Opowiadanie użytkownika 0bi1

Historia stworzenia - rozdział 7

local_library124 comment0 thumb_up0
Historia stworzenia - część 7

    Droga powrotna zajęła nam o wiele więcej czasu. Przede wszystkim ciągle musiałyśmy mieć się na baczności, gdyż jak się okazało, statki Obcych, które spaliłyśmy, nie były jedynymi. Nad naszymi głowami od czasu do czasu, przelatywały pojedynczo, lub w większych grupach, zmuszając nas do ukrywania się pod drzewami, w załamaniach skalnych, lub w dołach i wykrotach. Nie zamierzałyśmy trafić do niewoli, zachowywałyśmy więc wzmożoną czujność. Do pewnego momentu sporo czasu traciłyśmy również na pozyskiwanie pożywienia, ale gdy zaczęłyśmy używać do polowania pałek paraliżujących, zdobytych od Obcych, dorżnięcie unieruchomionego zwierzaka było już dziecinnie proste. Niestety po pewnym czasie przestały działać i stały się bezużyteczne. Porzuciłyśmy je, zachowując tylko niezwykle ostre i wytrzymałe noże. I oczywiście klucze do „pająków”. Uznałam, że lepiej je mieć.

    Po dwóch miesiącach, dotarłyśmy do dżungli, którą dobrze pamiętałam z pierwszego marszu. Wszystkie trzy miałyśmy już dobrze zaokrąglone brzuszki, w których młode dokazywały w najlepsze. Tempo marszu spadło, a nasze piersi nabrzmiewały coraz bardziej. Zastanawiałam się, jak to możliwe? - przecież samiec nie dostarczał nam codziennej porcji mleczka, a mimo to nasze młode nie sprawiały wrażenia cierpiących głód. Czym się żywiły? - nie miałam pojęcia. Tak samo, jak nie wiedziałam, co wypełnia nasze piersi, skoro nie było nadwyżek samczego mleczka.

    Brak samca w naszym stadzie sprawił także, że same musiałyśmy decydować o sobie. Nie byłyśmy na to gotowe. Całe życie szłyśmy za przewodnikiem stada, a teraz zostałyśmy pozbawione przywódcy. Jednak zauważyłam, że Kaja i Ena podporządkowały się mojej ocenie sytuacji, obdarzając mnie zaufaniem, jakbym to ja była samcem. Dzięki temu, zawsze spałam pośrodku, otulona z dwóch stron gorącymi futerkami moich towarzyszek, ale także pierwsza byłam zaspokajana. Prześcigały się, która lepiej zrobi mi dobrze, tak jakby od tego zależała ich pozycja w stadzie. Korzystałam na tym, będąc wielokrotnie pieszczona w ciągu dnia. Oczywiście odwdzięczałam się, choć zdarzało się, że zaspokojona, pozostawiałam je samym sobie, aby wzajemnie rozładowały napięcie. Pozwalałam im także używać mojego kamienia, noszonego niezmiennie na rzemieniu. Pieszczoty bardzo wzmacniały poczucie wspólnoty w stadzie.

    Gdy dotarłyśmy na obrzeża dżungli, przed naszymi oczami rozpostarł się widok na sawannę. Stałyśmy obserwując ją dość długo, instynktownie czując, że wychodząc na otwartą przestrzeń, wystawimy się na ogromne ryzyko pojmania przez Obcych, przed którymi nie będzie gdzie się ukryć. Kiedy dostrzegłam w oddali błysk słońca odbity w latającym obiekcie, podjęłam decyzję o wycofaniu się w głąb dżungli. Wydawało mi się, że tylko pod osłoną bujnej zieleni, będziemy miały szansę na życie bez błyszczących pająków, kierujących naszymi ruchami i codziennego chędożenia przez Obcych. Szansę na wolność i swobodę. A w sytuacji, gdy wszystkie nosiłyśmy w swoich brzuszkach potomstwo, bezpieczeństwo wydawało się dla nas bezcenne. Bo tak naprawdę, nie miałyśmy pojęcia, jakie Obcy mają plany dotyczące tysięcy młodych, które wkrótce ujrzą świat. Część z nich, to będą potomkowie samców naszego gatunku, ale wiele samic powije młode, spłodzone członkami Obcych. Czy pozwolą przetrwać tylko im? Raczej nie przerobią na pokarm własnych dzieci.

    Zaczęłam powoli rozumieć cel ich działań. Wyeliminowali wszystkich samców naszego gatunku, aby odebrać ich samice i chędożyć je swoimi podwójnymi maczugami, płodzić jak najwięcej potomstwa. Z pewnością z nowego miotu zabiją wszystkie samczyki, pozostawiając przy życiu tylko samiczki, które w przyszłości będą musiały kopulować tylko z ich potomkami, bo innych samców już nie będzie. Nawet, jeśli jacyś pojedynczy przedstawiciele naszego gatunku przetrwają, to nowe pokolenie szybko doprowadzi do ich wyginięcia. Będzie ich zbyt wielu.

    Nie przestawałam się martwić o maleństwa w moim brzuszku. W tej sytuacji, bezpieczniej dla nich byłoby mieć w sobie krew Obcych. W przeciwnym wypadku los samczyków był przesądzony. Skąd wiedziałam, że nosze w sobie więcej maluszków? Natura wyposażyła nas w mechanizm pozwalający przetrwać, pomimo wielu niebezpieczeństw, wynikających z pogody, zagrożenia ze strony drapieżników i chorób. Mioty zazwyczaj były mnogie. Maluchy rodziły się po dwa, trzy a bywało że i sześć. Pewnie dlatego jako samice miałyśmy po trzy pary piersi, by wystarczyło ich do wykarmienia tak mnogiego miotu.

    Ena pierwsza powiła trójkę maluchów. To były dwa samczyki i jedna samiczka. Piękne, porośnięte mięciutkim futerkiem, typowe maluchy naszego gatunku. Kolor sierści odziedziczyły po ojcu i tylko to różniło je od innych przedstawicieli stada, z którego się wywodziłyśmy. Młode szybko musiały zacząć się poruszać, wprawdzie na wszystkich czterech kończynach, ale tylko to pozwalało przetrwać w otaczającym nas środowisku. Wykorzystując wszystkie sześć piersi Eny, ssały mleczko, które pojawiało się w nich nie wiadomo skąd. Dzięki niemu rosły niemal w oczach. Gdy miały około miesiąca, zaczęła rodzić Kaja.

    To, co wyszło spomiędzy jej ud, zupełnie odbiegało wyglądem od maluchów Eny. Pierwsza była samiczka, zupełnie pozbawiona sierści, poza niewielką ilością rzadkich czarnych włosków na górze głowy. Ale nie to było najdziwniejsze, bo pomyślałyśmy, że może później jej ciało okryje się sierścią. Najbardziej zaskoczyło nas to, że miała tylko dwa sutki. Jak taka ułomna samiczka poradzi sobie w przyszłości z wykarmieniem swoich miotów? Współczułyśmy jej, ale kolejny maluch sprawił, że przestałyśmy się martwić brakiem czterech piersi. To był samczyk. Tak samo nieowłosiony jak samiczka, ale na szczęście miał tylko jednego chędożnika, zupełnie jak nasze samce. Dwa kolejne były identyczne jak ten pierwszy. W pierwszym odruchu chciałyśmy się pozbyć odmieńców, ale Kaja wyszczerzyła zęby, szykując się do obrony swojego potomstwa. Odpuściłyśmy.

    Gdy przyszła kolej na mnie, okazało się, że nasienie Obcego zapyliło moje ziarenko o wiele skuteczniej, niż mleczko Raga. Na świat wydałam trzy samiczki i jednego samca. Wszystkie bez sierści, dwusutkowe i bardzo podobne do maluchów Kai. Tak samo nieporadne. Widziałam ile zachodu potrzeba, by utrzymać przy życiu te dziwne stworzenia powite przez Kaję i czekało mnie to samo. Ale dzieliłyśmy się obowiązkami i gdy dwie ruszały na polowanie, to trzecia zostawała, otaczając opieką wszystkie, karmiąc je na tyle, na ile pozwalały jej zasoby mleka. Brak sierści naszych maluchów sprawiał, że drżały z zimna i nie pomagało nawet przytulanie ich do naszych ciał. Zresztą nie mogłyśmy być przy nich stale, więc zaczęłyśmy owijać je w skóry upolowanych zwierząt. To zdecydowanie pomogło przetrwać najtrudniejszy okres niemowlęctwa.

    Minął rok, a potomkom Obcych nadal nie wyrosła sierść, ale za to zaczęły mówić i stawiać pierwsze kroki. Dzieci Eny chodziły i biegały od wielu miesięcy, ale jeszcze nie nauczyły się mówić. Nasze były pod tym względem bardziej rozwinięte. Te miesiące ujawniły jeszcze inną przypadłość młodych samców. Do ich pustych woreczków zawitały orzeszki. I to w zwiększonej ilości. Samczyki Eny miały po jednym, co jest zupełnie normalne, ale moje i Kai odziedziczyły po Obcych po jednym dodatkowym. W niczym to nie przeszkadzało, a my cieszyłyśmy się, że chociaż ich chędożniki są zwyczajne, pojedyncze i wiszące nad woreczkiem, a nie chowane do środka, jak u tych dziwnych stworzeń, które zawładnęły naszym światem.

    Mijały lata, żyliśmy w miarę spokojnie w dżungli, nasze potomstwo rosło, lecz ci, którzy nie mieli sierści, nie doczekali się jej. Ich skóra była gładka, jedynie pod pachami i w okolicach narządów rozrodczych pojawiły się kępki pokręconych włosków. Stało się to mniej więcej w czasie rozpoczęcia krwawienia u młodych samiczek. Wtedy też chędożniki samców wyraźnie się powiększyły i zaczęły wiele razy w ciągu dnia twardnieć. Coś trzeba było zrobić, by zapobiec zbyt bliskiemu pokrewieństwu.

    Postanowiliśmy opuścić dżunglę, która dawała nam schronienie i wyruszyć na południe, w nasze rodzinne strony.Zachowując wyjątkową czujność, wyruszyliśmy na otwarte równiny. Marsz zajął nam wiele dni, podczas których nie widzieliśmy żadnych latających obiektów. Czułam jakiś dziwny niepokój. Wydawało mi się podejrzanym, że Obcy nie latają nad nami. Już tak przywykłam do nich, że nie wyobrażałam sobie czystego nieba. Jednak takie było. Bez Obcych.

    Gdy wreszcie spotkaliśmy pierwszych ludzi, wszystko się wyjaśniło. Stado jak nasze, składało się z dorosłych samic i młodych. Część z nich miała normalną sierść, ale zdecydowana większość była taka jak dzieci Kai i moje. Długie włosy rosły im tylko na głowie. Od starszych samic dowiedziałyśmy się, że obcy odlecieli już wiele lat temu. Przerobili samców na pokarm, zapłodnili samice i ich czas w naszym świecie dobiegł końca. Teraz już śmielej ruszyliśmy na południe, w poszukiwaniu swoich terenów i dawnego stada. Było tam gdzie dawniej, ale nie było już takie samo. Brakowało dorosłych samców. Wprawdzie młodzież już zaczynała walczyć o przywództwo, ale jednak to ciągle byli młokosi. Dołączyliśmy do pozostałości dawnego stada i żyliśmy spokojnie kolejne dwa lata, po których wszystko wróciło do normy. Tyle, że przywódcą, który wywalczył sobie prawo chędożenia wszystkich samic, został najsilniejszy i najsprytniejszy potomek Obcych. Jego potomstwo rodziło się bez sierści, z dwoma sutkami i dwoma orzeszkami. Nowy gatunek zaczynał dominować.

Dalej już wszystko potoczyło się samo.

Komentarze

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany