Opowiadanie użytkownika Nefer

Ogień i lód (Sługa płomieni 2)

local_library10 comment0 thumb_up0
22-02-2018 15:53

 Kruk, nowy koń księżnej, prezentował się znakomicie w ostrym świetle poranka na zaśnieżonym dziedzińcu. Nieskazitelnie czarnej maści, z kształtną, dużą głową osadzoną na umięśnionej szyi, szeroką piersią i zadem oraz masywnymi, znamionującymi siłę i wytrwałość nogami, nie pozbawionymi jednak pewnej gracji gdy niecierpliwie uderzał dużymi kopytami o zalodzone kamienie podworca, wydawał się ucieleśnieniem nieposkromionej potęgi oraz piękna natury.

Dostojna Rianna potrafiła jednak tę potęgę okiełznać, dosiadając i prowadząc ogiera bez widocznego wysiłku, przy czym właściwie nie używała w tym celu narzędzi swojej władzy nad zwierzęciem: wędzidła, ostróg czy szpicruty. Wystarczała wola amazonki, nacisk ud, pośladków i kolan oraz dotyk okrytych skórzanymi rękawiczkami dłoni, zarazem swobodnie dzierżących wodze jak i udzielających od czasu do czasu nagrody w postaci delikatnej pieszczoty szyi szlachetnego wierzchowca.

Jeśli natomiast chodzi o piękno, to Kruk znalazł godną rywalkę w osobie samej księżnej. Smukła sylwetka pani Rianny, odzianej w krótkie, obcisłe futro z białych skórek lisa śnieżnego oraz w takąż czapkę, kontrastowała z karym umaszczeniem rumaka, chociaż dama siedziała w siodle tak pewnie, że zdawała się wręcz zrośnięta z wierzchowcem. Twarz władczyni rozjaśniał dodający jej uroku szczery uśmiech, obejmujący zarówno usta jak i oczy. Niestety, kierowała go raczej ku zwierzęciu niż stojącemu obok małżonkowi.

Jedynymi ciemnymi elementami stroju księżnej były rękawiczki oraz wysokie buty, które często omiatał wzrokiem, przyglądając się z dumą swojej pięknej pani. Kosztowny, biały kubrak nie wydawał się najlepszym wyborem na polowanie, podczas którego futro łatwo mogło zostać zbrukane posoką, szlachetna Rianna miała jednak zapewne swoje powody, uwielbiała zaskakiwać oraz wyróżniać się spośród wszystkich. W kwestii doboru strojów nigdy nie próbował z żoną dyskutować. Dała mu zresztą do zrozumienia, że to wszystko na jego własną cześć, co powinien docenić, zwłaszcza nałożenie wysokich butów na wąskich, metalowych obcasach. Toteż doceniał z prawdziwą przyjemnością.

Zamierzali ponownie zapolować na jelenia, który wymknął się pani Riannie przed trzema dniami. Wspaniałe zwierzę uratowało wówczas nagłe rozpętanie się burzy śnieżnej, która trwała długo i zakończyła się dopiero po dwóch dobach, około południa. Księżna nigdy jednak nie rezygnowała i pomimo dobrej pogody postanowiła nie zadowalać się obecnie pośledniejszymi okazami. Pozostała więc na zamku jeszcze jeden dzień, podczas gdy rozesłani na wszystkie strony podwładni łowczego szukali tropów. Czas oczekiwania na ustanie zadymki umilała sobie towarzystwem małżonka, a gdy wiatr przegnał w końcu chmury - zapoznawaniem się z Krukiem. Ogiera sprowadzono bowiem przed końcem dnia, w którym śnieg przestał wreszcie padać. Zamierzał ofiarować żonie konia jak najszybciej, ale nie chciał, by jego ludzie ryzykowali przedzierając się przez śnieżycę. Stracił zresztą natychmiast pierwsze miejsce na liście obiektów zainteresowania szlachetnej pani, co jednak wynagrodziła mu szczodrze w nocy... Tymczasem tropicielom dopisało szczęście i teraz wszyscy szykowali się o poranku do wyruszenia na łowy. Co prawda, pogoda nie wydawała się już tak dobra, znowu zbierały się chmury, ale przecież księżna nigdy nie rezygnowała z własnych planów... A on występował tutaj w charakterze swego rodzaju gościa...

Mógł przynajmniej do woli nacieszyć oczy widokiem pani Rianny. Zechciała nawet przyjąć jego pomoc przy dosiadaniu Kruka. Złożył ręce, na których wsparła stopę, a on wybił ją w górę, dzięki czemu żona zręcznie wskoczyła na siodło. Z pewnością zdołałaby uczynić to sama, pomimo tego, iż ogier dorównywał w kłębie wzrostowi przeciętnemu mężczyźnie, tym bardziej docenił więc gest małżonki. Chętnie ucałowałby czubek jej tkwiącego w strzemieniu buta, starali się jednak unikać zbędnej ostentacji w tej bardzo zaściankowej części księstwa. Zadowolił się podaniem szpicruty, którą przejął z rąk jednego ze stajennych przytrzymujących konia. W chwili gdy uchwyciła rączkę tego przyrządu ich spojrzenia spotkały się przelotnie, a w oczach Rianny dostrzegł niespodziewanie nagły chłód lodu.

- Witaj, piękna kuzynko. I ty także, książę Bastianie.

Drgnął, usłyszawszy te wypowiedziane pewnym, szczerym tonem słowa. Odwrócił się i ujrzał dosiadającego siwej klaczy mężczyznę na granicy młodości oraz wieku średniego, odzianego w szary kubrak z futra królika. Czy koniecznie musiał wybrać kurtę myśliwską podobną akurat do jego własnej? Oprócz szerokiego uśmiechu i męskiej sylwetki uroku dodawały przybyszowi niebieskie oczy oraz niesforne blond włosy, wymykające się spod również futrzanej czapki. No tak, wczoraj wieczorem do łowieckiej gromady dołączył jarl Brion, krewny księżnej Rianny. Wspomniała, że zaprosiła dalekiego kuzyna przez uprzejmość oraz wzgląd na dobre maniery, ale ani nie życzyła sobie, ani też nie spodziewała się jego przybycia. Tym niemniej, nie pozostawało teraz nic innego jak udawać zadowolenie z obecności gościa. Może zresztą księżnej przychodziło to z większą łatwością, niż twierdziła? Brion był niewątpliwie przystojny i wydawał się niegłupi. A zaproszenie wystosowano w czasie trwania przezwyciężonego dopiero niedawno ochłodzenia stosunków monarszej pary...

- Liczę, że dzisiejsze polowanie zadowoli twoją myśliwską pasję, kuzynie. Chętnie przyjmę też rywalizację.

- Piękna pani, ja również życzę powodzenia. Wobec takiej łowczyni, może nawet wolałbym stać się ofiarą...

- Zamierzamy zapolować na jelenia, jarlu. Ten byk powinien zaspokoić ambicje nas wszystkich. - Uznał za stosowne przypomnieć o swojej obecności.

- W takim razie, nie pozostaje mi nic innego, niż wykazać się na łowach i ubić króla puszczy, książę Bastianie. - Brion mocniej uchwycił drzewce dzierżonego w dłoni oszczepu. - Widzę jednak, że spotkała cię jakaś niemiła przygoda? - Niedbałym ruchem grotu wskazał pręgę, wciąż jeszcze widoczną na policzku rozmówcy. Pręgę pozostawioną trzy dni temu przez szpicrutę pani Rianny.

- Ćwiczyliśmy konie i ścigaliśmy się w lesie. Zdołałam wyprzedzić mego małżonka, a może to on dwornie mi na to pozwolił, dość, że nie odpłaciłam się równą uprzejmością. Jakaś odchylona gałązka trafiła księcia w twarz. Niestety, nie jestem damą z Południa, zasłużył jednak na swój los w obydwu przypadkach, zarówno jako przegrany, albo też jako zbyt szarmancki, nieuczciwy współzawodnik! Czas jednak ruszać. Zechcesz dosiąść swego wierzchowca i dać sygnał do rozpoczęcia łowów, Bastianie?

- To twój przywilej, Rianno.

Skinął na stajennego, by podprowadził dlań konia. Ogiera tej samej rasy co kary księżnej, ale gniadego i rodzimej hodowli, bez domieszki południowej krwi, co objawiało się nieco krótszymi nogami oraz pęcinami. Odrzucił pomoc i sam wspiął się na siodło, pod uważnym spojrzeniem jarla Briona. Nie dorównywał może żonie w umiejętnościach jeździeckich, bo nie było prawdą, że celowo dał jej wygrać podczas istotnie odbytej wczoraj gonitwy, ale radził sobie całkiem nieźle. Tymczasem księżna przyzwała głównego łowczego.

- Zaczynajmy, stary przyjacielu.

- Rianno, to znaczy Szlachetna Pani, wszystko przygotowano zgodnie z Twoimi rozkazami. Możemy ruszać.

Doświadczony mistrz łowów uniósł do ust pięknie okuty mosiądzem róg i zagrał kilka taktów sygnału oznaczającego rozpoczęcie polowania. Wypadli przez bramę zamku i wkrótce rozsypali się w luźną gromadę, na której czele podążał łowczy z następującą mu na pięty księżną. Zapewne chętnie wysforowałaby się do przodu, ale to stary myśliwy kierował tropicielami i otrzymywał najnowsze raporty o miejscu przebywania zwierzyny. Psów nie zabrali, w dość głęboko zalegającym świeżym śniegu nie na wiele by się zdały. Ten sam śnieg ujawniał jednak bezlitośnie trop samotnego jelenia, bez wątpienia króla puszczy i obiektu dzisiejszego polowania. Z pewnością tym razem nie ujdzie swemu losowi, oczywiście, o ile pogoda się utrzyma.

Z niepokojem spojrzał w niebo, na którym pojawiało się coraz więcej chmur. Będą musieli się pospieszyć. Z tą myślą ruszył w las, starając się dotrzymać kroku małżonce. Szlachetna pani Rianna jak zwykle zatraciła się wkrótce w radości łowów, szalonej jeździe leśnymi bezdrożami, pędzie wiatru, poczuciu siły i niezależności, które dawało jej zawsze panowanie nad dzielnym rumakiem. A dzisiaj takiego właśnie dosiadała, z niezrównaną zresztą wprawą. Nic dziwnego, że w takich warunkach niełatwo było utrzymać się w szpicy polowania i on także nadążał z pewnym trudem. Myśliwski orszak rozciągał się coraz bardziej, gdy poszczególni jeźdźcy, mniej obyci z końmi lub dosiadający gorszej klasy wierzchowców zaczęli zostawać w tyle. Łowczy od czasu do czasu wygrywał kolejne sygnały, wskazujące kierunek ucieczki zwierzyny oraz posuwania się głównej gromady. Czynił to jednak niezbyt często, jak gdyby wcale nie zależało mu na skupieniu polowania. Może nie chciał, by ktoś przypadkiem uprzedził księżną przy zadaniu pierwszego ciosu? Starając się nie odstawać za małżonką, z satysfakcją zauważył, że irytujący jarl Brion także zagubił się gdzieś na tyłach i zniknął wśród pozostawionych za plecami drzew oraz zarośli.

Niestety, on sam również zaczął mieć kłopoty. Zawsze wiedział, że nie jeździ konno równie dobrze jak pani Rianna, stary łowczy czy kilku innych towarzyszących im nadal uczestników polowania. Ostatni dowód otrzymał nie dalej jak wczoraj, ale akurat dzisiaj mogło to okazać się kłopotliwe i upokarzające. Na szczęście księżna zauważyła nieobecność małżonka u swego boku i także pozostała nieco z tyłu. Uczyniła to celowo, co do tego nie miał żadnych wątpliwości

- Nie odstawaj z mojego powodu – wydyszał ze złością. - Zwierzyna nie może ci uciec!

- O nie, mój panie. Dostaniemy tego jelenia razem albo wcale!

Gniadosz, jak gdyby rozumiejąc potrzebę jeźdźca, wytężył siły i pogalopowali za Rianną przez las. Szpica orszaku zagubiła się jednak gdzieś wśród drzew, łowczy przez dłuższy czas nie dawał kolejnych sygnałów. Czyżby i on zatracił się w ogniu polowania do tego stopnia, że nie zauważył, iż z gromady odpadła również sama księżna? Wśród tych ludzi Północy, dumnych i niezależnych, kochających łowy, walkę i konie byłoby to zupełnie możliwe. Szlachetna pani Rianna mogłaby wybuchnąć z tego powodu gniewem ale najpewniej wybaczyłaby staremu słudze, rozumiejąc oraz podzielając jego emocje. Wreszcie rozległ się głos rogu, jednak gdzieś daleko, z boku.

- Musimy zmienić kierunek, jechać w tamtą stronę! – zawołał do żony.

- Nie, znam te lasy! Dolina zwęża się przed nami i wszyscy mogą podążać tylko w jedno miejsce. Jeleń także. Ruszymy tam na skróty i dostaniemy go pierwsi, bez niczyjej pomocy. We dwoje, pan i pani Północnej Krainy!

Jej oczy rozbłysły, gdy wypowiadała te słowa i wskazywała kierunek oszczepem. On sam także poczuł podniecenie. Jak pięknie byłoby utrzeć nosa temu aroganckiemu jarlowi! Kto wie, czy Rianna celowo nie zaplanowała takiego właśnie przebiegu polowania do spółki z łowczym? Wydawała się zdolna do podobnego podstępu. Chmury wyraźnie gęstniały, zapowiadając kolejne opady, może nawet śnieżycę, ale w tej chwili wcale się tym nie przejmował. Muszą się pospieszyć!

Ponownie pognali przez zaśnieżony las, szybciej, szybciej. Nie zwracali już uwagi na coraz słabsze sygnały starego myśliwego. Gniady ogier dobywał z siebie wszystkich sił. Ale ostatecznie to pierwotne moce natury raz jeszcze okazały się górą, zaczął bowiem padać śnieg... Początkowo drobny, niemal niezauważalny. Wkrótce jednak zgęstniał, stał się dokuczliwy przy tak gwałtownej galopadzie, ciął po twarzy, ograniczał widoczność. Gdzieś daleko kolejny raz zagrał róg, teraz na wyczuwalnie inną nutę, wydając serię charakterystycznych dźwięków. Ogłaszał jednak nie powalenie zwierzyny lecz koniec polowania. Znowu się nie udało! Rianna zatrzymała Kruka, on sam po chwili dogonił żonę.

- Musimy wracać, moja pani. Dostaniemy tego jelenia innym razem.

- Nie, pojedziemy dalej, mój panie!

Obawiał się właśnie takich słów, jego pani i małżonka nie znosiła porażek.

- To nie ma sensu, wkrótce rozpęta się prawdziwa zadymka, konie są zmęczone, wszyscy zawracają, nie znajdziemy już żadnych śladów. To może być niebezpieczne.

- Nie boję się niebezpieczeństw!

- Rianno, pomyśl jednak, gdy zorientują się, że nie wróciliśmy, zaczną nas szukać... Ryzykując własnym życiem... Czy tego właśnie chcesz?

- Zanim zauważą naszą nieobecność minie sporo czasu, poszukiwania wcale nie ruszą tak szybko!

- Ale jednak, narazimy ludzi na niebezpieczeństwo. Dla zaspokojenia naszego kaprysu...

- Tutejsi potrafią zadbać o siebie, ja także. Ruszajmy naprzód!

- Nawet ten okaz nie jest wart niczyjego życia, pewnie zresztą i tak już go dzisiaj nie dostaniemy.

- Nie chodzi tylko o byka... Chcę jechać dalej i życzę sobie, byś mi towarzyszył. To rozkaz, Rafenie! Okażesz nieposłuszeństwo swojej Pani?

- Szlachetna Rianno...

- Ruszamy, Rafenie. Trzymaj się blisko, nie zabłądzimy. Naprawdę, dobrze znam te lasy.

Dwukrotnie nazwała go imieniem które przybrał kilka dni temu wcielając się w postać jej sługi. Spędzili następnie wieczór, który obojgu dostarczył niezapomnianych wrażeń i doprowadził do przełamania lodów skuwających od pewnego czasu ich miłość. Czyżby księżna zamierzała podjąć tę grę na nowo? To nie mógł być przypadek. Czując narastające podniecenie, nieporównywalne z ekscytacją łowami na najwspanialszego nawet jelenia, podążył za małżonką, czy może raczej obecnie panią i władczynią. Zwolniła teraz tempo, oszczędzając konie. Posuwała się jednak pewnie i bez wahania, musiała istotnie niejeden już raz galopować po tej kniei. Nadążał bez trudu, zastanawiając się w duchu, jaki też kaprys kieruje w tej chwili panią Rianną. Bo szanse na dopadnięcie i powalenie byka wydawały się przy tej pogodzie znikome. Nie minęło jeszcze południe, ale już zrobiło się zauważalnie ciemniej. Niesiony wiatrem śnieg zasypywał wszystkie ślady. Raz czy drugi usłyszeli jeszcze bardzo już słabe i odległe sygnały rogu, wzywające myśliwych do powrotu. Po pewnym czasie teren zaczął się wyraźnie podnosić, zbliżali się do pierwszych skalnych urwisk wyznaczających granicę właściwych, dzikich gór. Księżna nie straciła jednak pewności i nadal podążała ku sobie tylko wiadomemu celowi. Nazwała go Rafenem... Czy tylko po to, by skłonić do podporządkowania się jej woli, czy też może zapragnęła w tych dzikich ostępach raz jeszcze zabawić się w panią i sługę? Takie myśli musiały pobudzać.

Okazało się, że pomimo śniegu i słabej widoczności Rianna nie zgubiła drogi. Przejechali ostrożnie wzdłuż krawędzi wysokiego urwiska, to były już prawdziwe góry, by następnie wjechać w coś w rodzaju niewielkiej kotliny. Uczyniło się spokojniej, w tym osłoniętym miejscu wiatr niemal ustał, nawet śnieg wydawał się mniej gęsty. Nastała tylko mroczniejsza nieco poświata, chociaż do zmierzchu wciąż było jeszcze daleko. W słabym świetle dostrzegł chatę, przytuloną do stromego, porośniętego świerkami zbocza. Wydawała się solidnie zbudowana z grubych pni drzew, zdolna oprzeć się podmuchom każdej nawałnicy oraz podstępnym uderzeniom mrozu. Umieszczony w centralnej części stromego dachu otwór, osłonięty odrębnym okapem, sugerował istnienie paleniska oraz możliwość rozniecenia ognia.

- Jesteśmy na miejscu, Rafenie.

Pomimo tych słów księżna nie spieszyła się by zsiąść z konia. Spoglądała tylko znacząco na męża lub sługę w jednej osobie. Domyślił się, o co może jej chodzić i sam zapragnął rozstrzygnąć dręczące go pytanie. Zeskoczył z grzbietu gniadosza i zbliżył się ostrożnie do Kruka. Rianna uspokajająco poklepała konia po szyi.

- Dostojna Pani, czy pozwolisz sobie pomóc?

- Tak, Rafenie. Chętnie skorzystam z twojej pomocy.

Upadł na kolana w sięgającym powyżej kostek śniegu i przywarł ustami do czubka prawego buta władczyni. Tutaj nie musiał się krępować.

- Na to nie pozwoliłam, sługo. Może jednak daruję ci tę bezczelność, jeżeli zdołasz zadowolić swoją panią. Ale nie traćmy teraz czasu, musimy zająć się końmi.

Ponaglony tymi słowami pochylił głowę, a szlachetna Rianna zaszczyciła go, wspierając stopę na karku i zsiadając w ten sposób z grzbietu swego rumaka. Teraz już wiedział, podjęła grę!

Mówiła jednak prawdę o tym, że w pierwszej kolejności należało oporządzić zdrożone zwierzęta. W tej sprawie nie mogło być tutaj, w zaśnieżonej kniei, rozróżnienia pomiędzy księżną i panią oraz jej mężem, księciem czy też sługą. Liczyło się tylko to, że oboje potrafili zrobić, co należy. Rozsiodłali wierzchowce i zaprowadzili je na osłonięte tyły chaty, w miejsce okryte wystającym okapem dachu oraz dobrze osłonięte od wiatru. Przy ścianie umocowano tu nawet żłoby. Znalezionymi w domostwie wiechciami słomy wytarli do sucha boki koni, przykryli ich grzbiety derkami, które ktoś przewidująco również pozostawił tuż za progiem. Rzucili zwierzętom nieco siana. Na wodę będą musiały chwilę poczekać, trzeba najpierw rozpalić ogień i wytopić ją ze śniegu. I tak zresztą wydawały się zbyt rozgrzane, by je w tej chwili poić. Gdy ochłoną, dostaną także ziarno. Na koniec musieli jeszcze solidnie przywiązać obydwa ogiery w możliwie dużej odległości od siebie, Kruk przejawiał bowiem wobec towarzysza zamiary niedwuznacznie agresywne. Wszystkie te czynności wykonali w milczeniu, nie potrzebowali słów, by się porozumieć. Normalna rozmowa mogłaby nadto zepsuć nastrój chwili ustanowiony sceną zsiadania dostojnej księżnej z konia, podczas gdy na dworne zabawy nie było tu miejsca i czasu.

Ten znalazł się dopiero wówczas, gdy oporządzone już konie skubały siano i odpoczywały, a oni weszli do chaty, której wnętrze z trudem rozjaśniała poświata wpadająca przez uchylone drzwi oraz otwór w dachu. Pod jedną ze ścian dostrzegł ciężką ławę oraz prymitywne ale solidnie zbite siedziska. Zauważył też starannie zwinięte oraz złożone w kącie całkiem porządne derki i skóry. Obok umieszczono kilka koszyków. W palenisku piętrzyły się szczapy drewna.

- Rozpal ogień, Rafenie. Będziemy potrzebowali ciepła i światła, a w tym jesteś naprawdę dobry.

Pomiędzy zgromadzonymi polanami dostrzegł hubkę i krzesiwo, co właściwie wcale go nie zaskoczyło. Trafili zapewne do jednego z górskich schronisk-szałasów, które miejscowi starali się zawsze zaopatrzyć w drewno na opał i może też w jakieś trwałe wiktuały, a zapasy te zobowiązany był w miarę możliwości odnowić każdy korzystający z przymusowej zazwyczaj gościny. Oddał się ulubionemu zajęciu rozniecania ognia i wkrótce wpatrywał się rosnące płomienie. Wyszedł też na zewnątrz i zebrał pospiesznie spory zapas gałęzi, zwalił je tuż za progiem. Z własnej inicjatywy zaczerpnął śniegu do znalezionego wiadra i zawiesił je na trójnogu ustawionym nad paleniskiem. Wkrótce tak oni sami, jak i konie będą mieli wodę... Tymczasem pani Rianna grzebała w znalezionych koszach. Okazało się, że zawierały prawdziwe cuda: chleb, zimne mięso w kilku gatunkach, sery, jakieś zmarznięte nieco warzywa i owoce. Do tego talerze, sztućce i nawet dwa kielichy! No tak, dostrzegł teraz również pękatą flaszę... Czyżby mieli tu także wino? To nie mógł być w żadnym razie przypadek, z pewnością tego wszystkiego nie pozostawił żaden przygodny, zbłąkany pasterz czy myśliwy. Szlachetna pani osobiście rozstawiła naczynia oraz wiktuały na ławie, wydawało się to wprawdzie zadaniem raczej dla sługi, zapewne nie potrafiła się jednak powstrzymać, a widok zdumienia na twarzy męża musiał sprawić jej satysfakcję.

- Mówiłam, że znam te lasy i potrafię zadbać o siebie... A także o tych, którzy wiernie mi służą, Rafenie.

- Dostojna Pani, jestem pod wrażeniem. Wspaniały podstęp, doskonale to wszystko zorganizowałaś.

- Uznałam za potrzebne zrewanżować się pewnemu poecie, który ostatnio podszedł mnie w tak sprytny sposób. Przynajmniej raz ten dureń zarządca stanął na wysokości zadania... - Z uśmiechem nawiązała do niedawnych wydarzeń. - Nie stój jednak jak słup, sługo. Twoja pani ma ochotę napić się wina i spożyć posiłek. - To mówiąc znacząco uderzyła kilka razy stopą, a raczej podeszwą buta o ziemię, okazując niecierpliwość oraz przypominając mu o jego pozycji i obowiązkach.

Zasiadła za stołem a on, czując narastające podniecenie, wcielił się w rolę cześnika i krajczego dostojnej księżnej w jednej osobie. Wino nalał i podał na kolanach. Przyjęła kielich wdzięcznie, upiła odrobinę, po czym pozwoliła mu wstać i przygotowywać kolejne potrawy na jej talerzach. Jadła całkiem sporo, najwidoczniej galopada po lasach wzmogła apetyt szlachetnej Rianny. Wypiła też dwa kielichy trunku, który wzbudził rumieńce na policzkach damy. Widząc to wszystko, sam zaczął odczuwać narastający głód. Niemożliwe, by o tym nie wiedziała. Nie ośmielił się przerwać ich gry, a ona zdawała się celowo przeciągać spożywanie posiłku, czerpiąc wyraźną przyjemność z drażnienia niezaspokojonego poddanego. Wreszcie odsunęła ostatni talerz i zażądała kolejnego kielicha, który ponownie podał na kolanach z czołobitnym szacunkiem. Miał nadzieję...

- Może chciałbyś o coś poprosić, Rafenie?

- Tak, Dostojna Pani, w istocie... Czy raczyłabyś zezwolić, aby Twój sługa także skorzystał z resztek tego posiłku?

- Wiesz, w jaki sposób tutejsi panowie z zapadłych zamczysk i dworów karmią swoją czeladź? Rzucają im resztki jedzenia na klepisko, bym tam walczyli o nie z psami, ku uciesze gospodarza. To jeszcze bardzo barbarzyńska kraina. Tutaj nie mamy psów, ale mogłabym wstać z tego siedziska i przydeptać jakieś potrawy podeszwą buta lub obcasem. Co ty na to Rafenie? - Ujęła w dłoń kęs pieczonej piersi kurczęcia na zimno i udała, że zamierza cisnąć nim o ziemię. - Obawiam się jednak, że pobyt w stolicy zmiękczył moje obyczaje i nie miałabym obecnie ochoty na obserwowanie takiej uczty. Możesz zjeść ze stołu, sługo. - Odłożyła mięso na talerz.

Skwapliwie skorzystał z zaproszenia, tym bardziej, że pani pozwoliła także by usiadł w jej obecności. Okazała nawet szczególną łaskę i rozkazała napełnić drugi kielich, gdy ponownie dolewał wina. Zarówno jedzenie jak i trunek smakowały wybornie, nic dziwnego zresztą, skoro pochodziły prosto z książęcych piwnic i kuchni.

- Dziękuję, Szlachetna Pani Rianno. - Ośmielił się odezwać gdy zaspokoił głód i wstał.

- Sądzę, Rafenie, że inny rodzaj podziękowania sprawiłby nam obojgu o wiele większą przyjemność – zawiesiła głos.

Upadł na kolana i przywarł ustami do czubka jej buta, wysunęła bowiem nieco jedną ze stóp. Adorował w ten sposób swoją panią i księżną przez dłuższą chwilę, zlizując krople wody i resztki śniegu oraz chłonąc zapach skóry. Podniecenie narastało. Wreszcie odepchnęła lekko jego głowę i usta.

- Idź napoić oraz nakarmić konie, Rafenie. I nabierz też nowego śniegu. Mam jeszcze pewne plany, zanim nastanie noc.

Słowa dostojnej Rianny pobudziły go tym bardziej. Pospiesznie wykonał polecenie, zastanawiając się, co też wymyśliła jego pani i małżonka, to znaczy obecnie pani i władczyni. Gdy umieścił pełne śniegu wiadro nad ogniem, dopiła kielich.

- Mam ochotę na spacer po lesie, Rafenie. Życzę sobie, abyś towarzyszył swojej księżnej - zadysponowała, wstając zza stołu.

- Oczywiście, Szlachetna Rianno.

- Chodźmy więc. I weź to. - Pochyliła się, po czym rzuciła w jego stronę niewielką skórę młodego dzika wybraną spośród innych złożonych pod ścianą.

Na zewnątrz wyraźnie się już ściemniło. Zbliżał się szybki, zimowy zmierzch, przyspieszony jeszcze przez śnieżycę. Przynajmniej w tej zacisznej kotlinie wiatr i zadymka dokuczały w niewielkim stopniu. Zrobiło się jednak zdecydowanie chłodniej, śnieg skrzypiał pod podeszwami butów. Jak to dobrze, że mieli schronienie, żywność i płonący ogień... Tak, ogień, jego stary i wierny przyjaciel... Księżna krążyła przez dłuższą chwilę wśród drzew, jak gdyby czegoś szukając. Nie potrafił jednak określić obiektu tych poszukiwań aż do chwili, gdy stanęli pomiędzy dwiema podrośniętymi sosnami, oddalonymi od siebie może o długość końskiego grzbietu.

- Pamiętasz nasze fantazje? Nasze wspaniałe fantazje o poddanym szlachetnej pani rozciągniętym sznurami pomiędzy dwoma drzewami w głębokim lesie? - powiedziała to głosem chrapliwym i jakby nieco smutnym

- Tak, dostojna księżno. – Przełknął, by oczyścić gardło, czując zarazem obawę jak i narastające podniecenie. Istotnie, raz czy drugi snuli podobne wizje.

- Teraz mamy doskonałą okazję, aby je zrealizować. Z pewnością nikt nam nie przeszkodzi ani nie usłyszy twoich krzyków... Miałbyś ochotę? Byłbyś gotowy?

- Tak, Szlachetna Pani Rianno – powtórzył. Obawa przerodziła się w strach, lecz przeważyło pożądanie, które zajęło miejsce zwykłego pobudzenia. - Jestem gotowy.

- A więc dobrze! - W jej głosie także usłyszał podniecenie, ale też ponownie jakby ślad smutku? W końcu dobrze znał swoją panią i małżonkę. - Stój spokojnie i najlepiej zamknij oczy.

Posłusznie wykonał pierwsze polecenie ale nie potrafił oprzeć się pokusie względem drugiego. Spod przymkniętych powiek obserwował jak pani Rianna rozpięła nieco swój śnieżnobiały kubrak. Okazało się, że wyruszając na polowanie owinęła się w pasie solidnym sznurem. Ujęła go teraz w dłonie, przymierzyła i rozcięła na dwie części dobytym z pochwy sztyletem. Zręcznie obwiązała najpierw prawy nadgarstek męża, owijając następnie wolny koniec sznura wokół sosny i zaciskając solidny węzeł. Powtórzyła te czynności z lewą dłonią, tym razem mocno naciągając linę przed uczynieniem kolejnego supła na drugim pniu. W rezultacie stał teraz pomiędzy drzewami, z rozciągniętymi, naprężonymi ramionami, pozbawiony możliwości ruchu poza daremnym przebieraniem nogami. Poczuł, że jego pożądanie osiągnęło nowy, niebotyczny poziom. Przyrodzenie miał już sztywne, co pani sprawdziła, przesuwając w stosownym miejscu dłonią.

- Nie przejmuj się tym... Zaraz trochę cię ochłodzimy – obiecała.

Okazało się, że miała plany także w stosunku do nóg swego więźnia.

- Zwykle to sługa zdejmuje buty swojej pani, czyż nie? - kontynuowała rozmowę czy raczej monolog. - Tym razem stanie się inaczej. Tylko stój spokojnie, a właściwie unieś nogę i zegnij w kolanie!

Pochyliła się i z pewnym wysiłkiem, uwieńczonym jednak ostatecznie sukcesem zdjęła najpierw jeden, potem drugi but unieruchomionego towarzysza. Poszło o tyle zsybko, że jego własne myśliwskie obuwie nie wyróżniało się niczym szczególnym i cholewki sięgały zaledwie poniżej kolan. Nie sposób było porównywać je do ekstrawaganckich, kryjących uda butów pani Rianny. Z tymi drugimi nie udałoby tak łatwo! Księżna pozbawiła jeszcze więźnia chroniących stopy owijaczy i stał teraz zupełnie boso, czując na skórze szczypiący chłód śniegu.

- Pani, jest zimno – Ośmielił się zwrócić jej uwagę na sprawy oczywiste.

O dziwo, w odpowiedzi rozłożyła jednak skórę dzika, tuż za jego stopami. Postawienie ich na niej – a raczej samych wyciągniętych palców - wymagało, niestety, odchylenia się i dodatkowego naprężenia ramion, właściwie całego ciała, ale zdołał to uczynić i poczuł ulgę. Od razu jednak zrozumiał, że nie wytrwa w takiej pozycji zbyt długo. Już w tej chwili bolały napięte mięśnie i ścięgna, nie mówiąc nawet o palcach stóp.

- Nie ruszaj się, to ustoisz i mniej zmarzniesz – wyszeptała mu do ucha.

Wymyśliła okrutną doprawdy zabawę. Tym niemniej, nadal odczuwał podniecenie, o czym księżna nie omieszkała się upewnić.

- Jak podoba ci się izba tortur pani Północnej Krainy? Śnieg, mróz oraz lód to moi oprawcy i pomocnicy, gdy tylko tego zechcę. Opuścił mnie tutaj jedynie wicher, ale to nawet lepiej.

- Jestem pod wrażeniem, potężna Pani. - Wprawdzie dokuczały mu w tej chwili tylko śnieg i mróz, wcale jednak nie zamierzał poprawiać słów władczyni, ani też nie pragnął zapoznać się z nieobecnym szczęśliwie trzecim z wymienionych katów.

- To dobrze, książę Bastianie, mój panie i mężu. Spędzisz tu bowiem trochę czasu. Ile konkretnie, to już zależy od ciebie.

- Pani?

Drgnął. Słowa szlachetnej Rianny zabrzmiały bardzo poważnie. I dlaczego nazwała go prawdziwym imieniem, wymieniając w dodatku tytuł?

- Mamy pewne sprawy do załatwienia oraz pewną rozmowę do odbycia, zapewniam, że okaże się ona przykrą nie tylko dla ciebie...

- O co tu chodzi, Rianno? Mieliśmy urzeczywistnić naszą fantazję, ale przecież... - Usiłował obejrzeć się przez ramię, by ujrzeć twarz żony, zrezygnował jednak, gdyż groziło to zsunięciem się z chroniącej stopy skóry dzika.

- Otrzymasz więcej niż się spodziewałeś, książę Bastianie. Chyba, że sam zechcesz wszystko wyznać, z własnej woli. Może będę potrafiła wybaczyć...

- Ale co mam wyznać? I co miałabyś wybaczać, Rianno?

- Szlachetna Pani Rianno! Oszukałeś mnie i zdradziłeś w najpodlejszy sposób... A ja ci uwierzyłam, ależ byłam głupia...

- O czym ty mówisz? O tamtych nieszczęsnych wierszach? Przecież prosiłem już o wybaczenie i zechciałaś go udzielić...

- Musiałeś naprawdę dobrze się bawić, panie poeto, sługo, książę czy kogo tam właściwie udawałeś... Wspomnienie twoich obłudnych słów budzi moje obrzydzenie!

- Ale o co chodzi? Uwierz, nie wiem!

- Skoro tak wolisz, porozmawiamy inaczej, wiarołomny mężu, zdradziecki książę, fałszywy sługo i kłamliwy poeto!

Oglądając się jednak z trudem przez ramię dostrzegł, że pani Rianna ponownie dobyła sztyletu. Pewnymi, gwałtownymi ruchami dłoni zaczęła rozcinać na plecach i ramionach jego myśliwską kurtę, kubrak, koszulę i to, co miał pod nią. Kolejne warstwy odzieży zrywała po kawałku, ze złością odrzucając te strzępy w śnieg. Po niedługiej chwili stał nagi do pasa, rozciągnięty pomiędzy dwoma drzewami, starając się rozpaczliwie utrzymać bose stopy na kawałku skóry oddzielającym je od lodowatego podłoża. Sprawiało to, iż jego obnażone plecy prężyły się, pochylone mocno do przodu. Księżna potrafiła to wykorzystać. Przez chwilę obawiał się, że rozgniewana może użyć sztyletu. Szczęśliwie, miała chyba inne plany. Ukończywszy niszczenie i zdzieranie odzieży małżonka wbiła ostrze w pień jednej z sosen, tuż obok jego lewej dłoni. Nie miał jednak najmniejszych szans by dosięgnąć oręża. Okazało się, że pod własnym kubrakiem pani Rianna ukryła nie tylko sznur. Owinięty nieco niżej wokół pasa, towarzyszył mu solidny bicz z krótką rączką i długim rzemiennym splotem. Przyrząd spoczął pewnie w ręku władczyni.

- Skoro nie chcesz wyznać swoich uczynków dobrowolnie, będę musiała użyć tego!

- Rianno, Szlachetna Pani Rianno, ale ja...

Przerwała jego słowa ostrym smagnięciem przez plecy, przyszły po nim drugie, trzecie, czwarte, piąte..

- Aaaach – Jednak nie wytrzymał. - Łaski, Dostojna Pani, łaski... Powiem wszystko co zechcesz!

- Mów więc, słucham!

- Wybacz wszystkie moje winy, piękna i potężna Pani!

- Chcę, abyś je najpierw wyznał!

- Tak, pisałem te nieszczęsne wiersze, ale to już mi przecież wybaczyłaś... - Otrzymał kolejne smagnięcie.

- Nie o to mi chodzi! A przynajmniej nie tylko o to!

- Pani, jestem Twym najpokorniejszym sługą i niewolnikiem, pragnącym tylko spełniać Twoje rozkazy...

Rozgniewana księżna zaczęła chłostać plecy więźnia z pełną siłą. Stracił rachubę, musiał jednak otrzymać przynajmniej dziesięć razów. Na szczęście, odczuwane już zimno częściowo znieczulało ciało na ból.

- Co za bzdury tu wygadujesz? Zostaw takie brednie dla dziwek w burdelach! Albo może dla tej swojej królowej czy cesarzowej! Zresztą nie ma pomiędzy nimi żadnej, doprawdy, różnicy! Myślisz, że to zabawa, mój książę? Że za chwilę cię uwolnię i będziemy się pieprzyć w tej chacie? Otóż nie! Wiem, że mnie zdradziłeś, zdradziłeś w najpodlejszy sposób i chciałabym przynajmniej usłyszeć o tym z twoich własnych ust!

- Ale pani Rianno, Dostojna Pani Rianno, ja...

Spodziewał się kolejnego uderzenia, zamiast tego żona zbliżyła się i przysunęła głowę go jego twarzy.

- Bastianie, wiesz przecież, że wymierzanie takiej chłosty potrafi mnie podniecić... Oboje też wiemy, że ty sam nie przepadasz za podobnymi cięgami. - Na potwierdzenie tych słów sięgnęła przez spodnie ku jego przyrodzeniu, które istotnie zdążyło już zapomnieć o poprzednich zapałach. - Nie prowokuj mnie, bo i tak jestem bliska przekroczenia granicy... Powiedz o wszystkim, proszę. Może zdołam wybaczyć...

- Ale ja naprawdę...

- Jak chcesz, mój książę!

Znowu stracił rachubę uderzeń, a po dłuższej chwili także zdolność ich odczuwania. Zemdlał. Ocucił go chłód. Bose stopy tkwiły w świeżym śniegu, a on zwisał pomiędzy drzewami. Pozbawiony świadomości nie utrzymał się na skórze dzika. Z dużym trudem zdołał stanąć na niej ponownie. Bolał każdy mięsień, ale wiedział, że musi to zrobić, jeżeli chce uniknąć odmrożeń. Tym bardziej, że Rianna gdzieś zniknęła. Przecież nie mogła go tutaj zostawić! Nie miał pojęcia, o co chodzi żonie i skąd ten nagły gniew, ale kto rozetnie te więzy, jeśli nie księżna i małżonka? A jeżeli nikt mu nie pomoże, to z pewnością nie przeżyje nocy.

- Rianno, Szlachetna Pani Rianno! - zawołał. - Wracaj, proszę! Wracaj!

- O, czyżbyś jednak nadal pragnął mego towarzystwa, pomimo otrzymanych razów?

Księżna nadeszła od strony chaty, oprócz bicza niosąc też wiadro.

- Tak, Dostojna Pani. Błagam, uwolnij mnie. Naprawdę, mocno mnie wystraszyłaś...

- Mówiłam już, że to nie zabawa, Bastianie. Owszem, początkowo zamierzałam tylko zrewanżować się za twoją niespodziankę. Poleciłam zaopatrzyć tę chatę. Łowczy miał rozciągnąć polowanie, a potem zwlekać z poszukiwaniami i kierować je na fałszywy trop. Spędzilibyśmy tutaj miłe chwile... I masz rację, na koniec zamierzałam się z tobą kochać, na tych skórach, przy palenisku... Ale od wczoraj wiele się zmieniło... Dziś chcę czegoś innego! Chcę, abyś coś tutaj wyznał. Pragnę usłyszeć to z twoich własnych ust. Wtedy może spróbuję wybaczyć, nawet jeżeli to wyznanie padnie w takich okolicznościach... Przynajmniej teraz nie powinieneś już kłamać!

- Przecież ja nie kłamię i nie chcę kłamać! Nie wiem jednak, o czym mówisz...

- Dość, mój panie i mężu. Nie myśl, że ten bicz to wszystko, na co potrafi zdobyć się pani Dalekiej Północy! Skoro sam odzyskałeś zmysły, ta woda posłuży już tylko do wezwania trzeciego z moich pomocników!

Wzięła zamach i chlusnęła wypełniającą wiadro lodowatą cieczą ze stopionego śniegu. Spłynęła po jego pochylonym grzbiecie, ramionach, głowie, twarzy... Oberwało się też nieco spodniom, chociaż mniej. Sama woda wydawała się już wystarczająco zimna... Oblepiając nagą skórę otwierała też zarazem drogę silniejszym ukąszeniom mrozu.

- Zastanów się, co masz do powiedzenia, Bastianie. Lód to najokrutniejszy z moich oprawców. Wrócę, by wysłuchać twoich słów. A to nie będzie tymczasem potrzebne. - Pochyliła się i wyszarpnęła skórę dzika spod jego stóp. - Zakosztuj łaźni pani Północy, Królowej Lodu, którą oszukałeś i zamierzałeś zdradzić. O tej właśnie zdradzie chcę usłyszeć!

Nie próbował nawet zaprzeczać, podczas gdy Rianna oddalała się w stronę chaty, zapewne po to, by rozgrzać się przy ogniu, a może roztopić kolejne wiadro śniegu? Wiedział, że długo tak nie wytrzyma. Zamarznie, jeżeli żona w końcu go nie uwolni, albo też dozna poważnych odmrożeń, jeśli nie uczyni tego szybko. Woda na włosach, wąsach i brodzie już zamieniła się w lód. O dziwo, tymczasem nie doświadczał nawet szczególnego zimna na mokrej skórze. Stała się jakaś obojętna, jakby obca. Nie musiał też wytężać nadal mięśni, by chronić stopy. I tak tkwiły w śniegu, wkrótce straci w nich czucie, a potem... Z dużym trudem zdołał skupić myśli... O co mogło chodzić jego pani i małżonce? Czyżby znowu o te nieszczęsne wiersze, które pisał i przesyłał w darze cesarzowej Damarenie? Tak, wspomniała nawet o niej w gniewie... Ale przecież to już wybaczyła, dała przekonujące tego dowody... I jakoby wczoraj jeszcze planowała w tej odludnej chacie tylko szczególną, miłosną schadzkę kochanków, poczyniła przygotowania... Coś musiało się od poprzedniego dnia wydarzyć... Tak, przed wieczorem przybył jarl Brion! Uprzytomnił to sobie, nabierając nagle pewności, że to ten kuzyn księżnej Rianny musiał w jakiś sposób nastawić ją przeciwko małżonkowi. Mówiła ciągle o oszustwie i zdradzie, powtarzała to z prawdziwą zaciekłością. O tym, że kłamał i udawał podczas ich niedawnego pojednania przy kominku. O ile znał szlachetną panią Rianne, nie rzucałaby takich oskarżeń bez dowodów, dowodów przekonujących przynajmniej w jej własnym osądzie. Co takiego powiedział jej lub przekazał ten cały Brion?

- Rianno, proszę! Chcę porozmawiać! - zawołał. - Błagam, Szlachetna Pani!

Podeszła niemal natychmiast, jak gdyby czekała gdzieś w poblizuna takie słowa. Bawiła się biczem, przynajmniej wiadro z wodą zostało w chacie.

- I cóż, książę Bastianie, zdecydowałeś się jednak wyznać swoje winy?

- Dostojna Pani, nadal nie wiem, jakie to rzekome przestępstwa mi zarzucasz ale jestem pewien, że uwiadomił cię o nich jarl Brian!

- Nieważne kto, ważne, że musiałam mu uwierzyć!

Wypowiadając te słowa w zauważalny sposób drgnęła, strzał okazał się więc celny. Należało wykorzystać ten drobny sukces i przynajmniej dowiedzieć się, o co chodzi jego pani i małżonce.

- W takim razie nie obyło się bez dowodów. Z pewnością jakieś przedstawił. Czyż i ja nie mam prawa ich poznać, skoro oskarżasz mnie na tej podstawie?

- Ty śmiesz pytać o dowody? Naprawdę chcesz je poznać? Oto one!- Wyszarpnęła zza pazuchy złożoną kilkakroć kartę pergaminu, typowy pakiet kurierski, z którego zerwano już pieczęć i zaczęła czytać w słabnącym świetle późnego popołudnia. Tak, szlachetna pani Rianna należała do nielicznej grupy dam znających sztukę kreślenia oraz pojmowania znaczenia liter.

- Do wielmożnego księcia Bastiana.... - podjęła. - I tak dalej, i tak dalej... Wybacz mężu, że pominę należne ci tytuły.


Dostojny Panie!


Spieszę powiadomić Waszą Wielmożność, iż do stolicy przybyło poselstwo od Jej Wysokości cesarzowej Damareny, Pani Połowy Świata. Ambasador oczekuje obecnie Twego powrotu, książę, goszczony z honorami w Pałacu. Poufnie dał do zrozumienia, że przywozi propozycję sojuszu, w zamian za co cesarzowa oferuje znaczne i różnorodne korzyści, w tym tytuł oraz uprawnienia wikariusza cesarskiego zachodnich krain, którymi gotowa jest ciebie, Panie, obdarzyć. Poseł napomknął także o osobistym przesłaniu oraz szczególnych darach, które jego pani poleciła przekazać bezpośrednio Waszej Wysokości. Na ten temat nie chciał jednak powiedzieć nic więcej. Zgodnie z Twymi zaleceniami, książę, otaczamy naszego gościa staranną i troskliwą opieką.

Jeśli wolno mi zauważyć, Dostojny Panie, nie ulega wątpliwości, iż szykują się ważne wydarzenia, na których i Ty, Wasza Wielmożność, jak i nasze księstwo mogą wielce skorzystać. Do tego niezbędne jest jednak, abyśmy mieli możliwość działania z całą dostępną nam siłą, wolni od wewnętrznych rozterek czy niesnasek. Koniecznie potrzebujemy domowej zgody. Ośmielam się załączyć pokorne wyrazu hołdu oraz uwielbienia dla Twej małżonki, Szlachetnej Pani Rianny.



Pisał własną ręką

pozostając wiernym i oddanym sługą

Waszej Książęcej Wysokości


Walter z Brienne

Strażnik Pieczęci



- I co na to powiesz, mężu? Przybyło poselstwo od Damareny, Pani Połowy Świata, więc koniecznie potrzebujemy domowej zgody...

- Rianno, czy pomyślałaś, skąd jarl Brion wziął ten pakiet? Sprawdź, czy nie ma na nim śladów krwi... Żaden kurier nie oddałby poczty, dopóki by żył... Taki napad to poważne naruszenie prawa, wyzwanie wobec władzy książęcej, także twojej własnej, skoro jesteś panią Północnej Krainy!

- W tej chwili zupełnie o to nie dbam! Pytam, czy zaprzeczysz prawdziwości tego listu i zawartych w nim słów?

- Nie widzę pieczęci ani samego pisma... Nie wątpię jednak, że potrafiłaś to ocenić, znasz rękę kanclerza.

- Tak znam, pieczęć także. Wszystko wygląda na prawdziwe... I co na to powiesz? Poselstwo, osobiste przesłanie oraz dary od cesarzowej Damareny? Czy to przypadkiem nie ta daleka królowa odległej krainy, której składałeś hołdy w swoich wierszach, nie widząc jej nigdy na oczy? I oto przysyła ambasadora, oferuje wysokie tytuły...

- Uwierz mi, w tej chwili po raz pierwszy dowiaduję się o tym poselstwie!

- Które nakazałeś otoczyć troskliwą opieką?

- To tylko nieszczęśliwe sformułowanie kanclerza. Wszystkich posłów obdarzamy taką opieką i wszechstronną uwagą, to normalne postępowanie, przecież o tym wiesz...

- Ciekawe, czego może chcieć ta dziwka? Bo przecież jest dziwką, przed nikim nie zdoła tego ukryć! Urodziła się jako córka karczmarza i pracowała w wątpliwej sławie gospodzie ojca, zanim nie uwiodła zapijaczonego i rozpustnego następcy tronu, który lubił włóczyć się po szynkach udając zwykłego obiboka, potem poślubił ją w swojej głupocie, a teraz już nie żyje. Mówią, że tylko zapił się na śmierć, ale kto wie? A ona zasiada na tronie w miejsce własnego syna. Ciekawe, czy o tym też pisałeś w swoich rymach? Raczej wątpię, książę... Pani Połowy Świata, też coś. Ale nie naszej połowy! Ten tytuł wikariusza dokładnie nic już nie znaczy, to pusta gadanina! A i w tamtej drugiej połowie też nie brakuje jej wrogów. Na dodatek, jak słyszałam, szykują się nowe kłopoty dla pięknej i potężnej pani!

- Dużo wiesz o sprawach cesarstwa, Rianno...

- A co myślałeś, mój książę? Nie poślubiłeś głupiej dziewki. A przypadki dostojnej pani zajmowały mnie szczególnie, odkąd tylko poznałam twoją pisaninę. I wiem nawet, czego ona teraz chce. Czyż różni panowie z Południa nie zawarli niedawno potajemnego sojuszu, by najechać ziemie cesarstwa i pożreć, co tylko zdołają, skoro nie ma już cesarza, bo twoją Panią Połowy Świata za takowego nie uważają. I słusznie! A ona prosi o pomoc swojego wiernego rycerza, ciebie, mój książę. Oferując puste tytuły, fałszywe z pewnością dary oraz tajemnicze, osobiste przesłanie! I ty jesteś gotowy to uczynić, nie bacząc na nic, na korzyści księstwa czy tym bardziej na moje uczucia!

- To nie tak, Szlachetna Rianno, mylisz się...

- Ciekawe, co zawiera to przesłanie? Przecież nie jesteś jednak zupełnym głupcem i na pusty tytuł nie dasz się złapać... A może... Pani Połowy Świata pragnęłaby zasiąść na tronie obok Pana Drugiej Połowy? Skoro trafiło się akurat wolne miejsce...

- Nie myślisz chyba...

- A dlaczego nie, skoro na drodze stoi tylko jakaś prowincjuszka z zapadłej krainy pokrytej prawie zawsze śniegiem i lodem? Dostojna cesarzowa potrafi radzić sobie z podobnymi przeszkodami i może tego także dotyczy to przesłanie!

- To już tylko twoja wyobraźnia, Rianno!

- Wyobraźnia to potężna siła! Porozmawiajmy chociażby o twojej, mój książę. Nie wątpię, że wiesz jaki obowiązuje ceremoniał na dworze cesarskim?

- Co masz na myśli?

- Nie udawaj, Bastianie. Za dobrze cię znam. Dlaczego akurat Damarena przyciągnęła twoją szczególną uwagę? Owszem, nie można tej szlachetnej pani odmówić urody, pięknych dam przecież jednak na świecie nie brakuje... Ale tylko jej stopy całują podczas publicznych audiencji ambasadorowie, książęta, ministrowie, dostojnicy, szlachta i zwykły lud, o ile ktoś z ludu zostanie dopuszczony przed oblicze Jej Wysokości.

- To stary zwyczaj na dworze cesarskim. Tak okazują tam szacunek parze władców.

- Ale obecnie rządzi tylko władczyni, czyż nie? A ten obyczaj wprowadzono niegdyś na życzenie innej dziwki, która została cesarzową. W identyczny zresztą sposób. Ciekawy zbieg okoliczności, a może to już jakaś tradycja? Jak widzisz, potrafię dowiedzieć się całkiem sporo, gdy zechcę... Ale wracajmy do ciebie, mój książę... Gdybyś na czele zwycięskich wojsk uwolnił stolicę cesarstwa od oblężenia, przepędził wrogów... Z pewnością tak dzielnemu rycerzowi udzielono by audiencji... Przyznaj się, w wyobraźni wiele razy widziałeś już Damarenę zasiadającą na tronie, w pełnym przepychu cesarskiej władzy i majestatu, wiele razy wyobrażałeś sobie, jak padasz przed nią na kolana i całujesz jej stopy. Jako triumfujący wojownik, wyzwoliciel, na oczach wszystkich... Ośmielisz się zaprzeczyć?

Nie odpowiedział.

- Milczysz, książę. Może i lepiej, zaraz bowiem przekonamy się, czy moje przypuszczenia są słuszne!

Sięgnęła ku klamrze jego pasa, odpięła ją i gwałtownym ruchem ściągnęła spodnie, tak samo potraktowała grube, podwójne gatki.

- No proszę, pomimo mrozu twój najlepszy przyjaciel okazuje niezwykłą gotowość. Odzyskaną w cudowny zaiste sposób. Oto siła wyobraźni... Wystarczyło opowiedzieć ci o sposobie udzielania posłuchań na dworze cesarskim. Nie wątpię zresztą, że dostąpiłbyś także zaszczytu audiencji o wiele bardziej osobistej. Ona z pewnością nie darowałaby sobie takiej okazji. I roztoczyłaby cały swój urok, wykorzystując twoje rymowane wyznania... A co potem? To już zależałoby od tego, jak długo okazałbyś się przydatny, mój książę, czy nawet Panie Połowy Świata.

- To wszystko jedynie słowa, zwykłe przypuszczenia!

- A to? To nie jest tylko słowo! - Końcówką rękojeści bicza dotknęła nadal sztywnego penisa męża.

- To prawda, zdołałaś mnie podejść, ale to dlatego, że dobrze mnie znasz. Od wyobrażeń czy fantazji do czynów droga bardzo daleka.

- Teraz dochodzimy do najgorszego, mój książę. Aby to wszystko osiągnąć, aby zostać tym zwycięskim wyzwolicielem i obrońcą musisz zebrać całą siłę księstwa. W tym także moich rycerzy, moich wasali. Stanowią połowę naszych wojsk, a mało kto na Dalekiej Północy stanie na twoje wezwanie jeżeli i ja, prawowita pani tej krainy, nie wzniosę własnego sztandaru. Gdybyś nawet przypadkiem o tym zapomniał, Strażnik Pieczęci jakże trafnie pospieszył z przypomnieniem. - Sięgnęła ponownie po nieszczęsny list. - „Koniecznie potrzebujemy domowej zgody. Ośmielam się załączyć pokorne wyrazu hołdu oraz uwielbienia dla Twej małżonki, Szlachetnej Pani Rianny” - zacytowała ostatnie zdania pisma.

- To nie tak jak myślisz, Rianno!

- A jak? Nie obejdziesz się bez mojej pomocy, moich rycerzy, mojej dobrej woli. Oszukałeś mnie i okłamałeś! Uwiodłeś, jak głupią dziewkę! Ofiarowałeś wiersz i konia... Do tego jeszcze własne udawane miłość i uwielbienie! A ja uwierzyłam... Uwierzyłam, że to wszystko szczera prawda... Bardzo tanio kupiłeś wsparcie Dalekiej Północy. Skoro okazałam się tak głupia, to zasłużyłam na taką cenę! Ale kupiłeś na krótko! Wiem, co dzieje się na świecie, mam swój rozum i oddanych sobie ludzi!

- I jeszcze jarla Briona, który morduje książęcych kurierów! Zdradzi cię przy pierwszej okazji, sama się przekonasz.

- Tymczasem to ty mnie zdradziłeś i oszukałeś, w każdy możliwy sposób... To boli, bardzo boli... Chodziło ci tylko o moich rycerzy...

- To nieprawda!

- Co jest nieprawdą? To, że potrzebujesz wsparcia Dalekiej Północy, mojego wsparcia?

- Potrzebuję, potrzebowałem i będę potrzebował, dobrze o tym wiesz! Nieprawdą jest to co mówisz o kłamstwie i obłudzie... Nie kłamałem i nie udawałem...Twoi rycerze nie byli jedynym powodem... Nie byli nawet najważniejszym powodem... Kocham cię, Rianno...

- Jak mogę ci uwierzyć, skoro wszystko przemawia przeciwko twoim słowom, Bastianie? Ten list, zalecenia kanclerza... Zalecenia, które zdążyłeś już znakomicie zrealizować... Sojusz zawiązany przeciwko Damarenie i jej poselstwo z prośbą o pomoc... Nic dziwnego, że potrzebujesz wojsk z Północy, a tym samym przychylności pani mroźnej krainy...

- Tak, mogą okazać się potrzebne... Ja też zawarłem układ z sojusznikami. Masz rację, obietnice cesarzowej niewiele są warte. A tutaj dostaniemy kilka spornych miast i okręgów, w dodatku niezależnie od tego, czy plany panów z Południa powiodą się, czy też nie. Wezmę je zawczasu, taki stanął układ, albo nie ujrzą ochotników z Północy w swoich szeregach. To znaczy i tak ich nie ujrzą, jeżeli nie dasz się przekonać, Szlachetna Pani Rianno. Mogę snuć różne fantazje, jak to poeci, ale nie myślisz chyba, że w sprawach księstwa będę kierował się zdaniem tego tu przyjaciela?

- Nic nie wiem o tym rzekomym układzie.

- Ułożyłem go już po tym, gdy opuściłaś stolicę.

- Ale tutaj też o niczym nie powiedziałeś!

- Nie chciałem psuć atmosfery tego polowania.

- I obawiałeś się, że mogłabym to wszystko niewłaściwie zrozumieć. Cóż, straciłeś swoją szansę. Jak mam teraz uwierzyć, że nie wymyśliłeś tego wszystkiego na poczekaniu aby ratować skórę? Skoro wiem już o poselstwie cesarzowej oraz dziwki w jednej osobie? Sądziłeś, że zdołasz utrzymać to w tajemnicy?

- Nie powiadomiono mnie o przybyciu ambasadora! Przecież przejęto list! Dopiero ty mi o tym powiedziałaś. Sama widzisz, że to wszystko nie miałoby sensu. Nawet gdybym próbował odzyskać twoje względy tylko z powodu planów przyjścia z pomocą Damarenie, to i tak w końcu poznałabyś prawdę, Szlachetna Pani Rianno! I to raczej prędzej niż później...

- W tym ostatnim masz rację... Może i jest coś także w innych twoich słowach...

- Trzy dni temu powiedziałaś, że zawsze staniesz u mego boku, Rianno... - Zaryzykował przypomnienie tej obietnicy.

- To było trzy dni temu... A ty zaklinałeś się wtedy, że zawsze padniesz tylko do moich stóp i niczyich innych... A tymczasem zdążyłeś złamać to przyrzeczenie, a przynajmniej byłeś gotowy to uczynić. Twój sztywny drągal wyraźnie na to wskazuje!

- Nie możesz uważać tego za główny dowód mojej winy! Nie potrafię wykazać w tej chwili prawdziwości moich słów... W stolicy znajdziesz tajne pergaminy dotyczące zawartych przymierzy... I jeszcze jedno... Powtórzę to, co powiedziałem już wtedy, przy ogniu... Pomyśl, nigdzie nie spotkam damy podobnej tobie, piękna i szlachetna Pani.

- Nie wiem, czy powinnam ci wierzyć...

- Proszę, uwolnij mnie, Rianno. Jeżeli szybko tego nie zrobisz, zamarznę tutaj. O tym musisz wiedzieć bardzo dobrze... - Wypowiadając te słowa nadal nie czuł zimna, tylko gdzieś w głębi jego ciałem targały narastające powoli dreszcze.

Zawahała się. Później pragnął myśleć, przekonał samego siebie, a z czasem i panią Riannę, że wyciągnęła dłoń w stronę wbitego w pień sosny sztyletu... Czy jednak nie uległ tylko sile wyobraźni? Tego nigdy nie miał się już dowiedzieć. Oboje nie otrzymali takiej szansy.

- Witaj, piękna kuzynko! Co za szczęśliwe spotkanie, gdy już straciłem nadzieję, że odniosę jakieś sukcesy podczas dzisiejszych łowów!

W głosie jarla Briona pobrzmiewała autentyczna radość, gdy grzęznąc nieco w śniegu zbliżał się do obojga. Z tyłu pozostał ponury sługa, trzymający dwa konie.

- Co tutaj robisz? I jak tu trafiłeś? - Rianna wydawała się o wiele mniej zadowolona ze spotkania.

- Wszyscy jesteśmy na polowaniu, pamiętasz piękna pani? I szukamy zwierzyny. Tamten byk chyba jednak uszedł, ale ja zamierzam mimo to zostać królem tych łowów.

- Ciekawe w jaki sposób?

- O, witaj i ty, książę Bastianie... Czy dzisiaj również ścigałeś się po lesie? Tylko jadąc bez koszuli i przodem do końskiego ogona? Tak czy inaczej, obawiam się, że znowu przegrałeś. - Brion zignorował pytanie księżnej.

- Czego tu chcesz, jarlu? - powtórzyła.

- Zażywam rozrywki polowania. Na twoje własne zaproszenie, pani. Jak widzę, nie na próżno komplementują twoje talenty łowczyni. Ułatwiłaś nasze zadanie i zadałaś pierwszy cios... A nawet kilka ciosów... Jeśli tak zechcesz, zadasz i ostatni. Cyba, że wolisz abym cię wyręczył.

- O czym ty opowiadasz? Mamy tu pewne kwestie do omówienia z moim panem i małżonkiem, a twoja obecność jest niepożądana.

- Ciekawy sposób prowadzenia małżeńskiej dyskusji. Doprawdy, czego to nie wymyślą na tym Południu... Ale do rzeczy. Jak przypuszczam, nie zdołał zaprzeczyć prawdziwości wiadomego listu?

- Nie, ale...

- Wiec dokończ, co zaczęłaś! Albo ja ci w tym pomogę! Zawsze uważałem twoje małżeństwo i unię z księstwem za wielką pomyłkę. A teraz on zdradził zarówno ciebie oraz Daleką Północ! Jak widzę, miałaś dość czasu, by się o tym przekonać!

- Nie jestem do końca pewna. A twojej pomocy ani nie potrzebuję, ani też sobie nie życzę! Zdobyłeś ten list, to prawda. Ale teraz wynoś się stąd! I powtarzam, skąd się tu wziąłeś?

- Nie tak prędko, piękna kuzynko. Uznałem za właściwe osobiście dopilnować pewnych spraw. On ma zbyt obrotny język, a ty podobno go kochałaś... Kto wie, jak mogłoby się to skończyć? Gdy więc dowiedziałem się, że poleciłaś dyskretnie zaopatrzyć tę chatę przed dzisiejszym polowaniem, postanowiłem poszukać w niej schronienia, zwłaszcza, że zaczęło padać.

- Nie jesteś tu mile widziany, jarlu!

- Przede wszystkim na Północy nie jest mile widziany twój niewydarzony małżonek! Jarlowie oraz inni panowie zawsze zajmowali się wojaczką, zdobywali łupy i sławę najeżdżając wrogów z Południa. A teraz co? Nie dość, że dusi nas ta unia to jeszcze on zawarł układ z innymi południowymi księstwami! Mamy zostawić ich w spokoju, przyrzekł, że dotrzyma tej obietnicy. A na ile znam twego księcia, to na pewno spróbuje! Co do ciebie zaś, piękna kuzynko, to nauczysz się jeszcze czerpać zadowolenie z mojego towarzystwa!

- O czym ty mówisz?

- O tym, że po nieszczęsnym zaginięciu Bastiana podczas dzisiejszych łowów, jego ciało znajdą może na wiosnę, ogryzione przez wilki, trafi się dużo lepszy kandydat do twojej ręki i książęcej korony Dalekiej Północy!

- Pytam o ten układ, durniu!

- To nie wiesz o niczym? Twój pan i małżonek zawiązał potajemny sojusz z południowymi władcami którzy szykują wyprawę na cesarstwo. W zamian za kilka miast i jakieś ziemie obiecał, że ludzie z Dalekiej Północy nie będą nękać ich swoimi najazdami! Obiecał, że do tego nie dopuści! Podczas gdy dzielni wojownicy zajmują się tym od wielu pokoleń! I nikt nie będzie nam mówił, co mamy robić!

- Skąd ty o tym wiesz?

- Mam ludzi, którzy patrzą i słuchają... A więc ty nie wiedziałaś? Utrzymał to przed tobą w tajemnicy, przede mną nie zdołał.

- Odsunęłam się ostatnio od spraw państwowych. Dlaczego nie powiedziałeś mi wczoraj?

- Dotychczas do niczego tej wiedzy nie potrzebowałaś, jak widzę. A teraz ta kwestia nie ma już żadnego znaczenia...

- A więc to tak, Bastianie...

- Tak, Szlachetna Pani Rianno, dobrze wystawiłaś zwierzynę...

- Nie zapraszałam tu jarla. I natychmiast rozkażę mu odejść!

- Szkoda czasu na pustą gadaninę, kuzynko. Jest zimno, kończmy z nim, a potem dasz mi zadatek przyszłych rozkoszy małżeńskiego łoża! Mój sługa zrzuci ciało oraz konia w przepaść, nie znajdą ich przed roztopami, a my rozgrzejemy się przy ogniu! I nie tylko przy ogniu.

- Skąd przyszedł ci do głowy ten niedorzeczny pomysł z małżeństwem?

- Północ potrzebuje pana, prawdziwego pana. Nie rządów słabej kobiety czy jakiegoś przybłędy z Południa! Musisz tylko pozbyć się tego głupca, a ja ci w tym pomogę. „Książę Bastian, zaginął, niestety, podczas polowania. Tutejsze lasy i góry są, ach, bardzo niebezpieczne dla obcych”. - Jak to brzmi, Rianno?

- Jak słowa wroga oraz zdrajcy! Nigdy nie odstąpię mego pana i małżonka!

- A list?

- Sama ocenię jego treść, podobnie jak i to, w jaki sposób zdobyłeś to pismo! Jesteś zdrajcą i buntownikiem, Brionie! Wynoś się!

- O nie, piękna pani! Swoimi słowami potwierdzasz tylko, że moja obecność w tym miejscu jest jak najbardziej uzasadniona. Sam zabiję więc księcia!

- Jeśli spróbujesz to zrobić, nie spocznę póki nie zginiesz straszną śmiercią! Mojemu słowu możesz wierzyć!

- Ależ wierzę, kuzynko. I jestem na to przygotowany. W takim razie nie pozostaje mi nic innego, niż zabić również ciebie. Zaginęliście jednak oboje... A ja sprawię ci piękny pogrzeb jako nowy książę Północnej Krainy, gdy już znajdą wasze ciała. W końcu jestem twoim najbliższym krewnym. No dobrze, urządzę wam wspólną ceremonię. Nie okażę aż takiego okrucieństwa.

- Będą nas szukać!

- Ale zapewniam, że szybko nie znajdą. Myśliwi rozproszyli się po lesie, śnieg zasypuje ślady a łowczy, wierny łowczy, celowo kieruje poszukiwania w złą stronę, podsuwając fałszywe tropy. Czyni to właśnie w tej chwili, czyż nie? Na twój rozkaz, księżno.

Zamilkła, jednak zaskoczona.

- To bardzo przydatna okoliczność, na wypadek gdyby ktoś, kiedyś zaczął coś podejrzewać... Gdyby na przykład wilki nie okazały się wystarczająco głodne... Łowczy będzie wtedy idealnym kozłem ofiarnym... Jak tak doświadczony myśliwy mógł dopuścić do rozerwania orszaku, jak mógł stracić z oczu panią Dalekiej Północy... I dlaczego tak nieudolnie prowadził poszukiwania? To oczywiste, musiał działać na rozkaz, pozostawać z kimś w zmowie. A tym kimś z całą pewnością nie byłem ja!

- Czyli to miejsce zdradził rządca?

- To wierny sługa naszej rodziny i czuje, gdzie powinien szukać pana.

- Co nie znaczy, że też się go nie pozbędziesz. To dureń i za dużo teraz wie.

Skłonił głowę z uznaniem.

- Jaka szkoda, piękna pani... Stworzylibyśmy doskonałą parę... Ale po tym, co tu powiedziałaś, nie mogę ci już zaufać... I jeszcze coś... Z całą pewnością nie ucieszyłoby cię wycofanie oraz przetopienie tego... Tak jak i mnie nie spodobały się te akurat monety. - Wyszarpnął z kieszeni kilka nowych, złotych krążków z podobizną Rianny w książęcej koronie i sławiących ją jako władczynię Północnej Krainy. Wybitych niedawno w stolicy na polecenie samego Bastiana. - Północ może mieć tylko pana, prawdziwego pana!

- Już takiego posiada! A ty nigdy nim nie zostaniesz!

- To się dopiero okaże! Ale dość tego gadania, zmarzłem tutaj bez ruchu i chcę się rozgrzać. - Przywołał gestem dłoni sługę, który tymczasem zdążył uwiązać konie. - Zabij go! - rozkazał wskazując na rozciągniętego między drzewami Bastiana. - Poderżnij mu gardło, zresztą zrób co chcesz, tylko powoli. Życzę sobie, żeby moja kuzynka zdążyła dobrze się przypatrzeć!

Ponury pomocnik jarla, sprawiający wrażenie zaprawionego we wszelkiej zbrodni bandyty, ruszył niespiesznie, dobywając długiego myśliwskiego noża.

- Stój, rozkazuję ci!

Rianna ustawiła się pomiędzy wciąż unieruchomionym mężem a zbliżającym się powoli zbirem. Ten puścił jej słowa mimo uszu, co nie było zresztą żadnym zaskoczeniem. Poważnym błędem z jego strony okazało się natomiast zignorowanie dzierżonego przez szlachetną panią bicza. Smagnięty nagle i precyzyjnie, a przy tym z pełną siłą przez twarz cofnął się odruchowo i porażony bólem przysiadł na śniegu. Brion nie dał się jednak zaskoczyć. Wykorzystał to, że księżna nie zdążyła cofnąć ręki i wziąć powtórnego zamachu. Skoczył do przodu, zacisnął dłoń na jej nadgarstku, po chwili zdołał stanąć za plecami Rianny i unieruchomić ramiona szlachetnej pani.

- Na co czekasz, głupcze! - ponaglał sługę. - Zabij go wreszcie, a ja poskromię tę wilczycę! Zanim z nią skończymy zamierzam jednak zakosztować tych rozkoszy, których nie zechciała ofiarować z dobrej woli. Nie obawiaj się, nie jestem skąpy. Dla ciebie też wystarczy!

Wzmocnił uchwyt i bezlitośnie wykręcił rękę Rianny. Bicz wysunął się ze zdrętwiałej dłoni. Na twarzy Briona pojawił się złośliwy uśmieszek. Jego zbir pozbierał się wreszcie i stanął na śniegu. W tym momencie szlachetna pani zaskoczyła wszystkich. Uniosła prawą nogę, zgięła ją w kolanie i z całej siły uderzyła stopą w tył, najwyżej jak tylko zdołała sięgnąć bez osłabiania siły ciosu. Zakończony ostrym metalem obcas przebił spodnie jarla i wgryzł się w udo wielmoży.

- Aaaaach! Co za suka!

Brion odruchowo odepchnął Riannę, uwalniając zarazem jej ramiona. Z rany popłynęła krew, widoczna przez rozdarcie w nogawce. Jarl zacisnął w tym miejscu dłonie. Księżna Wykorzystując chwilowe oszołomienie przeciwnika księżna wyszarpnęła z pochwy przy jego pasie ostrze podobne orężowi ponurego sługi.

Obserwował to wszystko z odwróconą głową, czując nagły przypływ nadziei. Rozpalała krew i jego na wpół już zdrętwiałe kończyny.

- Zabij go! - zawołał.

Szlachetna pani dała jednak pierwszeństwo innemu czynowi. Po zdeptanym tutaj śniegu rzuciła się ku bliższej z sosen. Szerokim ciosem wydłużonej klingi przecięła jeden ze sznurów. Miał wolną prawą rękę! Na nic więcej Riannie nie starczyło już czasu.

- Wykończ ją, durniu. Szybko, zanim tamten się rozplącze!

Jarl wydawał te rozkazy, usiłując z trudem wstać. Nogawkę na prawym udzie barwiła coraz większa plama krwi. Posłuszny woli pana sługa ruszył w stronę księżnej. Osłaniając nadal dostęp do małżonka stawiła mu czoła, zadźwięczała stal. Władczyni ćwiczyła różne rodzaje szermierki, w tym walkę długim, myśliwskim nożem. Zwykle wykorzystywała jednak swoją szybkość i zręczność. Tutaj, nie mogąc odskoczyć i zmienić pozycji, ulegnie w końcu przewadze brutalnej siły przeciwnika.

- „Nie stój tak, głupcze!” - Skarcił się w duchu. Wyklinając opuszczone i krępujące ruchy spodnie zdołał podejść do drugiej sosny. Błogosławił teraz kaprys Rianny, która wbiła tutaj w pień drzewa własny sztylet, może pragnąc zastraszyć swego więźnia. Ujął rękojeść dłonią zdrętwiałą od zimna i uścisku sznura. - „Żeby tylko nie upuścić!” - Na szczęście krew rozgrzewały nadzieja oraz tocząca się obok walka o życie jego pani i małżonki. O jego własne zresztą także. Po chwili stał już swobodny. Nie do końca jednak! Przeklęte spodnie nadal uniemożliwiały jakiekolwiek dłuższe i szybsze kroki. Zwilżone wodą, zdążyły już częściowo zamarznąć. Ich naciąganie i dopinanie klamry pasa nadal zdrętwiałymi palcami trwałoby za długo! Pochylił się i zdołał zrzucić z nóg krępującą, niepotrzebną część garderoby. Całkowicie nagi, ze sztyletem w dłoni skoczył ku zajętemu walką z Rianną zbirowi, wydając bojowy okrzyk. Zyskał teraz okazję by przekonać się, że nauczyciele sztuki wojennej mieli rację, twierdząc, iż zaskoczenie to niezawodna podstawa sukcesu. On sam w swoim obecnym stanie nie zdziałałby wiele jako wojownik. Prawdę mówiąc, poruszał się zdecydowanie zbyt wolno, a i oręż trzymał niepewnie. Widok nagiego berserkera, ruszającego do walki z równie nagim ostrzem w garści, wśród ośnieżonych drzew, z włosami i brodą pokrytymi lodem, mógłby jednak porazić każdego, a nie tylko pełnego przesądów pachoła z Północy. Trwało to tylko chwilę, ale ta właśnie chwila kosztowała bandytę życie. Rianna nie zmarnowała okazji i zręcznym wypadem wbiła własne ostrze w brzuch przeciwnika, kierując sztylet ku górze. Tak, by nie uwięzić oręża, a zarazem zadać śmiertelne obrażenia. Nie potrafił w inny sposób pomóc żonie, wykrzyczał jednak radość zwycięstwa.

Ale to nie był jeszcze koniec. Rianna wyrwała ostrze i pozwoliła martwemu ciału osunąć się na śnieg. W milczącym porozumieniu podeszli do Briona. Ten zdołał w końcu powstać na nogi, ale spomiędzy zaciśniętych na udzie palców prawej dłoni nadal sączyła się krew. Nie próbował bezcelowej ucieczki, broń stracił już wcześniej.

- Kuzynko... Szlachetna Pani...

Rianna spojrzała na Briona niczym na kupę łajna walającą się na dziedzińcu. Pochyliła się i podniosła porzucony bicz.

- Rozbieraj się, natychmiast! - rzuciła tonem nie znoszącym sprzeciwu, godnym żądającej posłuszeństwa pani Północy.

- Ale po co? Co chcesz uczynić, Dostojna Pani? - Jarl cofnął się o krok.

- Powiedziałam natychmiast! Ruszaj się, nie mamy czasu! - Tym razem poparła rozkaz ostrym smagnięciem bicza, trafiając Briona w twarz.

- Co tylko każesz, pani Rianno. Jak sobie życzysz...

Wielmoża zaczął niezgrabnie rozpinać zapięcie kurty z futra szarego królika. Szło to niezgrabnie, prawą dłonią w dalszym ciągu uciskał bowiem udo, usiłując tamować upływ krwi. Księżna ponownie uderzyła rzemieniem bata, celując w to właśnie miejsce.

- Jak długo mamy tu czekać na śniegu? Zdejmuj ten kubrak, koszulę i wszystko co tam masz. Wystarczy od pasa w górę! Tylko wytrzyj tę rękę, nie chcę śladów twojej posoki!

Przerażony Brion użył teraz obydwu dłoni, osiągając o wiele lepsze efekty niż poprzednio. Za to plama krwi na udzie wyraźnie się powiększyła. Po chwili stanął przed Rianną z obnażonym torsem i plecami.

- I co teraz, zamierzasz mnie tu zachłostać? - Ponownie zacisnął palce na ranie.

- Powiedziałam już, że nie mam na to czasu, Brionie. Potrzebuję tylko twojego ubrania. - Odrzuciła bicz i ponownie ujęła w prawą dłoń nóż. - To jednak nie ty, jarlu, zostaniesz królem tych łowów. Najgroźniejszy okaz powalą wspólnie pan i pani Północnej Krainy, bez niczyjej pomocy! Pociesz się tym, że poza naszą trójką nikt się o tym nie dowie. „Lasy Dalekiej Północy potrafią okazać się niebezpieczne nawet dla miejscowych, o czym przekonał się nasz nieodżałowany kuzyn”. Żegnaj, Brionie. Wilki zajmą się równie chętnie również twoim ciałem.

- Ależ Rianno, nie możesz...

- Mogę! Uderzaj Bastianie!

W doskonałej zgodzie, jakby nadal kierowani w walce jedną wolą, unieśli sztylety i wbili je w brzuch oraz tors jarla. Mimo wszystko zaskoczony, właściwie się nie bronił. W brzuch wielmoży ugodziła księżna i małżonka, w tors on sam. Uczynił to powoli, Rianna opóźniła jednak własny cios, chcąc zapewne dać satysfakcję mężowi. Tym razem nie dbał już o potrzebę szybkiego uwolnienia oręża, a pragnął sięgnąć serca przeklętego zdrajcy i w taki właśnie sposób zakończyć sprawę. Okazało się, że nóż wyszedł spomiędzy żeber martwego wroga bez żadnych kłopotów. Powodowany przemożną ciekawością pochylił się i rozciął zakrwawioną nogawkę spodni, odsłaniając paskudną, głęboką ranę na udzie Briona.

- Nieźle go urządziłaś, Szlachetna Pani.

- Zasłużył. I tak umarł zbyt łatwo, ale naprawdę nie miałam teraz czasu... Ani też ochoty na późniejsze zwoływanie wiecu.

- Może trzeba było dobić go obcasem?

Żart niezbyt się chyba udał, księżna odpowiedziała bowiem nadspodziewanie poważnie.

- Nie chciałam brudzić sobie butów takim błotem... I nie pragnę także, abyś kiedykolwiek ze śladów takiego błota miał je czyścić.

- Co zrobimy z ciałami?.

- Jutro zrzucimy ich obu oraz konie w przepaść. Żal zwierząt, ale..

- Do rana obydwaj zamarzną na kość, o ile nie zjawią się wilki.

- Nieważne, teraz musimy natychmiast zająć się tobą. Bogowie, o czym my tu właściwie rozmawiamy! Dlaczego pozwalam ci tak stać? Jesteś nagi i zziębnięty, cały czerwony, za chwilę stracisz czucie, o ile to już nie nastąpiło. Musisz jak najszybciej ogrzać się przy ogniu!

- Rianno...

- Bez gadania, książę Bastianie. Idziemy...

Pospiesznie sięgnęła po kubrak Briona i narzuciła na ramiona męża. Niewystarczająco usatysfakcjonowana, zdarła jeszcze własną, białą kurtę z futra śnieżnych lisów i także otuliła nią małżonka. Niewiele to jednak pomogło, teraz właśnie, gdy ustało podniecenie walką i niebezpieczeństwem, na nowo poczuł dojmujący chłód.

- Uwierz, nie chciałam abyś stał tam tak długo! To przez Briona, zajął nam czas... - Pozbierała resztę garderoby jarla. - A teraz... Chodźmy szybciej, jeśli zdołasz.

Podtrzymywany i zachęcany przez panią Rianne dowlókł się jakoś do chaty, niemal nie czując stóp. Usadowiła go w pobliżu paleniska... - „Tak, ogień, najwierniejszy przyjaciel... Teraz wszystko będzie już dobrze...” - Myśli przebiegały z coraz większym trudem. Tymczasem żona przygotowała pospiesznie legowisko z zagarniętych spod ściany futer i skór. Pomogła mu się ułożyć i opatuliła. Podała w kielichu wino, które chciwie wypił. Przynajmniej przez żołądek przelała się fala ciepła

- Bastianie, czy czujesz dotyk moich dłoni na stopach? - spytała z niepokojem.

- Tak, Szlachetna Pani, ale słabo...

- Są lodowate, trzeba je natychmiast ogrzać!

- Może użyj ciepłej wody, powinna się już podgotować.

- Oszalałeś? W ten sposób tylko byś sobie zaszkodził. Widać, że nie pochodzisz z Północy.

- To mi właśnie dzisiaj wytknięto...

- Poczekaj, mam lepszy sposób.

Ze zdziwieniem ujrzał jak zrzuciła resztę odzienia powyżej pasa i na wpół naga wsunęła się pod skóry. Uchwyciła jego stopy i przytuliła je do własnych piersi.

- Czujesz coś? Powiedz, że coś czujesz!

- Tak, Szlachetna Pani, czuję, że cię kocham, bo jesteś cudownie ciepła... I masz sztywne sutki...

- Dzięki wszystkim bogom, zachowałeś czucie, nie stracisz nóg! - Z radości przywarła wargami do jego stóp, co także zdołał odebrać zmysłem dotyku.

- Pani Rianno, to zwykle ja całuję twoje stopy i chciałbym, aby tak zostało...

- A ja obiecałam, że zawsze stanę u twego boku... A tymczasem...

- I tak właśnie uczyniłaś, sam widziałem...

- Ale mogło to wyglądać inaczej... Nie ułożyłam tego z Brianem... Przyniósł tylko ten list...

- Wiem... Miejsce naszej schadzki wydał zarządca... Może zresztą nie tylko to... Zbyt wiele zobaczył trzy dni temu, a nie zdążyłaś usunąć głupca ze stanowiska.

- Teraz na pewno o tym nie zapomnę. I nie skończy się na samym zwolnieniu. Nie możemy zwlekać, nie dość, że zdradził, to jeszcze rzeczywiście wie obecnie za dużo o różnych sprawach. A co do twoich słów... Czy raczej słów jarla... Północ ma pana... Pani Północy także.

- Może zechciałabyś to udowodnić? Przemarzłem podczas dzisiejszego polowania, mam dreszcze i życzyłbym sobie, aby ktoś rozgrzał mnie w tym posłaniu.

- Takiemu życzeniu pana Północy pani tej krainy nie odmówi nigdy.

Troskliwie owinęła jego rozgrzane nieco stopy jakimś futrem, po czym przysunęła się i przywarła do nagiego, spragnionego ciepła ciała. Na twarzy poczuł jej pocałunki, na torsie pełne piersi i sztywne sutki, na plecach uścisk ramion, na przyrodzeniu twardość klamry od pasa który nosiła, na nogach śliskość skóry wysokich cholewek ekstrawaganckich butów oraz delikatny na szczęście dotyk metalu ostróg i obcasów.

- Jestem zmęczony i chyba zasnę, wybacz pani Rianno...

- Nie możesz teraz spać, lepiej żebyś zachował świadomość!

- Znajdź więc na to jakiś sposób, piękna pani...

- Może taki? - Wymierzyła dłonią dwa niezbyt silne, właściwie symboliczne policzki.

- Wiem, że stać cię na coś więcej...

Zamiast odpowiedzi sięgnęła ku jego męskości, która zareagowała z dużą gotowością.

- Czy ty aby nie oszukujesz, mój książę? Z tą sennością?

- Podczas takich łowów jak dzisiejsze, wszystkie podstępy są dozwolone.

- Lepiej nic nie mów.

Zamknęła mu usta pocałunkiem. Nadal ocierając się całą swoją osobą o jego nagie ciało objęła palcami pobudzonego już penisa, po czym poruszyła kilka razy dłonią w górę i w dół, szczególnie mocno dociskając spodnią część narządu. Dobrze znała sposób reakcji męża i wiedziała, co okaże się najskuteczniejszą metodą doprowadzenia do pełnej sztywności. Po chwili sięgnęła wolną ręka ku klamrze własnego pasa.

- Wybacz. Nie zdołam sama zdjąć tych butów, ty jesteś zbyt słaby aby przy tym usłużyć, a tutaj nie możemy zniszczyć kolejnych ubrań - nawiązała do ich niedawnej zabawy ze sztyletem i spodniami. - Musimy poradzić sobie w inny sposób...

- Oczywiście, że poradzimy.

Tym razem to on przerwał jej pocałunkiem. Przerwał rozmowę, ale nie czynności przy klamrze pasa szlachetnej pani. Przeciwnie, gdy wreszcie zdołała ją rozpiąć, pomógł przy ściągnięciu w dół spodni oraz podwójnej bielizny. Jego palce wykazały się przy tym odzyskaną cudownie zręcznością. Zamierzał wykorzystać tę sprzyjającą okoliczność dla zrewanżowania się pani Riannie pieszczotami jej odsłoniętego miejsca rozkoszy, ale nie pozwoliła na to. Z pewną ostrożnością, ale bez żadnej zwłoki i w sposób absolutnie zdecydowany wprowadziła jego męskość we właściwy otwór, całkiem zresztą wilgotny. Może był to jeszcze ślad po pobudzeniu wymierzaniem chłosty? A może źródła podniecenia szlachetnej pani należało szukać w późniejszych, bardziej mrocznych wypadkach? Nie dbał o to, wolał myśleć, że sam jest tą najważniejszą, jeśli już nie jedyną przyczyną...

- Powoli, ruszaj się bardzo powoli – wyszeptała, ponownie biorąc go w ramiona, mocniej przywierając całym ciałem i oplatając nogi własnymi. - Musisz się rozgrzać, ale nie za szybko! A ja chcę stopić tamten lód, na zawsze...

Z przyjemnością wykonał polecenie. Czuł gorącą wilgoć jej wnętrza, ona sama wydawała się płonąć ogniem i emanować ciepłem silniejszym nawet niż te obecne w palenisku. Ogniem i ciepłem, które pozwalały odegnać wspomnienie lodu... Poruszał biodrami niespiesznie, niemal niedostrzegalnie. Odpowiadała w podobny sposób, całą siłę skupiając na uścisku ramion i nóg. Nie miał pojęcia, ile minęło czasu gdy tak leżeli, złączeni i objęci ramionami, dzieląc się bliskością, rozkoszą oraz ciepłem. Spełnienie narastało powoli, rodząc się gdzieś w głębi i wznosząc ku otoczonemu wilgotnym żarem przyrodzeniu. Trwało to długo, bardzo długo... Wreszcie nadeszło uwolnienie, niezbyt gwałtowne, za to przeciągające się w cudowny dla obojga sposób... Jęczał cicho z zadowolenia. Potem odpoczywali spokojnie, nadal zjednoczeni, chociaż sztywność jego męskości nie wydawała się już tak okazała... Czuł jednak ciepło, wreszcie prawdziwe ciepło.

Poruszyła się w końcu. Mniej już skory do szturmu penis wysunął się z gościnnego otworu.

- Wybacz, muszę teraz wyjść na zewnątrz. Nadchodzi wieczór, trzeba doglądnąć koni, tamtych także, jeżeli mają nam jeszcze posłużyć, choćby przez krótki czas.

- Pomogę ci – odpowiedział odruchowo.

- Nie bądź głupcem, książę. Nie masz nawet butów. Właśnie, twoje buty i spodnie trzeba koniecznie odszukać, ogrzać, wysuszyć przy ogniu. Innych części garderoby użyczy ci Brian. Mam nadzieję, że zdołasz to znieść. Na szczęście, nałożyliście dzisiaj podobne kubraki. Postaramy się wrócić jutro do zamku już po zmroku, nikt nie powinien niczego zauważyć.

- A potem spalę to wszystko w kominku, nie możemy zostawić takiego śladu.

- Teraz jednak te łachy bardzo się przydadzą, skoro ja sama... Leż tu spokojnie i odpoczywaj w cieple... Tylko nie zasypiaj.

- To może pomyślę o jakimś kolejnym sposobie ogrzania zziębniętego myśliwego?

- Cóż takiego przychodzi ci do głowy, Bastianie?

- Pani, przez ostatnie dni czułem się zazdrosny...

- O Briona, ależ...

- Nie, Rianno. O Kruka... Poświęcałaś temu ogierowi prawie każdą chwilę i każdą myśl. Może zechciałabyś tego wieczora przejechać się dla odmiany na innym wierzchowcu? I prawdę mówiąc, jestem rzeczywiście zbyt zmęczony aby usłużyć ci przy zdejmowaniu butów. A wyziębiona skóra mniej odczuje skutki możliwej niecierpliwości amazonki. - Wskazał wzrokiem na jej ostrogi i obcasy.

- Nie obawiasz się, Rafenie? Po tym, co tu dzisiaj ujrzałeś? - Spojrzała mu poważnie w oczy.

- Szlachetna Pani! Gdybym kiedykolwiek miał odczuwać taki strach, to już nigdy nie zdołałbym wejść do twego łoża, nigdy nie wyruszyłbym z tobą na polowanie, nie potrafilibyśmy pójść do łaźni czy spożyć wspólnie wieczerzy, nie mówiąc już o odpoczynku przy ogniu... I nie mógłbym odwiedzać twoich włości w księstwie Dalekiej Północy...

- Dobrze więc... Stanie się jak sobie życzysz, panie Północnej Krainy... Bo Północ posiada swego pana, i tak zostanie, dopóki będę miała w tej sprawie cokolwiek do powiedzenia... Ale pod jednym warunkiem, mój książę...

- Szlachetna Pani?

- Powaliliśmy dzisiaj razem najgroźniejszego wilka tych lasów, ale nie możemy ogłosić triumfu. A byk znowu uszedł... Chcę zapolować jeszcze raz, gdy tylko poprawi się pogoda, z tobą u boku. Pan i Pani Północy nigdy nie rezygnują.

Komentarze

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany