Opowiadanie użytkownika 0bi1

Historia stworzenia - rozdział 6

local_library195 comment0 thumb_up0
Historia stworzenia - część 6
03-04-2019 11:52

    Minęły kolejne trzy miesiące, podczas których przygotowałyśmy sobie w lesie wiele kryjówek, dających nam możliwość szybkiego zniknięcia, w przypadku pojawienia się Obcych. Okazały się bardzo przydatne, zwłaszcza te na skraju, pozwalające bezpiecznie obserwować obozowisko, pozostając niezauważoną. W ten sposób dowiedziałyśmy się, że w nocy Obcy pozostawiają na straży tylko trzech wartowników. Wszyscy pozostali śpią w stojących na środku obozu latających obiektach. Zadaniem strażników nie było pilnowanie samic (wykonywały to za nich błyszczące pająki, niepozwalające wykonać żadnych ruchów, bez zgody zarządcy), ale ostrzeżenie przed ewentualnym atakiem z zewnątrz. Wraz z upływem czasu ich czujność zmalała, bo w najbliższej okolicy nie było już nikogo, kto mógłby zagrozić Obcym. Wszystkie samce zostały przerobione na mięso, a samice uwięzione. Coraz więcej czasu zabierało latającym obiektom, dostarczanie świeżego towaru. Musiały latać bardzo daleko, aby upolować jakieś stado.

    Postanowiłyśmy wykorzystać zmniejszoną czujność Obcych. Nie było to trudne, gdy dysponowałyśmy ich bronią. Najpierw jednak musiałyśmy się nauczyć nią posługiwać. To było łatwe – wystarczyło wycelować w kogoś i wcisnąć czerwony przycisk. Sprawdziłam to, unieruchamiając Enę. Gdy wróciła jej władza w rękach i nogach, wzięła broń, wycelowała we mnie, paraliżując mnie drugi raz w życiu. Badając na sobie zasięg, doszłyśmy do czterdziestu kroków. Powyżej tej odległości, urządzenie nie wyrządzało już żadnej szkody. Uzbrojone w wiedzę i broń, unieruchomiłyśmy pierwszych Obcych, którzy weszli do lasu. Poczekałyśmy ukryte w swoich zakamuflowanych norach, aż wejdą głębiej w gąszcz krzaków, po czym użyłyśmy czerwonego przycisku. Obcy stanęli, a my doskoczyłyśmy do nich, podrzynając gardła bezbronnym samcom. Zabrałyśmy ich noże, klucze do zakładania pająków i paraliżujące pałki. Ciała zakopałyśmy, przykrywając świeżą ziemię igliwiem i liśćmi.

    Gdy do obozowiska Obcych nie powróciły kolejne dwa dwuosobowe patrole, przestali je wysyłać oraz zwiększyli liczbę nocnych wartowników do czterech. Jeszcze przez długi czas obiekty latające nad drzewami, poszukiwały zaginionych, ale ich akcja skończyła się niepowodzeniem. Przeczekałyśmy to ukryte w jaskini. Miałyśmy teraz siedem noży i tyle samo pałek paraliżujących. W naszych głowach zaświtał pomysł, żeby to wykorzystać przeciwko Obcym, ale na większą skalę. Jeszcze nie do końca wiedziałyśmy jak to zrobić, ale oczywistym wydawało się wykorzystanie nocnych ciemności i zmniejszoną w tym czasie ilość Obcych. Początkowo nie spieszyłyśmy się wiedząc, że jeden błąd może zrobić z nas niewolnice, ale gdy zobaczyłam rosnący brzuch Eny i brak krwawienia comiesięcznego u mnie, zrozumiałam, że nie możemy tego zbytnio odwlekać. Gdy urosną nam brzuchy, już nie będziemy tak sprawne. W dodatku poprószył śnieg. Pierwszy raz widziałam coś takiego, jednak spostrzegłam, że zostawiamy na nim wyraźne ślady. Odciski naszych stóp łatwo mogłyby doprowadzić do naszej kryjówki. To stwarzało zbyt duże ryzyko wytropienia przez Obcych. Na szczęście śnieg szybko stopniał, ale z realizacją planu trzeba było się spieszyć. Zbliżała się zima.

    Zwaliste chmury wiszące na niebie, zapowiadały ciemną noc. Postanowiłyśmy, że to będzie dziś. Rzemieniami zawiązałyśmy dwie paczki – jedną z nożami, drugą z paralizatorami. Na trzeci rzemyk nawlekłyśmy klucze do otwierania obręczy pająków. Do tego, każda z nas zabrała swój łuk i strzały. Schowałyśmy wszystko w kryjówce najbliższej krawędzi lasu, w której odczekałyśmy do północy. Obcy już spali w swoich latających obiektach. Ustaliłam z Eną, że każda z nas musi unieruchomić po dwóch strażników. Mając pałki paraliżujące, cała trudność sprowadzała się do podejścia niezauważoną, na odległość mniejszą niż 40 kroków. Na wszelki wypadek, każda z nas wzięła ze sobą także łuk i strzały. Użycie ich w nocy mogło być kłopotliwe i nie gwarantować celności, ale byłyśmy już tak bardzo przyzwyczajone do noszenia ich, że zrobiłyśmy to odruchowo.

    Rozdzieliłyśmy się. Ena musiała obejść obóz dookoła, by unieszkodliwić strażników pilnujących z tamtej strony, więc odczekałam kilka chwil, zanim zaczęłam się skradać. Wykorzystywałam do ukrycia się każdą nierówność terenu, czołgając się od dołka do dołka, kryjąc za wystającymi kamieniami lub pojedynczymi krzakami. Pierwszego strażnika sparaliżowałam bez żadnych problemów. Mogłam do niego podejść i ostrym nożem pozbawić żywota. Był jednak na tyle duży, że nie zdołałam go utrzymać i padając na ziemię, narobił hałasu, który przykuł uwagę drugiego, znajdującego się poza zasięgiem rażenia paralizatora. Na szczęście był w zasięgu strzały. Zanim się zorientował, że kumpel nie żyje, a w jego miejscu stoi samica, pierwsza strzała przecięła mu aortę. Druga wystrzelona tuż po pierwszej, wbiła się w oko. Zachowałam zimną krew, dzięki czemu nawet mi ręka nie drgnęła. Pobiegłam w kierunku środka obozu, kryjąc się za obiektami latającymi, aby upewnić się, że Ena poradziła sobie z pozostałymi strażnikami. Wyszła mi na spotkanie, niosąc w dłoniach jeszcze po dwa paralizatory i noże.

    Nie było czasu na świętowanie radości. Budziłyśmy samice pojedynczo, uwalniając je z błyszczących pająków. Tym młodszym, sprawniejszym, niebędącym w widocznej ciąży, dawałyśmy nóż albo paralizator, instruując jak się go używa. Kazałyśmy im dobrać się parami, uzbrojonymi w pełen zestaw i ustawić się przy wejściach do latających obiektów. Gdyby jakiekolwiek drzwi się otworzyły, miały zaatakować paralizatorem i dorzynać wszystkich Obcych. Po tym, czego doświadczyły, były bardzo chętne do podcinania gardeł najeźdźcom. Starszym samicom przekazałyśmy klucze do pająków i wysłałyśmy je do uwalniania kolejnych. Do świtu wszystkie samice były uwolnione, a Obcy wyrżnięci. Ich latające obiekty spaliłyśmy, rozniecając wewnątrz ogromne ogniska, z chrustu nanoszonego wysiłkiem wszystkich uwolnionych.

    Kaja gdy nas zobaczyła, nie panując nad rozpierającym ją szczęściem, rzuciła mi się na szyję, oplatając ją ramionami i chaotycznie całując twarz. Z nadmiaru emocji zaczęła sikać, gorącymi strumieniami moczu zraszając sierść porastającą moje nogi. To było chwilowe ciepło ogrzewające uda, łydki i stopy, po którym poczułam chłód. Ale cieszyłam się wraz z nią. Tak samo serdecznie uściskała Enę, oczywiście tym razem bez sikania, bo wcześniej już opróżniła cały pęcherz. Pozbierałyśmy swoje rzeczy i te przedmioty Obcych, które uznałyśmy za użyteczne, po czym oddaliłyśmy się od ogromnego stada samic. Byłyśmy zmęczone po nieprzespanej nocy, więc ukryte w swojej jaskini za wodospadem, przytulone do siebie, przespałyśmy do południa.
Śniło mi się, że Rag chędoży mnie na leśnej polanie, ale robi to w taki sposób jak Obcy, który mnie zaskoczył i wykorzystał. Wyraźnie czułam maczugę poruszającą się w mojej ciaśniejszej dziurce. Zdziwiło mnie to, bo przecież Rag nigdy tak nie robił. Zawsze chędożył tylko szparkę przeznaczoną do kopulacji. To Obcy zapędził się tam, bo nie miał gdzie wepchnąć drugiego chędożnika.

    Niby mnie to dziwiło, ale sprawiało przyjemność. Poczułam także palce wciskające się do norki, wilgotnej z podniecenia. Obudziłam się, a właściwie uczyniło to przyjemne uczucie płynące z okolicy chędożki. Jakiś gorący języczek lizał najwrażliwsze miejsce – twardszy punkt na jej szczycie. Uśmiechnęłam się, nie otwierając nawet oczu. Czyjaś dłoń zaczęła pieścić moje piersi – najpierw te górne, potem drugi rząd, a w końcu te najbliższe pachwin. Zaczynałam tonąć w błogości, tak płynnie przechodząc od miłego snu, do rzeczywistej rozkoszy. Kolejne dwie dłonie dobrały się do moich sutków. Cieszyłam się, że jest ich tyle - dla każdej dłoni po dwa. Otworzyłam na chwilę oczy, spoglądając z wdzięcznością na Enę. Skoro ona bawi się moimi piersiami, to pomiędzy udami musi być Kaja, chcąca w ten sposób podziękować za uwolnienie.

    Uniosłam ręce do piersi Eny. Najwygodniej było mi chwycić w dłonie te najwyżej położone, ale nie poprzestawałam tylko na nich. Te środkowe i dolne dostały także swoją porcję pieszczot. Ena dyszała podnieceniem, więc pociągnęłam ją ku sobie, ustawiając jej chędożę nad swoimi ustami. Lizałam wilgoć spływającą spomiędzy jej warg, sama będąc w tym czasie chędożoną w obie dziurki, przez Kaję i czując gorące usta na swoim magicznym punkcie. Byłam już bliska orgazmu, ale starałam się najpierw dogodzić Enie. Nie udało się. Przestałam nad sobą panować, wpadłam w drgawki, po ciele rozeszła się gorąca fala ekstazy, a pęcherz moczowy wyrzucił całą gorącą zawartość wprost w zaskoczoną buzię Kai. Nie widziałam jej miny, gdyż zaraz po ochłonięciu powróciłam do lizania Eny. Wkrótce ona także szczytowała, prężąc się nade mną w ekstazie i tryskając gorącymi źródłami prosto w moją buzię. Mocz zalewał moje usta, ale uśmiechałam się szczęśliwa z ponownego połączenia naszego stada i odnalezienia dawnej bliskości. Oczywiście brakowało nam samca, choć teraz już potrafiłyśmy same o siebie zadbać. Wspólnie odwdzięczyłyśmy się Kai, pieszcząc jej piersi, dupkę i chędożkę. Zapach rozlanego moczu, tylko potęgował podniecenie i doznania, więc stosunkowo szybko doprowadziłyśmy ją do szczęśliwego końca. Zawyła z rozkoszy, wstrząsana potężnymi spazmami orgazmu. Teraz wszystkie byłyśmy zaspokojone i gotowe do działania.

    Obmyłyśmy się w wodospadzie, zjadłyśmy resztki upieczonej wczorajszego dnia sarny i pozbierawszy wszystkie potrzebne rzeczy, wyruszyłyśmy na południe. Nie zamierzałyśmy zostawać w tej chłodnej krainie, kiedy przyjdzie zima. Chciałyśmy wrócić do swoich.

Komentarze

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany