezentowało się podczas ich spędzonej wspólnie nocy.

„Nie mnie ją oceniać. Nic nie wiem o tym, co wydarzyło się tu wcześniej i przed czym uchroniła ją cesarzowa.”

Przeniósł spojrzenie na obydwie władczynie. Bazylissa chłonęła widowisko z dostrzegalną ekscytacją, Rianna również nie pozostawała obojętna. Co prawda, o ile znał małżonkę, to chętniej użyłaby mniej wymyślnych środków, choćby zwykłego bicza. Północ nadal hołdowała prostszemu sposobowi życia. I to księżna Dalekiej Północy przerwała wreszcie niezwykłe przedstawienie, wydane zapewne głównie na jej użytek, chociaż i jego samego uczyniono uprzywilejowanym widzem. - „Przynajmniej do czasu.” - Mimowolnie wzdrygnął się na tę myśl.

- Czy sprowadziłaś mnie tutaj, abym przyglądała się, w jaki sposób zabawiasz się ze swymi niewolnikami? - spytała zimno Rianna, wyzwalając się z narzuconego obserwowaną sceną uroku.

- O nie, księżno. Chcę tylko, abyś ujrzała, jak gorliwie wielbią imię swojej Pani. Pani Połowy Świata. Wystarczy, Ario. Dajmy mu szansę, by okazał, jak bardzo wdzięczny jest za naszą uwagę.

Dziewczyna z pewną niechęcią wynurzyła sztucznego fallusa z odbytu więźnia.

- A teraz, Demetriuszu, pozwalam ci wyrazić swoją radość z możliwości zabawienia twojej Pani i może nawet... Tak, pozwalam ci prosić o łaskę.

Arystokrata gorliwie pokiwał głową, omal nie rozbijając sobie nosa o krawędź żłobu. Na znak Damareny, Aria wyjęła knebel i odpięła łańcuch. Ambasador odwrócił się pospiesznie i nie bacząc na odczuwany niewątpliwie ból ruszył na kolanach w stronę tronu cesarzowej.

- Najdostojniejsza i Najłaskawsza Pani, błagam, okaż miłosierdzie Twemu niewolnikowi. - Uderzył czołem o kamienie posadzki.

Rianna przyglądała się tej scenie nie kryjąc pogardy, skierowanej ku obydwojgu jej uczestnikom. Nie umknęło to zapewne uwadze bazylissy, z wyraźną złością wypowiedziała bowiem następne słowa

- Nie jesteś godzien tego, bym przyjmowała twoje hołdy, ale zezwalam, abyś ucałował ziemię u stóp tronu Pani Połowy Świata.

- Dziękuję za ten zaszczyt. - Upokorzony wielmoża gorliwie wykonał rozkaz.

Pod ironicznym spojrzeniem księżnej Dalekiej Północy Damarena odepchnęła głowę Demetriusza podeszwą sandałka.

- Wystarczy! Ario, przekaż tego nędznika w ręce straży. Niech umieszczą go w zwykłej celi, zdejmą ten przyrząd i te deski oraz oczekują dalszych rozkazów. Ty także zaczekaj na wezwanie.

Wyprowadzany arystokrata, nadal na kolanach, wykrzykiwał podziękowania i sławił miłosierdzie bazylissy. Zamilkł dopiero wówczas, gdy na znak cesarzowej Aria potraktowała jego wciąż jeszcze uwięzione klejnoty czubkiem wysokiego buta. Słowa uwielbienia zastąpił jęk bólu.

- Może przejdziemy wreszcie do naszych spraw? - zaproponowała Rianna.

- Dobrze. Jak widzisz, trzymam w niewoli twego pana i małżonka, księcia Bastiana. Jest cały i zdrowy. W zamian za jego życie i wolność nie żądam złota ani nawet obietnicy odstąpienia waszych wojsk.

- Czegóż więc?

- Ta połowa świata, w której leżą wasze władztwa, też stanowiła niegdyś część dawnego Cesarstwa. I chcę, aby stała się nią ponownie.

- Wiesz dobrze, że to niemożliwe. Nie masz ani takiej władzy, ani takiej siły.

- Tym niemniej, żądam, abyście oboje złożyli mi hołd należny cesarzowej, Pani Całego Świata. Tu i teraz, ty pierwsza, księżno Dalekiej Północy. Gdy to uczynicie, uwolnię Bastiana i obdarzę was bogatymi darami. Nie zażądam nawet odstąpienia spod murów mojej stolicy. Sama poradzę sobie z tym oblężeniem.

- To i tak nic nie zmieni, to będzie tylko pusty gest!

- Jeżeli tak, to wykonaj go, księżno. Wykonaj i przyjmij tytuł wikariusza swojej prowincji.

- Mam uklęknąć przed tobą jak wasal przed swoim panem?

- Nie, księżno. Chcę, abyś upadła na twarz i ucałowała moje stopy, zgodnie z ceremoniałem cesarskim. Potem uczyni to samo książę Bastian.

- Nigdy! - Wzburzona Rianna zerwała się z fotela.

Bazylissa klasnęła w dłonie. Do pomieszczenia powróciła Aria na czele kilku strażników.

- Zechciej jednak usiąść, księżno.

Gdy pani Dalekiej Północy dostosowała się do tego przynajmniej życzenia gospodyni, ta odesłała straże, zatrzymując dziewczynę.

- Nie zapominaj, że dysponuję pewnymi środkami... nacisku. Ujrzałaś na własne oczy, jak potrafią okazać się skuteczne. Ty jesteś tu gościem. Może niekoniecznie mile widzianym, ale jednak zaproszonym gościem. Byłoby poniżej godności Pani Połowy Świata wykorzystywać taką sytuację. Natomiast książę Bastian dostał się do niewoli w wojennej potyczce. I jego małżonka nie chce dostarczyć wyznaczonego okupu. To on zapłaci więc za twoją dumę, księżno. Ario, czeka cię kolejne zadanie.

Słuchał tych słów z przerażeniem. - „Byle tylko nie zmoczyć się jak Demetriusz.” - Przemknęło mu przez głowę. - „Byle tylko teraz się nie zmoczyć.”

- Pani, wszystkie moje przyrządy nosi jeszcze na sobie tamten głupiec, coś zacięło się przy gwincie i trochę potrwa, zanim to zdejmą...

- To niech utną mu jaja... Dobrze, myślę, że zwykły bicz też wystarczy. Ten masz chyba w pogotowiu?

- Oczywiście, pani.

- Bierz się więc do pracy i wychłostaj księcia Bastiana. Może spodoba mu się to bardziej, niż gdybym rozkazała, aby zajęli się tym strażnicy. Za to nie przypadnie do gustu księżnej, czyż nie?

Rianna zachowała milczenie, podczas gdy Aria sięgnęła raz jeszcze do zasobów swojej tajemniczej szkatułki, wyjmując tym razem rzemienny bicz. Na szczęście zwyczajny, bez ołowianych kulek. Ale i taki potrafi sprawić potężny ból. Dziewczyna długo wybierała właściwą pozycję.

- Zaczynaj wreszcie!

Pierwsze uderzenie spadło na pośladki. Do tej pory uważał, że Aria okazuje mu przy różnych okazjach życzliwość. Liczył więc na umiarkowaną siłę uderzeń. Zawiódł się jednak, być może obawiała się tak jawnie zlekceważyć rozkazy, a może zachowała jeszcze ślady pobudzenia zadawaniem poprzednich tortur. Przy czwartym smagnięciu przez plecy jęknął. Pani Rianna zerwała się ponownie z fotela.

- Dość tego!

- Proszę, usiądź, księżno.

- Nie będę siedziała, gdy cierpi mój pan i małżonek!

- Cierpi tylko i wyłącznie z powodu twojej własnej dumy. Wystarczy jeden gest, aby odzyskał wolność.

Pani Dalekiej Północy stała bez ruchu. Na znak bazylissy spadły kolejne uderzenia, doliczył się teraz razem dwunastu. To już bardzo bolało, nie zdołał powstrzymać się od krzyku, chociaż i tak potraktowano go łagodniej niż Demetriusza.

- Wybacz, Bastianie, nie mogę... Wiesz, że zrobiłabym dla ciebie wszystko, ale tego nie potrafię... Nie potrafię...

- Wytrzymam... Taką właśnie cię kocham... Kocham ciebie, a nie tę dziwkę... Aaach!!!

Cóż, od wydania okrzyku bólu powstrzymać jednak się nie zdołał. Stracił rachubę uderzeń, pozostały tylko krzyk i cierpienie. Wreszcie doczekał się jakiejś przerwy. Leżał już wówczas z twarzą na kamieniach posadzki

- Proszę, każ przestać. Proszę.

- Złóż mi hołd i nazwij swoją panią, Panią Całego Świata, a wszystko natychmiast się skończy.

- Nie! Bastianie, wybacz... Wynagrodzę ci to, jeśli zdołam, ale nie potrafię!

- Wytrzymam... na pewno wytrzymam - jęknął, albo tylko mu się wydawało, że wypowiedział te słowa. Ponownie owładnął nim przypływ bólu, bólu, którego powrotu tak bardzo się obawiał, ale nie znalazł sposobu, aby uniknąć.

A jednak fala opadła, a przynajmniej nie przybrała z nową siłą.

- Rzeczywiście, wystarczy. Nie zależy mi na tym, by cierpiał bez potrzeby. Aby umarł pod biczem. A tak mogłoby się stać. Wiem już to, czego chciałam. A ty, księżno, pokazałaś, ile gotowa jest uczynić Królowa Urody i Miłości dla swego rycerza, pana i małżonka. Nie potrafi poskromić własnej dumy. I to mnie nazywasz ladacznicą albo gorzej jeszcze. Sama nie jesteś godna takiego miana, nawet dziwka potrafi okazać serce temu, kogo pokocha. Dziwka może tak, ale na pewno nie lodowa suka. Zapraszam teraz na kielich wina, jeżeli masz ochotę. Jeżeli nie, wracaj do obozu. Nie obawiam się ani ciebie, ani twoich wojsk. Książę zostanie tymczasem tutaj, myślę, że znajdzie lepszą opiekę. I nie chodzi mi tylko o naszych medyków. Poruczam to zadanie tobie, Ario. Potem odprowadzisz księżną do jej obozu, tak samo potajemnie, jak tu przybyła.

Dalszego ciągu tej rozmowy już nie usłyszał.


***


Gdy zaczął dochodzić do siebie, miał wrażenie, że jego obolałym ciałem zajmują się nie tylko medycy. Wyczuwał dotyk dłoni o wiele delikatniejszej, także intensywny zapach perfum nie wydawał się typowy dla śmierdzących zwykle jakimiś podejrzanymi miksturami przedstawicieli tej profesji. Nie padło jednak ani jedno słowo, a on sam nie zdołał unieść głowy. Wkrótce znowu stracił świadomość. Tym razem sen okazał się prawdziwie uzdrowicielskim, po przebudzeniu czuł się zdecydowanie lepiej. Plecy i pośladki nadal bolały, ale nie paliły już żywym ogniem. Ustały też zawroty głowy. Poruszył na próbę kończynami, mógł to uczynić bez problemu, zniknęły więc również łańcuchy. Otworzył oczy i ujrzał, że powrócił do znajomej celi z wygodnym łożem. Jego nagość ponownie okrywała opończa, utkana jednak tym razem z bardzo kosztownego materiału, obszyta gęstym futrem jakiegoś egzotycznego zwierzęcia i przesiąknięta wonią pachnideł identyczną z tymi, które uprzednio wyczuwał. Ktoś musiał go zapewne obserwować, usłyszał bowiem odgłos oddalających się pospiesznie kroków. Na rezultaty dostarczonej gdzieś wiadomości nie trzeba było długo czekać. Kolejne kroki i zgrzyt odsuwanej zasuwy. Po wejściu do celi, Aria odesłała dozorców.

- Cieszę się, że dochodzisz do siebie, książę. Wybacz, że nie zastałeś mnie po przebudzeniu, ale mnie samą też zmorzył w końcu sen.

- Czy to ty pielęgnowałaś rany po biczu?

- Uczyniłam to na polecenie bazylissy. Bastianie, wybacz to, co musiałam zrobić. Jestem posłuszna wszystkim rozkazom cesarzowej, ale uwierz, niektóre z nich wykonuję z prawdziwą radością, podczas gdy inne tylko z obowiązku.

Podeszła i odrzuciła opończę. Pochylona, badała opuszkami palców ślady na jego plecach. Dotyk również był bardzo delikatny, ale jej włosy, ubranie i całą postać przenikał jednak zapach inny, niż ten, który zapamiętał, a teraz nadal wyczuwał w materii kosztownej, dającej ciepło tkaniny.

- Nie mam żalu, Ario. I tak bardzo mi pomogłaś. Nie wierzę, że gwint mógł zaklinować się aż tak bardzo, aby nie dało się wtedy uwolnić nieszczęsnego Demetriusza.

Gdy odpowiedziała, w jej głosie pojawił się nagły chłód.

- Jeżeli o mnie chodzi, to rzeczywiście, najchętniej nadal widziałabym tego niegodziwca w okowach. Wszystkich. Podobnie jak i nie pragnęłam wtedy, ani też nie pragnę obecnie nakładać ich tobie. Nie zasługuję jednak na twoją wdzięczność, książę. To nie ja wymyśliłam to drobne kłamstwo.

- Ach tak... - Słowa Arii mogły wiele wyjaśniać. - Tym niemniej, dziękuję z całego serca. Dlaczego jednak aż tak bardzo nienawidzisz nieszczęsnego Demetriusza? Tu nie mogło chodzić tylko o wykonywanie rozkazów. - Uznał za stosowne zmienić temat rozmowy. Wysłanniczka cesarzowej wydawała się nieco... poruszona? Czy zechce odpowiedzieć na to pytanie? - Podobno był przyjacielem twojego ojca.

- Mojego ojca może i tak, ale na pewno nie moim!

- Skąd ta nienawiść, Ario? - Poczuł, jak twardnieje dotyk jej dłoni. Natychmiast się opamiętała, pojmując, że sprawia mu ból. Gniew raz wzbudzony, czy też raczej tylko przypomniany, jednak pozostał.

- Jesteś mężczyzną, książę. Nigdy nie zrozumiesz, co czuje dorastająca dziewczyna, którą ojciec i starszy brat zamierzają sprzedać jakiemuś obleśnemu starcowi jedynie dlatego, że posiada on wpływy i bogactwa oraz okazuje gotowość zrezygnowania z posagu!

- Demetriusz nie wygląda, mimo wszystko, na zgrzybiałego starca. Wydaje się człowiekiem rozsądnym i niepozbawionym ogłady.

- Wiesz, co zrobił ten wyrafinowany i wykształcony mąż? Za wiedzą i cichym przyzwoleniem mojego ojca? Co uczynił, aby zmusić mnie do małżeństwa? Domyśl się, to nie jest wcale takie trudne!

- Ale przecież... - wyszeptał wstrząśnięty. Takie rzeczy się zdarzały. Czyż mogły jednak dotyczyć wysoko urodzonej panny szlachetnego rodu? Prawie księżniczki?

- A ojciec zagroził, że jako zhańbiona mogę wybierać tylko pomiędzy poślubieniem tego niegodziwca, a klasztorem! Ale cesarzowa w jakiś sposób dowiedziała się o wszystkim, ma wszędzie swoich szpiegów. I przyjęła mnie na służbę. Nie chcę jednak wracać do tego myślami, wolę obecne życie, szukam przyjemności i zapomnienia, gdzie tylko się da.

- Dlaczego więc teraz mi o tym powiedziałaś?

- Nie wiem... Bo nie chciałam... Bo widziałeś zbyt wiele i może nie chciałam, abyś źle o mnie myślał.

- Jakie to ma znaczenie, co o tobie myślę?

- Bardzo duże... Kiedyś odzyskasz przecież wolność, wrócisz do obozu albo do swojego kraju. Nie wiem, czy twoja żona rozpowie o tym, co ujrzała, ale Rodmund... Nie chcę... I tak na pewno mnie znienawidzi, cokolwiek byś nie powiedział, ale jednak...

- Nie powinienem był wtedy pytać, jak wypadłem w porównaniu z księciem piratów, prawda Ario?

- Nie pytaj więc i teraz, Bastianie. Niech ci wystarczy, że bazylissa okazała zadowolenie z otrzymanej relacji. A to także ma znaczenie, jeszcze się o tym przekonasz. Twoje rany goją się dobrze, odzyskujesz siły. Moje zadanie skończone. - Wróciła do roli twardej i przebiegłej wysłanniczki cesarzowej. - A teraz wybacz, wzywają mnie inne obowiązki. - Czyżby zdążyła już pożałować chwili niewczesnych zwierzeń?


***


Przez kilka następnych dni nie doczekał się już wizyty żadnej wysoko postawionej damy, co w absurdalny sposób sprawiło mu zawód. Odwiedzał go tylko medyk, zadowolony z postępów kuracji i skutecznego działania maści. Do posiłków podawano oprócz wody wino, bardzo dobrego gatunku. Nadal więc cieszył się czyimiś względami. Toteż nagły ruch przed drzwiami celi, tuż po zakończeniu obfitej wieczerzy, uznał za wydarzenie najzupełniej naturalne i wyczekiwane. Podobnie jak i to, że w otwartych drzwiach pomieszczenia stanęła sama Pani Połowy Świata we własnej osobie. Zdziwił się natomiast strojem wybranym przez Najjaśniejszą Damarenę. Dwukrotnie dostąpił dotąd zaszczytu przebywania w jej obecności i za każdym razem bazylissa występowała w szatach bardzo wyszukanych, uszytych z kosztownych materii. Jej twarz pokrywał wówczas staranny makijaż, a szyję, uszy, przeguby i nawet sandałki zdobiły skrzące się złotem oraz szlachetnymi kamieniami wykwintne dzieła sztuki jubilerskiej. Tym razem nałożyła jednak lekki, skórzany pancerz, przypasała sztylet, a stopy ukryła w prostym, wojskowym obuwiu. Stał przed obliczem gotowej do boju wojowniczki, co kłóciło się ze znanym mu dotychczas obrazem władczyni Chrysopolis. Szykowały się ważne wydarzenia i on sam z pewnością miał odegrać w nich jakąś rolę, skoro cesarzowa zadała sobie trud, by odwiedzić swego więźnia.

- Witaj, książę. Cieszę się, że odzyskałeś siły, jak mnie powiadomiono i co sama widzę. Wiedz, że dzisiejszej nocy rozstrzygną się losy tego śmiesznego oblężenia oraz całej tej, godnej pożałowania wojny. Oczywiście, Chrysopolis zwycięży, tak jak zawsze bywało!

- Przybyłaś tu po to, pani, by mi o tym powiedzieć? - Nie zamierzał padać na kolana czy składać jej hołdu w jakikolwiek inny sposób, ale jednak wstał.

- Przybyłam, bo chcę, abyś na własne oczy ujrzał triumf Pani Połowy Świata. Co więcej, zamierzam spełnić złożone ci obietnice. Władczyni Złotego Miasta zawsze dotrzymuje danego słowa. Choćby nawet nie otrzymała w zamian tego samego!

- Co masz na myśli, pani? Jakie znowu obietnice?

- W wierszach, które napisałeś i które mi ofiarowałeś, składałeś liczne przyrzeczenia: uwielbienia, hołdów, wiernej służby... Wszystko to okazało się kłamstwem! Nie dotrzymałeś słowa, książę Bastianie, twoje wersy były jedynie pustym wymysłem, fałszywy poeto, zdradziecki rycerzu Złotego Płomienia. Ale ja nie splamię się podobnym postępkiem, zamierzam spełnić to, co obiecałam.

- Cóż takiego, pani?

- Nie pamiętasz? W takim razie przypomnę. Przyrzekłam uczynić cię Panem Ognia oraz roztopić okowy, którymi skuła cię ta lodowa suka Rianna, twoja księżna Dalekiej Północy. Dzisiejszej nocy wypełnię obydwie te obietnice, książę.

- W jaki sposób? Niczym ladacznica?

- Nie zapominaj, że jestem jednak bazylissą Chrysopolis. Pani Połowy Świata dotrzymuje słowa w sposób godny cesarzowej. Sam się przekonasz.

Odstąpiła od drzwi i ruchem dłoni wydała polecenie żołnierzom. Wokół pasa nagiego więźnia spięto ciasno żelazny łańcuch, klucz wręczono Damarenie, która umieściła go obok sztyletu.

- Weź opończę, panie. Na zewnątrz jest chłodno – zezwoliła, po czym cała grupka ruszyła korytarzem.

Cesarzowej towarzyszyło kilku zbrojnych, sprawiających wrażenie zaprawionych w bojach weteranów. Należeli zapewne do gwardii cesarskiej, formacji złożonej z werbowanych w rożnych krajach najemników. O ironio, przeważali wśród nich przybysze z krain Zachodu i Północy. Pewnie dałoby się znaleźć w ich szeregach jego własnych, dawnych poddanych. Albo ludzi Rianny. To jednak nie miało żadnego znaczenia. Służyli teraz Chrysopolis, służyli za złoto, ale dobrze i wiernie. Najlepszy dowód, że w krytycznej chwili wojny, jak sama to stwierdziła, bazylissa zaufała właśnie obcym gwardzistom, a nie oddziałom złożonym z miejscowych.

Maszerowali szybko, najwidoczniej Damarena potrafiła poruszać się także o własnych silach, niekoniecznie noszona w lektyce. Droga nie okazał się wprawdzie długa, wiodła jednak często po stromych schodach, które pokonywali w górę i w dół. Opuścili wreszcie mroczne korytarze i stanęli na platformie potężnej, przysadzistej wieży nad brzegiem morza. Woda otaczała budowlę z dwóch stron, bastion wysuwał się nieco przed inne fortyfikacje. Na tyłach dostrzegł pawilony i ogrody pałacu. Całą jego uwagę przykuło jednak to, co ujrzał na wodzie. Przed sobą miał wejście do zatoki Szczodrej Dłoni, wejście przegrodzone łańcuchem, który zapewniał bezpieczeństwo portowi, a całemu miastu dostawy żywności. Łańcuchem, który sami bezskutecznie dotąd szturmowali. Po przeciwnej stronie Dłoni majaczyła bliźniacza wieża, strzegąca północnego krańca przegrody. Na jej szczycie płonęła słabo pochodnia, szarpana silnym, idącym z głębi lądu wiatrem. Powiała już nocna bryza. Księżyc pozostawał niewidoczny i wszystko tonęło w mroku, gdzieniegdzie tylko rozpraszanym odległym blaskiem jakiegoś nikłego płomyka domowej lampy. Panowała nienaturalna cisza, nawet plusk fal wydawał się słaby jak na tak silny ruch powietrza. Otulił się opończą, wdzięczny jednak za to, że nie musi stać tutaj nagi.

Nie zatrzymali się zresztą zbyt długo i nie mógł tymczasem podziwiać widoków. Raz jeszcze ruszyli krętymi schodami, obecnie w dół, zanurzając się w czeluściach wieży. Zeszli do samej podstawy, ujrzał potężny, zablokowany żelaznymi klinami kołowrót mechanizmu opuszczającego i podnoszącego przegradzający zatokę łańcuch. Kluczowe miejsce obrony miasta. Światło dawały płomienie pochodni. Strażowali tu, podobnie jak i w samej wieży, kolejni gwardziści. Doliczył się razem około dwudziestu. Czekał też jakiś nie pierwszej już młodości mężczyzna, odziany w szary, nie rzucający się w oczy strój. Jego twarz wydawała się blada, skóra rąk zniszczona, mrużył niedowidzące zapewne oczy. Na widok cesarzowej skłonił się głęboko.

- I jak, mistrzu Leonie? Czy wszystko gotowe?

- Tak, Najjaśniejsza Pani. Wiatr i odpływ nam sprzyjają, do Dłoni uchodzą też liczne strumyki, co daje stały prąd wody... To bardzo dobrze, jeżeli nic nie stanie na przeszkodzie...

- Mistrzu, doceniam twoją troskę, ale odpowiedz, proszę, na moje pytanie. Czy wykonaliście swoją część planu?

- Tak, o pani. Dołożyliśmy wszelkich starań, naprawdę wszelkich starań...

- Czy na pewno wszystko gotowe? - powtórzyła, z trudem opanowując zniecierpliwienie.

- O tak, pani. O, tak. Na chwałę Chrysoplis oraz Twego panowania.

- Dziękuję, mistrzu. Nagroda nie ominie ani ciebie, ani całego waszego bractwa. Będzie najlepiej, jeżeli zaczekasz teraz w bocznej komnacie.

Uprzejmie wskazała drogę, wykonując jednak równocześnie inny gest pod adresem dowódcy swej straży. Dziwnego starca odprowadzono do jednego z pomieszczeń i zamknięto drzwi. Przy pasie Damareny zawisł kolejny klucz.

Pomimo pomyślnych, jak mogłoby się wydawać, wiadomości, bazylissa nadal na coś czekała, z trudem zachowując pozory opanowania. Wreszcie na schodach pojawiła się Aria, odziana podobnie jak jej pani i lekko zdyszana. Obydwie te okoliczności dodawały tylko dziewczynie uroku.

- Jakie wieści? - W słowach cesarzowej zabrzmiało napięcie.

- Wszystko idzie zgodnie z planem, pani – odparła wysłanniczka głuchym głosem. A może to tylko brak tchu i ponure otoczenie sprawiły, że w taki sposób to odebrał.

- Bardzo dobrze! A zatem zaczynajmy! - Bazylissa odczuła wyraźną ulgę. - Opuścić łańcuch! - rozkazała.

Kilku żołnierzy ujęło ciężkie młoty i miarowymi uderzeniami wybiło blokujące kołowrót kliny. Potem wystarczył już tylko lekki napór na drążki uchwytów i koło ruszyło. Z głośnym, odbijającym się we wnętrzu wieży szczękiem żelaza, łańcuch zaczął wysuwać się przez otwór uczyniony w kamiennej ścianie, tuż przy samej podłodze. Po dłuższej chwili ruch ustał, najwidoczniej ogniwa spoczęły na dnie niezbyt głębokiej zatoki. Droga na wody Dłoni oraz do samego miasta stała otworem, o ile wiedział, po raz pierwszy od chwili rozpoczęcia oblężenia. Cóż jednak zamierzała Damarena? Przeprowadzić niespodziewany kontratak własnej floty? Dlaczego jednak miałaby aż tak ryzykować, bo mimo wszystko, nie wróżył takiemu przedsięwzięciu powodzenia.

- Chodźmy na górę. Chcę dokładnie wszystko zobaczyć. I nie zapomniałam o mojej obietnicy, książę. - Ujęła jedną z pochodni i ruszyła ku schodom.

Opuszczając pomieszczenie, pozostawili kilkunastu strażników, zapewne po to, by strzegli mechanizmu. Wszyscy inni przyspieszyli kroku. On sam, gnany ciekawością, także dobrze wyciągał nogi. Działo się coś ważnego, coś, co miało zadecydować o losach wojny. Nawet jeżeli nie miał na te wydarzenia żadnego wpływu, żywił przynajmniej nadzieję, że ujrzy je własnymi oczyma.

Na koronie wieży nadal panowała cisza.

- Ario, daj znak - rozkazała bazylissa, przekazując dziewczynie pochodnię.

Ta trzykrotnie nakreśliła w powietrzu symbol krzyża. Razem z Damareną wpatrywały się następnie w mrok zalegający wody otwartego morza. Po chwili błysnęło tam jakieś światło, ktoś powtórzył sygnał i znowu zapadła ciemność.

- Doskonale, wszystko zgodnie z planem. Musimy tylko chwilę zaczekać. - Cesarzowa przejęła pochodnię i starannie zgasiła ją w ustawionym przy blankach naczyniu z piaskiem. W zamian rzuciła dziewczynie klucz. - Zajmij się naszym gościem. - Nadal wpatrywała się usilnie w ciemność.

Ustawiono go plecami do kamiennego filara zajmującego środek platformy, skuwający pas łańcuch przymocowano do wmurowanego pierścienia. Mógł poruszać ramionami i nogami, tyle, że tkwił w miejscu. Przynajmniej miał dobry widok na morze i zatokę, a wszystko wskazywało na to, że właśnie tutaj, tuż przed jego oczyma, rozegrają się decydujące wydarzenia tej wojny. Szczodra Dłoń stała otworem i ktoś zamierzał z tego skorzystać. Tylko kto i w jaki sposób?

Damerena nadzorowała tymczasem odpowiednie ustawienie naczynia z żarem, które przyniesiono z głębi wieży. Umieszczono je obok filara, tuż poza zasięgiem stóp więźnia. Zadowolona cesarzowa podeszła do swego jeńca, własną dłonią narzuciła zerwaną przez strażników opończę.

- Nie zapomniałam o tobie, książę. Wybacz, ale dopiero teraz mogę poświęcić ci odpowiednią uwagę. Pewnie ciekawi cię, co się dzieje? Zaraz ci to wyjaśnię, a także opowiem o roli, którą w nadchodzących wypadkach odegrasz ty sam.

- Z pewnością szykujesz jakąś zdradę.

- Zdrada to nieodpowiednie słowo w tych okolicznościach. Pasuje raczej do aktualnych planów moich wrogów. Ja przygotowałam tylko mały podstęp, czeka ich szczególne przyjęcie.

- Opuszczony łańcuch i ten znak na morzu... Kogo chcesz tu zwabić?

- Kogo tylko się da, książę. Przede wszystkim Rodmunda, ale mam szczerą nadzieję, że pirat nie przybędzie sam. Z pewnością będzie potrzebował zbrojnych swego kuzyna, w końcu nie bez przyczyny bardzo zabiegał o przyjaźń Niedźwiedzia. Liczę też na to, że szansa zwycięstwa chociaż ten jeden raz skłoni do wspólnego działania także duxa Enrico. A razem z nim hrabiego Rajmunda...

- Czy przypadkiem nie za szeroko zastawiasz sieci, pani? Jeżeli wpuścisz ich wszystkich do zatoki, a coś takiego chyba właśnie zamierzasz, to nie zdołasz już stąd wyrzucić. Nawet jeżeli zaskoczysz Rodmunda i innych, to twoja flota jest zbyt słaba, aby stawić im czoła w otwartym boju.

- Nie doceniasz mnie, Bastianie. Ale mówisz prawdę, mam na to zbyt mało ludzi i okrętów. Przyznam też, że nie dorównują zabijakom Rodmunda. Dlatego skorzystam z twojej pomocy. To ty zniszczysz moich wrogów. Własnych zresztą także. Nie zapominajmy, w jaki sposób trafiłeś tu w gościnę.

- Mojej pomocy? Chyba oszalałaś! Nie wiesz, o czym mówisz, pani!

- Obiecałam uczynić cię Panem Ognia i dotrzymam słowa. A jako ognisty władca płomieni zyskasz aż nadto mocy, by spalić ich okręty!

- Co takiego? Jakim sposobem?

- Takim!

Wyciągnęła dłoń i jeden z żołnierzy wręczył jej łuk oraz kilka szczególnych strzał. Bardzo długich, z grotami owiniętymi pakułami.

- Spójrz, książę. Dam ci ten łuk i to ty, we właściwej chwili, wypuścisz ognisty pocisk. Wzniecając płomień, który ogarnie wody zatoki i którego nie da się ugasić! Staniesz się prawdziwym panem Złotego Płomienia!

- Ale jak... Ten dziwny starzec... Mistrz Leon, jak go nazywałaś...

- Tak Bastianie, to mistrz bractwa wytwórców sławnego ognia Chrysopolis. Ognia, który płonie także na wodzie i którego nie sposób wodą poskromić. On i jego bracia pracowali od dłuższego czasu bez chwili wytchnienia, szykując odpowiednią ilość mieszanki. To ciecz, płyn, który unosi się na powierzchni zatoki. I na niej zapłonie, jeżeli go podpalić. Dzisiejszego wieczoru wlano do Szczodrej Dłoni, w jej górnej części, mnóstwo beczek tego niezwykłego specyfiku. Plama zmierza powoli ku otwartemu morzu, pchana korzystnym wiatrem oraz falą odpływu, sam słyszałeś. Zmierza na spotkanie floty Rodmunda oraz wszystkich tych, którzy okażą się na tyle głupi, aby mu towarzyszyć. A ty, książę, wystrzelisz płonącą strzałę w chwili, którą wskażę. Ja dotrzymam słowa, tobie natomiast, mój niedoszły rycerzu, dam okazję zniszczenia wrogów Pani Połowy Świata.

- Nie zrobię czegoś takiego! Nie licz na to!

- Tak naprawdę, niczego to nie zmieni, wiesz o tym przecież. Ale moja satysfakcja, satysfakcja Cesarzowej Chrysopolis, satysfakcja oszukanej kobiety, też jest coś warta. Dlatego znajdę sposób, abyś jednak uczynił to, czego sobie życzę.

- Ciekawe jaki? Szykując nowe tortury?

- Książę, obrażasz mnie takimi podejrzeniami... - Wpatrywała się uporczywie w morze i jej twarz przybrała wyraz drapieżnego zadowolenia. - Tak, chwyciła przynętę – wyszeptała.

- O czym mówisz, pani?

- Spójrz!

Wskazała ręką. Czołowe okręty zachodniej floty zaczynały właśnie przechodzić pomiędzy obydwiema wieżami, nie napotykając zapory łańcucha! Zatoka leżała przed nimi cicha i pozornie bezbronna. Ledwie widoczne, dawały się jednak rozpoznać przy słabej poświacie wielkiego miasta. Jako jedna z pierwszych, po bliższej, południowej stronie Szczodrej Dłoni płynęła galera pod znakiem Sokoła. Rodmund! Ale, ale... Obok powiewał na maszcie jeszcze inny proporzec. Wytężył wzrok... Tak, to jego własne godło - Złoty Płomień! Co on tam robił? Rianna! Ta myśl przeszyła niczym błyskawica. Księżna i małżonka także brała osobisty udział w tym ryzykownym przedsięwzięciu. I jak zawsze, szła na czele, w pierwszej linii. Prosto w śmiertelną pułapkę! Chwyciła przynętę, powiedziała bazylissa... Jaką znowu przynętę? Chyba, że... Cała ta scena w lochach, wzięta jak z kiepskiego przedstawienia, była właśnie przynętą! Obliczoną na zranienie, doprowadzenie do wściekłości oraz skłonienie do nierozważnego działania dumnej, gorącokrwistej kobiety i władczyni. Potraktowana w taki sposób, upokorzona na różne sposoby, zmuszona do bezsilnego obserwowania cierpień małżonka, Rianna z radością ujrzała okazję do zemsty. Dostrzegł nagle cały ciąg wydarzeń jak na dłoni. Plan nocnego ataku podsunęła zapewne Rodmundowi Aria, łudząc posiadanymi kontaktami w mieście, w tym z własnym ojcem, dowódcą floty. Obiecała przygotować zdradę, ale czyniła to na polecenie bazylissy, zdradzając w istocie kochanka – pirata. A sama Damarena postarała się o to, by w zastawioną pułapkę wpadła także księżna Dalekiej Północy. To już po tym, gdy on sam zawiódł niesprecyzowane chyba do końca oczekiwania i rojenia Pani Połowy Świata.

- Oto mój sposób, Bastianie – podjęła bazylissa. - Złożyłam ci jeszcze drugą obietnicę. Obiecałam roztopić okowy lodu. I uczynię to przy pomocy ognia, na twoich oczach. Jeżeli to ja osobiście będę zmuszona wystrzelić ognistą strzałę, to przysięgam, że skieruję ją prosto ku galerze Rianny i Rodmunda. Nie dostaną wtedy żadnej szansy. Tobie... tobie pozwolę wybrać cel samemu. Możesz strzelić do Niedźwiedzia, ale i on płynie zbyt blisko. Ale spójrz, na przeciwległym skrzydle widzimy Lwa, znak Laguny oraz duxa Enrico. Namawiał do tej wojny, słusznie więc zapłaci. A Rianna i Rodmund zdołają się może wtedy uratować. Pirat to znakomity żeglarz i kto wie, czy nie znajdzie jakiejś drogi ucieczki. Co ty na to, książę?

- Zrobię jak mówisz! - rzucił wściekły i bezsilny. - Daj ten łuk i strzały! To dla Rianny – wyszeptał jeszcze.

- Nie tak szybko. Zatoka jest długa, plama ognistej cieczy dopiero nadpływa. Dostaniesz łuk we właściwej chwili. A teraz... - Znowu wpatrywała się w przejście. - Chyba są wszyscy. Kapitanie, zejdź na dół, każ podnieść łańcuch! Chcę ich mieć w pułapce, nie zdołają uciec przed ogniem.

Dowodzący strażą oficer ruszył wykonać rozkaz.

- Czy to naprawdę konieczne, pani? - odezwała się niespodziewanie Aria. - Powiedziałaś, że będą mieli szansę ratunku.

- Niektórzy z nich może i tak, ale na pewno nie ich okręty. Te spłoną co do jednego. Taki cios zakończy to pożałowania godne oblężenie i całą tę wojnę.

Dziewczyna nie pytała już więcej, tylko w milczeniu wpatrywała się w sunące po zatoce galery. Szły powoli, pod wiatr, ze zrolowanymi żaglami i na wiosłach. Drzewca tych ostatnich owinięto zapewne szmatami, by nie powodować hałasu. Zmniejszało to tempo marszu, a i tak na nic się nie zda. Spoglądając z wieży mogli bez trudu ujrzeć, jak łańcuch uniósł się niespiesznie z odmętów i naprężył tuż pod powierzchnią wody. Znacznie mniejsze szanse na dostrzeżenie tej zmiany mieli ludzie na pokładach galer. Te kontynuowały swoje zadanie, załogi nie zauważyły więc zapewne niczego podejrzanego.

Damarena, obserwująca dotąd wszystko z największym spokojem, może jedynie udawanym, nagle drgnęła. Zwróciła spojrzenie w głąb zatoki. Wszczął się tam jakiś ruch! Wytężywszy wzrok, ujrzał nieoczekiwanie dużą grupę okrętów idących na spotkanie napastnikom zakradającym się na wody Dłoni! Ci ostatni jeszcze ich nie zauważyli, ale obecni na wieży nie mogli mieć wątpliwości. To cesarska flota, mniej wprawdzie liczna, odważnie wychodziła naprzeciw wroga, by stawić mu czoła w rozpaczliwej walce.

- Co robią ci przeklęci głupcy! - zawołała zaskoczona cesarzowa. - Dlaczego opuścili port?Nie dostali takiego rozkazu! Jeżeli wpłyną w plamę ognistej cieczy... Pchają się prosto w płomienie. Ario! Twój ojciec jest na wieży, po przeciwnej stronie zatoki i stamtąd pilnuje wszystkiego... Co się stało? Ktoś musiał przekręcić albo źle zrozumieć wydane polecenia!

- Trzeba ich poświęcić, pani. Jeżeli nie da się inaczej. – Słowa te wypowiedział powracający oficer.

- Nie! To moje okręty i moi ludzie! Będę ich potrzebowała, a zresztą... Musimy ich zawrócić!

- Ale jak tego dokonać? Mam tu łódź patrolową, można ją obsadzić i wyprawić posłańca. To jednak ryzykowna misja. A zresztą nasi, widząc już wroga, który wszedł do zatoki bez walki, muszą podejrzewać zdradę. W jaki inny sposób tamci zdołaliby ominąć łańcuch? Nie posłuchają żadnego gońca, nie będzie też czasu na oglądanie pierścienia albo odczytywanie listu!

- Jest sposób, kapitanie! Ja sama popłynę i dam się poznać! Posłuchają przecież osobistego rozkazu cesarzowej! Wielu twoich zuchów to też dzielni żeglarze, wiem o tym. Obsadź tę łódź i ruszajmy!

- Może nie wystarczyć ludzi...

- Weź kogo tylko się da, pospiesz się!

- Pani, to niebezpieczne... Nie powinnaś...

- Muszę! Nikt inny tego nie zrobi. Nie posłuchają niczyjego rozkazu. Zbieraj swoich i wyprowadź łódź. Ja zaraz dołączę!

Bazylissa odwróciła się ku Arii.

- Masz tu łuk i strzały. Dopilnuj wszystkiego. Jeżeli Bastian jednak nie zechce, trudno, sama rzuć ogień. W chwili, którą uznasz za odpowiednią. Plama jest już blisko, ujrzysz ją z góry, jak czernieje na wodzie i uspokaja fale. Od ciebie zależą losy miasta, ja muszę płynąć.

- Jak rozkażesz, pani. – Dziewczyna potwierdziła głucho przyjęcie zadania.

Damarena zniknęła w zejściu, a po chwili ujrzeli Panią Połowy Świata stojącą na dziobie sporych rozmiarów galery, która pomknęła w głąb zatoki. Miała spore szanse, aby zdążyć. Wioślarze naprawdę przykładali się do pracy, rozumieli zresztą, że muszą uciec zarówno przed wrogiem, który z pewnością już ich zauważył, jak i przed czającym się podstępnie ogniem.

- Ario... Czy naprawdę chcesz to zrobić? Mnóstwo ludzi zginie okropną śmiercią... A ty przecież kochasz Rodmunda! Nie zdołasz temu zaprzeczyć! - Zaryzykował.

- Kocham albo i nie! Nic ci do tego! Nie masz też pojęcia, przed czym uratowała mnie cesarzowa! Nie mogę jej zawieść... Nie mogę...

- Ario...

- Nie chcę tego słuchać, rozumiesz? - Dziewczyna odwróciła się i wpatrywała rozpaczliwie w wody zatoki oraz sunące ku sobie okręty.

- Nieważne, kogo kocha, albo też nienawidzi ta dziewka, książę! Ważne, kto okaże się zdrajcą, a kto uratuje Chrysopolis!

- Demetriusz! - Oboje w jednej chwili rozpoznali przybysza i w jednej też chwili wypowiedzieli imię arystokraty. - Skąd się tu wziąłeś? - dodała Aria.

Podobnie jak dziewczyna, były ambasador dzierżył w dłoniach łuk i specjalnie przygotowaną strzałę. Tylko, że ta w jego ręku już płonęła!

- Twoja wspaniała bazylissa, twoja zasiadająca na złotym tronie dziwka, ofiarowała mi jednak szansę odkupienia rzekomych win! Chcesz wiedzieć jaką? Otóż wcale nie ufa ci tak do końca, moja piękna. Uwolniła mnie, abym z ukrycia śledził twoje poczynania, upewnił się, czy przypadkiem nie wybrałaś jednak tego pirata. Dawałaś jakoby powody do takich podejrzeń. A my dwoje... Wiesz przecież, że naszej wzajemnej nienawiści Najwspanialsza Cesarzowa może być pewna. Nie przewidziała tylko jednego. Nikt nie będzie bezkarnie upokarzał Demetriusza Kamaterosa! Nie w taki sposób, w jaki to uczyniła. Przeklęta kurwa, urodzona w gnoju! Zachowałem jeszcze dość wpływów, by pokrzyżować jej plany! Teraz zapłaci za wszystko!

- Co chcesz zrobić?

- A jak myślisz? Wypuszczę tę strzałę. Wypuszczę w chwili, gdy tak ona sama, jak i jej wierne okręty znajdą się w środku ognistej plamy! Niech ginie, wściekła suka! To moi ludzie zaalarmowali flotę. Jacyś zdrajcy opuścili łańcuch! Trzeba spieszyć ratować miasto! Co prawda, dowódca udał się na ląd, ale nie ma chwili do stracenia! A potem, tak jak się tego spodziewałem, nasza odważna i przebiegła władczyni ruszyła ocalić swoich żołnierzy i swoje panowanie. Dzięki temu ogień, który przygotowała, pochłonie także tę dziwkę! Następnie spłynie gnany wiatrem i ogarnie też okręty wroga. Nie uciekną, łańcuch jest podniesiony! A wiesz, co w tym wszystkim najlepsze, moja piękna Ario? - Podszedł do dziewczyny i pochylił się nad jej twarzą. - Kto będzie tym zdrajcą, który wpuścił najeźdźców do portu? Który odesłał flotę w głąb zatoki, a sam zszedł na ląd? Który spalił potem własnych ludzi i własne okręty? Nie mówiąc już o osobie Pani Połowy Świata? Twój ojciec, wielki drungarios, Nicefor Dalassen.

- Nie obchodzi mnie, co stanie się z moim ojcem, wiesz przecież!

- A powinno. Po śmierci nieodżałowanej bazylissy Damareny lud poprze zbawcę miasta, który w ostatniej chwili podniósł alarm. A twój ojciec zginie, ogłoszony zdrajcą. Co zaś do ciebie, jako córki takiego nikczemnika... Mamy pewne sprawy do rozliczenia, śliczna i dumna Ario. Tylko, że tym razem nie będziesz już godna dzielenia ze mną małżeńskiego łoża. Nie będziesz nawet godna pozycji nałożnicy. Gdy już znudzę się pokazywaniem ci twego właściwego miejsca, oddam cię stajennym albo może niewolnikom z jakiejś kopalni. Niech też zaznają trochę uciechy!

- Nie ośmielisz się! Jesteś zbyt wielkim tchórzem!

- Dość tego gadania. Już czas!

Ujrzeli, jak łódź cesarzowej przepływa przed dziobami okrętów Chrysopolis. Wyprostowana bazylissa wymachiwała ramionami i zapewne wykrzykiwała jakieś rozkazy. Pierwsze z galer zaczęły skręcać. Za późno! Tkwiły już w spływającej plamie czarnej, tłustej cieczy. Powstało zamieszanie, nie sposób w jednej chwili zawrócić floty idącej do boju!

Demetriusz odepchnął dziewczynę i przybrał odpowiednią pozycję, układając strzałę oraz naciągając cięciwę. A jednak okazał się głupcem, lekceważąc Arię. Odrzuciła własny łuk i skoczyła. W ostatniej chwili wpiła się w ramię przeciwnika. Wypuszczony pocisk nie doleciał daleko. Upadł nieszkodliwie w wodę u stóp wieży. W miejscu, do którego nie dotarła jeszcze groźna plama. Wrogowie zwarli się w walce, dziewczyna górowała zręcznością i wyszkoleniem, Demetriusz siłą. Kiedyś musiał też zapewne odebrać jakąś wojenną zaprawę. Aria zamierzała teraz dobyć sztyletu. Nie uczyniła tego wcześniej, chciała bowiem przede wszystkim zniweczyć fatalny strzał, co zresztą w pełni jej się udało, ale opłaciła ten sukces utratą równowagi. Arystokrata zdążył uchwycić w nadgarstku dzierżącą nóż rękę. Teraz to mężczyzna uzyskał przewagę, raz i drugi uderzając zaciśniętą dłonią przeciwniczki o kamienne blanki. Nie wypuściła sztyletu, ale też nie była w stanie użyć tego oręża. Jeszcze chwila, a wysunie się ze zdrętwiałych palców. Na wodach zatoki wciąż trwało zamieszanie. Cesarskie okręty zawracały, napastnicy dostrzegli już tę ucieczkę i przyspieszali, ruszając w pościg.

On sam zerwał z ramion opończę, podarunek bazylissy. Wyciągnął rękę i wepchnął kraniec materii w garnek z żarem. Kosztowna, barwiona tkanina zajęła się ogniem. Podsycił płomienie, kręcąc ramieniem dla wzięcia zamachu. Zarzucił okrycie na plecy Demetriusza. Arystokrata, bardziej nawet zaskoczony, niż poważnie oparzony, wrzasnął z bólu i zwolnił uchwyt, w którym więził dłoń Arii. Dziewczyna wbiła ostrze prosto w pierś wroga, a potem raz po raz godziła nim w szyję, tors i brzuch byłego ambasadora. Czyniła to nadal nawet wtedy, gdy upadł już na kamienie. Dzięki temu więzień zyskał czas, by sięgnąć po jedno z porzuconych łuczysk. Następnie zdołał przyciągnąć nim którąś ze specjalnie przygotowanych strzał. Pochylając się, przytknął opleciony pakułami czubek do żarzących się węgli.

- Ario! Uspokój się, Ario! On już nie żyje! Uwolnij mnie!

Spojrzał wzdłuż drzewca płonącej strzały. Cesarskie okręty zdążyły wykonać zwrot, nadal jednak pozostawały na obrzeżu plamy. W szczególności łódź patrolowa z samą bazylissą...

- Nie rób tego! - zawołała dziewczyna. - W ogóle nie wypuszczaj tego pocisku!

- Uwolnij mnie!

- Ale jak?

- Masz klucz! Dała ci go Damarena i w tym wszystkim zapomniała odebrać!

- Nie wiem... Nie strzelaj!

Ponownie ocenił sytuację. Teraz albo nigdy! Galera cesarzowej przyspieszała, jeszcze kilka pociągnięć wiosłami i opuści niebezpieczny obszar. Bazylissa wpatrywała się z napięciem w płomienie, które pojawiły się niespodziewanie na koronie wieży. Szybko wprawdzie przygasły, ale pozostała jeszcze ognista strzała! - „Ciekawe, co ona może stamtąd zobaczyć?” - Pomyślał. Wykonał salut na podobieństwo pochylenia włóczni i chwila minęła. - „A jednak, coś ode mnie dostałaś, pani. Własne życie oraz tron, jeżeli zdołasz utrzymać go w tym gnieździe żmij.”

- Nie strzeliłeś... Dlaczego, panie?

- Bo nie chciałem uczynić tego dla zemsty... A może nie pragnę, aby uznano cię za zdrajczynię i córkę zdrajcy?

- Ale ja i tak zdradziłam! Zdradzam po kolei wszystkich, na których mi zależy! Cokolwiek bym nie uczyniła, dzisiaj i tak ich zdradzę. Rodmunda albo Damarenę!

- O czym ty mówisz?

- Jak myślisz, panie, dlaczego twoja małżonka podjęła tak ryzykowny plan, skoro wiedziała, komu naprawdę służę? Z pewnością mogła przypuszczać, z czyją pomocą Rodmund ułożył całe przedsięwzięcie?

Rzeczywiście! Przecież sama nienawiść nie mogła pozbawić Rianny całego przyrodzonego jej rozumu. Nie powinna była pozwolić na ten wypad. A już na pewno nie wsiadać na jeden z okrętów. Tymczasem znak Złotego Płomienia widniał na maszcie galery księcia piratów.

- Dlaczego?

- Na rozkaz bazylissy wyznałam jej, że kocham Rodmunda i to dla niego zdradzę cesarzową. Powiedziałam, że noszę jego dziecko...

- I księżna uwierzyła w coś takiego?

- Uwierzyła... Uwierzyła, bo to prawda! Naprawdę kocham Rodmunda i naprawdę urodzę mu syna! Jako kobieta, twoja Rianna potrafi to wyczuć. Wiedziała, że w takiej sprawie nie zdołałabym jej oszukać.

- Dlaczego więc... Co ty właściwie czynisz i czego chcesz, Ario?

- Nie wiem! A ty nigdy nie pojmiesz, co niegdyś uczyniła dla mnie cesarzowa...

- A czy Rodmund wie, że zasiał w tobie życie?

- Wyznałam mu to wczoraj, a on... Obiecał, że mnie poślubi i posadzi obok siebie na tronie Chrysopolis. A nasz syn zostanie w przyszłości cesarzem. Cesarzem z rodu Dalassenów!

- A teraz ty wierzysz w takie puste słowa? To zupełne bzdury!

- Dlaczego bzdury? Nie zapominaj, kim jestem. Rodmund ma wielkie ambicje. Od dawna zamierzał zawładnąć Złotym Miastem. To dlatego wyruszył na tę wojnę. Inni książęta przysięgli uznać jego władztwo, zanim przedstawił im swój plan zdobycia Chrysopolis. Ale pojmuje, że jako obcy nigdy nie uzyska poparcia ludu i nie utrzyma się na tronie. Myślał nawet o poślubieniu Damareny, gdyby zaszła taka potrzeba, ale...

- Ale co?

- Zrozumiał, że jako małżonek Arii z rodu Dalassenów, otrzyma dużo więcej. Dużo więcej niż może ofiarować mu uzurpatorka. Nasze, moje nazwisko, wiele znaczy.

- Dlaczego więc...

- Nie wiem! Rozumiesz? Nie wiem, co mam zrobić! Ale nie chcę wypuszczać tej strzały!

- Uwolnij mnie – powtórzył.

- Nie... Nie mogę zdradzić cesarzowej... Nie we wszystkim.

- Ale to, co teraz mówisz, nie ma żadnego sensu!

Już zanim przebrzmiały te słowa, zrozumiał, że to on sam wygaduje bzdury. Kobieta miotana podobnymi uczuciami jak Aria z pewnością nie będzie kierowała się logiką wykładaną przez mistrzów starych szkół filozoficznych. Ale czyż mógł spokojnie czekać? Czekać na niepewne teraz zwycięstwo Rodmunda i ewentualne uwolnienie? A jeżeli ktoś podpali jednak wodę? Co wtedy? Teraz trafiła się wyjątkowa okazja. Cesarzowa zabrała ze sobą załogę wieży, Demetriusz musiał się co do tego upewnić, skoro przybył w pojedynkę. Oczywiście, lepiej nie mieć świadków czynów podobnych temu, którego zamierzał dokonać. Tylko ten przeklęty łańcuch, klucz do którego spoczywał przy pasie dziewczyny. Zagrozić jej strzałą? Ale jeżeli zabije Arię, to kto go uwolni? Czy zresztą naprawdę życzył jej śmierci? Skoro już o tym mowa, to nie życzył też śmierci Damarenie. Mógł wydać bazylissę na pastwę ognia, ale zawahał się... Właściwie, to niekoniecznie ucieszyłby się też z upadku cesarzowej i zajęcia tronu przez księcia piratów... Lepiej jednak samemu znaleźć się jak najszybciej poza zasięgiem jej władzy, skoro ma taką okazję... Tylko ten klucz!

Przeszyła go nagle pewna myśl. Tak, to mogłoby się udać! Zachodnie okręty porzuciły już próby ukrywania swojej obecności i szły w głąb zatoki, ścigając uchodzącą flotę cesarzowej. Jeszcze chwila i same wpłyną na zanieczyszczoną wodę. Wypadnie to nawet lepiej, niż w pierwotnym planie! Rozległa plama groźnej czerni wyraźnie odcinała się wśród odmętów. Przynajmniej dla niego, spoglądającego z dużej wysokości. Z pewnością obrońcy zdołają to wykorzystać i sami podpalą ciecz, gdy tylko nadejdzie właściwa chwila. Nie oglądając się na łucznika na wieży. Czy jednak on sam nie ryzykuje zbyt wiele? Rianna... Jeżeli coś pójdzie nie po jego myśli... Tym razem umiejętności znakomitej pływaczki na niewiele się księżnej i małżonce przydadzą...

- Jestem Panem Ognia, Rycerzem Złotego Płomienia! Ogniu, bądź mi posłuszny! - wykrzyknął z rozpaczą i wypuścił strzałę, najdalej jak potrafił.

Upadła dokładnie tam, gdzie chciał, przy północnym krańcu ciemnej plamy. Po chwili jednak wcale już nie mrocznej! Tajemnicza substancja buchnęła ogniem, który błyskawicznie się rozszerzał, ogarniając coraz większą przestrzeń zanieczyszczonej zatoki. Miejsce ciemności zajął porażający blask strzelających w górę płomieni. Wyglądało to tak, jak gdyby płonęła sama woda. Tak też musieli to widzieć żeglarze na okrętach. W wielu miejscach czerwonożółte jęzory sięgały powyżej burt. Flota nie weszła jeszcze w bezpośredni zasięg rozszalałego nagle żywiołu, wiele galer znalazło się jednak tuż przy jego krawędzi, a ognista fala, pchana wiatrem i niesiona prądem, przesuwała się w ich kierunku. Może nie z prędkością galopującego rumaka, ale jednak wystarczająco szybko, by wzbudzić grozę. Okręty zaczęły gorączkowo zawracać, powstało przy tym zamieszanie większe jeszcze, niż przy poprzednim zwrocie eskadry cesarskiej. Tu i tam galery zderzały się, sczepiały wiosłami i łamały te ostatnie. Dryfując bezradnie, stawały się łupem ognia, którego nie dawało się ugasić. Przerażeni marynarze i wojownicy szukali ratunku skacząc do wody, ale i tam najczęściej nie zdołali go znaleźć. Podniósł się krzyk, tysięczny krzyk bólu i rozpaczy. Pomyślał, że gdyby to nie on rzucił ogień, lecz uczynił to nieco później ktoś z pokładu jednego z cesarskich dromonów, skutki byłyby jeszcze straszniejsze. Wtedy nikt z tamtych nie miałby żadnej szansy na ratunek. To jednak niewiele w tej chwili pomagało. Przyglądając się upiornemu widowisku, wypowiedział, tym razem szeptem, kolejną modlitwę.

- Rianno, twoim żywiołem jest woda. Niech i ona będzie ci dzisiaj życzliwa!

Ujrzał, że najbardziej ucierpiały okręty Laguny, znajdujące się najbliżej rozszalałych płomieni. Idące bardziej na południe, w mniejszej odległości od miasta galery Rodmunda zdołały w większości wykonać zwrot, umykając ognistej burzy. Z radością dostrzegł powiewający na maszcie sztandar ze znakiem Złotego Płomienia, nadal nietknięty. Ogień okazywał posłuszeństwo swemu panu i przyjacielowi. Jak długo to jednak potrwa? Piraci uciekali w stronę wyjścia z zatoki. Tam, zanurzony tuż pod powierzchnią, czekał na nich łańcuch. Okręt zamykający uprzednio szyk, a teraz prowadzący odwrót eskadry, uderzył weń niespodziewanie pełnym pędem. Wydawało się przez chwilę, że uleci w powietrze. Tak się jednak nie stało, żelazne ogniwa rozpruły drewniane poszycie i galera pochyliła się, nabierając szybko wody. Pozostałe zwalniały, utkwiły jednak teraz w pułapce, pomiędzy groźnym łańcuchem, a jeszcze bardziej przerażającą falą ognia, nadciągającą powoli, ale nieubłaganie. Ogarniała właśnie kolejne, zapóźnione okręty spod znaku Lwa. Tu i tam, w desperacji rąbano przeszkodę toporami. Takie próby były jednak daremne, wszyscy przekonali się już o tym przy okazji poprzednich szturmów.

Czy Rianna wyjdzie z tego cało? Co się stanie, jeżeli on sam pomylił się, mimo wszystko, w swoich rachubach? Opierały się przecież na niemożliwych do przewidzenia uczuciach targanej sprzecznymi emocjami młodej kobiety! Wszystko zależało teraz od Arii!

Przez chwilę przyglądała się jak oniemiała rozgrywającemu się przed ich oczyma dramatowi. Czy groza odebrała jej zdolność działania? W końcu zareagowała.

- Co ty uczyniłeś, przeklęty głupcze! - Ruszyła w jego kierunku, opamiętała się jednak na tyle, by pozostać poza zasięgiem ramion przykutego do słupa więźnia. - Oni wszyscy zginą! Tam jest Rodmund! I twoja Rianna przecież także! Wiem, że pływa jak syrena, ale z tym ogniem nie ma szans! Zabiłeś ich, zabiłeś!

- Nie, Ario, możesz ich uratować! Możesz uratować Rodmunda!

- W jaki sposób? Mów!

- Trzeba natychmiast opuścić łańcuch! Tylko my możemy to zrobić! Nie ma tu nikogo innego.

- Nie dam rady! - zawołała rozpaczliwie. - Widziałeś przecież mechanizm! Nie zdołam wybić klinów i poruszyć koła. Są za ciężkie, jestem tylko kobietą! - Załkała, upokorzona własną słabością. Słabością nie ducha, woli czy rozumu, ale czysto fizycznymi cechami ciała, które zdradzało ją w tak ważnej chwili.

- Ale wystarczy ci siły, aby mnie rozkuć! Masz klucz! To ja zwolnię łańcuch, zrobimy to razem!

Przez chwilę obawiał się, że dziewczyna posłucha mimo wszystko instynktu i zbiegnie w dół, by spróbować samodzielnie opuścić zaporę. Wtedy wszystko byłoby stracone! Opanowała się jednak, rozum wziął górę, tak jak na to liczył. Aria potrafiła podejmować szybkie decyzje. Nie traciła przy tym czasu na żądanie złożenia nic nie wartych przysiąg czy zapewnień. Przecież wiedziała, że on chce uratować Riannę! Łączył ich w tej chwili wspólny cel.

- Dobrze! Pospieszmy się!

Zdołała uspokoić dłonie, a jej palce raz jeszcze okazały swoją zręczność. Łańcuch opadł, po raz pierwszy od wielu dni był wolny! Rzucił jeszcze okiem na zatokę, korzystając ze swego znakomitego punktu obserwacyjnego. Zagłada floty Laguny trwała w najlepsze. Wiele okrętów przysunęło się jednak do zapory, starając się odwlec chwilę spotkania z wciąż płonącym ogniem. Kilka próbowało podejść do północnego brzegu zatoki. Te ostrzeliwano gwałtownie z przeciwległej wieży. Wielki drungarios Nicefor Dalassen dobrze wykonywał powierzone mu zadanie, wbrew fałszywym oskarżeniom ambasadora Demetriusza. Obecnie już martwego, niezdolnego więc zagrozić dobremu imieniu ojca Arii.

Pobiegli w dół. Ich kroki wzbudzały głuchy pogłos w pustych pomieszczeniach wieży. Przypomniał sobie, jak uprzednio kilku rosłych gwardzistów wybijało kliny ciężkimi młotami. Czy aby na pewno zdoła zrobić to teraz sam? Czy nie oszukał mimowolnie zarówno Arii, jak i samego siebie? Teraz wszystko zależało od jego własnej siły i determinacji. Splunął w dłonie, zupełnie plebejskim gestem. Skoro jednak okazywał się skuteczny w przypadku kowala, to i księciu powinien pomóc w podobnej potrzebie. Na szczęście, nie głodzono go w niewoli, za co musiał podziękować w duchu cesarzowej. Z radością poczuł, jak potężny klin ustępuje nieco już przy pierwszym uderzeniu. Potrzebował jeszcze dwóch kolejnych, aby wypadł całkowicie. Potem przyszła pora na następne. W sumie pięć drągów. Osiemnaście uderzeń ciążącym coraz bardziej młotem. Wreszcie kołowrót został uwolniony od blokady. Teraz przydała się pomoc Arii. Dziewczyna nie miała może dość siły, by skutecznie posłużyć się ogromnym narzędziem, ale na koło naparła z całą determinacją, wspierając wspólny wysiłek. Poszło zaskakująco łatwo, poczuli drgnięcie i mechanizm ruszył. Dobrze o niego dbano, a łańcuch powinien też opaść pod własnym ciężarem. Kolejne ogniwa z chrzęstem znikały w otworze.

- Udało się! Chodź szybko na górę! Chcę zobaczyć, czy zdążyliśmy! - zawołała uradowana Aria

Pragnął z całej duszy uczynić to samo, ale nie miał czasu do stracenia. Pozostawało liczyć na to, że doświadczeni piraci Rodmunda oraz żeglarze z Laguny wykorzystają niespodziewaną szansę. Podobnie, jak i on sam swoją własną. Musiał tylko jak najszybciej pozbyć się dziewczyny. To, że wyrywała się na wieżę, ułatwiało tylko sprawę. Jej także nie miałby serca zabić, o ile w ogóle zdołałby to uczynić.

- Wybacz, szlachetna Ario Dalasseno, ale pragnę poprosić o pozwolenie odejścia i opuszczenia twojego towarzystwa. – Skłonił się dwornie, wypowiadając te słowa.

- Jak to? Co chcesz zrobić? Zamierzasz po tym wszystkim tak po prostu odejść?

- Nie zapominaj, że w Chrysopolis jestem więźniem. Obecnie zbiegłym więźniem. - Na wszelki wypadek ujął mocniej rękojeść młota, gdyby dziewczynie przyszedł do głowy niedorzeczny pomysł podjęcia próby zatrzymania uciekiniera. Obawiał się jednak niepotrzebnie. - Gdzieś tutaj musi być przejście na przystań, tam znajdę jakąś łódź. Ogień nie sięga samej podstawy wieży, a zresztą wiatr znosi go już na pełne morze. W tym zamieszaniu nikt nie zwróci na mnie uwagi.

- Ale co ja powiem bazylissie?

- Powiesz, że Demetriusz zdradził, co jest zresztą prawdą. To on wydał flocie fałszywe rozkazy, przygotował spisek i zamierzał zamordować Panią Połowy Świata, by zająć jej miejsce. To ty temu zapobiegłaś, zabiłaś niegodziwca i w decydującej chwili wypuściłaś strzałę. Uratowałaś miasto, panowanie Damareny i samą cesarzową. Staniesz się bohaterką.

- Czy myślisz, że ktoś w to uwierzy?

- Dlaczego nie, skoro to w dużej części prawda? Ja też będę tak twierdził. Wolę, by nikt nie poznał mojej roli w tych wydarzeniach, nawet Rianna... A właściwie, zwłaszcza ona... Co do cesarzowej, to waszej wzajemnej nienawiści z Demetriuszem zawsze mogła być pewna. I nawet wielokrotnie ją wykorzystywała. - Tu pomyślał z pewnym współczuciem o sytuacji Damareny, która takimi oto metodami zmuszona była upewniać się o wierności swoich sług. Nic dziwnego, że wyobrażała sobie zbyt wiele, czytając nierozsądne wiersze pewnego cudzoziemskiego księcia.

- A twoja ucieczka?

- Zwalisz ją na Demetriusza. Podobnie jak opuszczenie łańcucha i wszystko inne, cokolwiek mogłoby się jeszcze okazać. Nie wątpię, że sobie poradzisz.

- A Rodmund... Co ja mu powiem... O ile kiedykolwiek znajdziemy jeszcze okazję do rozmowy.

- Z pewnością zdołał się uratować. Tylko dzięki temu, że ognia nie rzucono kilka chwil później, a ty otworzyłaś potem wyjście z zatoki. Stracił niewiele okrętów, to Laguna ucierpiała najbardziej. Nie sądzę, by akurat ta okoliczność mocno zmartwiła księcia piratów. Jeżeli nie jest głupcem, a nigdy go za takowego nie uważałem, to zrozumie, co możesz mu ofiarować. W łożu i nie tylko tam. Przekonasz się, że doceni tak jedno, jak i drugie. Poradzisz sobie – powtórzył.

- Ale przecież teraz nie będę mogła pokazać się w obozie.

- Ja nie zdradzę twojej podwójnej roli. Rianna także nie. Myślę, że mogę zapewnić o tym w jej imieniu. Zwłaszcza, gdy usłyszy o waszych planach obalenia Damereny, bo przecież takowe posiadacie. A przynajmniej zamierzasz dopomóc w tym Rodmundowi. Nie będę też angażował się teraz zbytnio w dalsze walki. Osiągnąłem już to, po co tu przybyłem.

- Cóż takiego, książę?

- Zostałem Panem Ognia, a także... Dostąpiłem zaszczytu ucałowania stóp Pani Połowy Świata.

- A więc jednak – zawołała z nagłą złością. - Jednak cię złamała, tylko dlaczego... Ach, to z tego powodu właśnie tobie chciała pozwolić rzucić ogień!

- To były stopy przyszłej Pani Połowy Świata, piękna Ario. To mi wystarczy, podobnie jak powinno wystarczyć tej damie. Ale to też zachowajmy lepiej w tajemnicy.

- Mamy wiele tych wspólnych tajemnic, książę.

- Nie powiększajmy więc ich liczby. Czas na mnie, a ty z pewnością pragniesz ujrzeć nietknięty okręt Rodmunda.

- Na jego pokładzie przebywa też twoja żona... Ale, ale... Zamierzasz uciekać całkowicie nagi?

- Miałem tylko tamtą spaloną opończę. Myślę jednak, że lepiej już wyjdę na tym wszystkim wzbudzając nawet sensację nagością, niż gdybym pojawił się w obozie w takim okryciu. Zwłaszcza wobec nieuniknionego wzburzenia obecnymi wypadkami mojej pani i małżonki.

- Może masz i rację. Żegnaj książę!

Ruszyła pospiesznie po schodach, zatrzymała się jednak tuż przed otworem w sklepieniu, wiodącym na wyższy poziom budowli.

- Dziękuję, że wtedy spełniłeś moją prośbę. Wiedz, że gdy będę kiedyś udzielała ci oficjalnej audiencji, zwolnię cię ze składania takiego hołdu.

- Dlaczegóż to?

- Wprawdzie z zadowoleniem pomyślałabym wówczas, że może czynisz to z przyjemnością, ale jednak nie odważyłabym się w takim wypadku zaprosić was na mój dwór. Nie zamierzam robić sobie wroga z kogoś takiego, jak księżna Dalekiej Północy.

Wypowiedziawszy te świadczące o głębokiej mądrości słowa, przyszła Pani Połowy Świata zniknęła w przejściu. Kto wie? Może i naprawdę zrealizuje swoje ambicje? Siły woli, inteligencji oraz motywacji z pewnością jej nie zabraknie. Okazji także pewnie nie. A on nie zmierzał w tym przeszkadzać. Ani Arii, ani nawet Rodmundowi. Z księciem piratów wyrównał zresztą rachunki. Z drugiej strony, Damarena nie okazała się jedynie sprytną i rozpustną ladacznicą, jak przedstawiali ją liczni wrogowie. W decydującej chwili potrafiła podejmować szybkie decyzje, nie bacząc przy tym na własne bezpieczeństwo. I czuła się odpowiedzialna za swoich ludzi. Przynajmniej tych niżej urodzonych, którzy okazywali chyba większą wierność. Zapowiadała się ciekawa rozgrywka, ale lepiej przyglądać się jej z daleka. Musi jeszcze tylko przekonać Riannę, że czas kończyć tę wojnę, wracać do własnych spraw, zamiast pchać głowy do gniazda węży i skorpionów. Niech same raczą się swoim jadem.

Ach, pora jeszcze zrealizować ostatnią, drobną zachciankę. Drobną, ale ważną dla świeżo ustanowionego Pana Ognia. Ponownie zważył w ręku młot. Odzyskał już chyba siły? Odnalazł właściwe drzwi, nie zapomniał o splunięciu w dłonie. Ten gest nawet mu się spodobał. Chyba okaże się pomocny także przy pracy wiosłami, która to czynność niewątpliwie czeka go w najbliższej przyszłości. Tym razem potrzebował aż sześciu uderzeń, ale zamek w końcu ustąpił.

- Mistrzu Leonie, bo tak cię, panie, zwą. Myślę, że zechcesz mi towarzyszyć.

- Panie?

- Tutaj uznany zostaniesz za zdrajcę, który uczestniczył w spisku arcyłotra Demetriusza Kamaterosa. Ten łajdak zamierzał wydać miasto najeźdźcom, spalić flotę i samą osobę Pani Połowy Świata. Współpracowałeś z nim, przygotowując tę ognistą pułapkę, tak więc nie zdołasz się wyprzeć.

- Czyniłem to na rozkaz samej Najjaśniejszej Bazylissy!

- Czy myślisz, panie, że ona zechce o tym pamiętać, jeżeli z takich czy innych powodów nie uzna tego za potrzebne? Demetriusz już dał głowę.

- Cóż mam więc zrobić, panie? Nie znam się na dworskich intrygach. Jestem człowiekiem ksiąg i wiedzy!

- Miło mi to słyszeć. To samo mogę powiedzieć o sobie. Z konieczności muszę jednak zajmować się także polityką. Dlatego podsunę ci wyjście z tej przykrej sytuacji. Zdrajca Demetriusz zginął, ty zaś, jego wspólnik - może nieświadomy - przeraziłeś się i uciekłeś.

- Ale jak i dokąd?

- Z racji obowiązków na pewno znasz tu jakieś przejście na przystań. A dokąd... Zapraszam cię, panie, do mojej Lutecji. Ja również interesuję się ogniem.

Komentarze

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany