Opowiadanie użytkownika 0bi1

Historia stworzenia - rozdział 4

local_library142 comment0 thumb_up0
Historia stworzenia - część 4

    Tego dnia nie udało nam się niczego upolować podczas wielogodzinnego marszu. Las przez który wędrowaliśmy, był także bardzo ubogi w jagody i inne owoce. Dlatego Rag przerwał naszą podróż na długo przed zmrokiem. Uzbrojeni w łuki i strzały, rozeszliśmy się po okolicy, w poszukiwaniu jakiejś zdobyczy, która pozwoliłaby zapełnić brzuchy przed udaniem się na spoczynek. Teren był górzysty, a obozowisko rozbiliśmy nad małym strumykiem. Na tyle małym, że nie było w nim żadnych ryb. Postanowiłam pójść wzdłuż niego licząc, że może doprowadzić mnie do większego potoku, obfitującego w jedzenia. Idąc, oczywiście rozglądałam się czujnie, by nie umknął mojej uwadze żaden ptak lub zając. Przemieszczanie się wzdłuż strumyka miało tę zaletę, że pragnienie mogłam zaspokoić w każdej chwili i wodą częściowo oszukać głód, ale także dawało gwarancję znalezienia drogi powrotnej. A to w obcej okolicy było bezcenne.

    Instynkt mnie nie zawiódł. Z dala dobiegał cichutki szmer, który w miarę zbliżania się, zamienił się w szum, a wreszcie w potężny ryk. Strumyk, wzdłuż którego szłam, wpadał do szerokiego rozlewiska, utworzonego u stóp wysokiego wodospadu. Woda się w nim kotłowała, ale na obrzeżach dostrzegłam miejsca, gdzie była przejrzysta. Przy jednym z nich przyczaiłam się z napiętą cięciwą łuku. Czekałam cierpliwie na pojawienie się jakiejś ryby, bo doświadczenie mówiło mi, że w takim miejscu, musi być ich mnóstwo. I wkrótce dostrzegłam, długi, obły, ciemny kształt, wpływający w spokojniejszą wodę. Instynktownie wycelowałam i wypuściłam strzałę. Utkwiła w ciele ryby, lecz jeszcze jej nie uśmierciła. Widziałam końcówkę strzały, zmierzającą w środek nurtu. Nie zastanawiając się nad konsekwencjami, rzuciłam łuk i strzały, po czym skoczyłam do wody, by uniemożliwić rzece odebranie mojej kolacji. Jednak nie doceniłam jej siły. Bystry nurt porwał nie tylko zdobycz, ale także mnie. Jednak nie dawałam za wygraną i w końcu złapałam końcówkę strzały. Wraz z trzepoczącą się na jej końcu rybą. Zanim wygrzebałam się na brzeg, byłam kilkaset metrów poniżej miejsca, z którego oddałam strzał. Leżałam chwilę na kamieniach, wpatrując się w rybę. To była wielka głowacica, więc jedzenia wystarczy dla nas wszystkich.

    Kiedy odwróciłam głowę, by sprawdzić, gdzie wyrzuciła mnie rzeka, radość z udanego polowania, zamieniła się w strach. Leżałam w miejscu, gdzie kończy się las, a w dolinie pozbawionej drzew i krzewów, zobaczyłam dziwne, wielkie błyszczące obiekty. Wokół nich było mnóstwo ludzi. Nigdy nie widziałam takiego wielkiego stada, więc przerażona przeczołgałam się do najbliższych drzew i ukryłam w paprociach. Chciałam stamtąd jak najprędzej uciec, opowiedzieć Ragowi, jakie niebezpieczeństwo czeka na naszej drodze, ale przeważyła ciekawość. Gdy minął pierwszy strach, zauważyłam, że ludzie wchodzący i wychodzący z tych wielkich, błyszczących obiektów, są jacyś inni. Gdy przyjrzałam się dokładniej, stwierdziłam, że nie jacyś, tylko zupełnie inni. To nie nasz rasa. Wprawdzie mieli dwie nogi i dwie ręce, ale byli wysocy i szczupli. Ich stóp nie było widać, coś mieli na nich pozakładane, jednak nie przeszkadzało to w chodzeniu. Torsy były osłonięte, podobnie jak ramiona, przedramiona, łydki i uda, czymś twardym, pokolorowanym w nieregularne plamy o różnych odcieniach zieleni i brązu. Także głowa była ukryta w jakimś dziwnym, przylegającym nakryciu, z przeźroczystą taflą w okolicach twarzy. Prawie zlewali się z otoczeniem. Widziałam ich w promieniach zachodzącego słońca. W mroku zapewne byliby niewidoczni.

    Obcy nie byli sami. Wśród nich widziałam wiele samic o sierści takiej jak Raga. Poruszały się jakoś dziwnie, jakby wbrew własnej woli. Zaintrygowało mnie to, więc skupiłam swoją uwagę na nich, zapominając na chwilę o Obcych. Gdy się dobrze przyjrzałam, dostrzegłam błyszczące obręcze na szyjach, nadgarstkach i kostkach stóp. Każda z nich byłą połączona giętką, ale sztywną gałązką z tego samego błyszczącego materiału, z płaskim, okrągłym czymś, na ich plecach. To coś, przy pomocy gałązek, kierowało każdym ich ruchem. Były bezwolne. Niektóre próbowały jeszcze z tym walczyć, ale wszystkie w końcu, widząc bezcelowość swoich wysiłków, poddawały się.

    Obcy, mając nad nimi pełną władzę, wykorzystywali je do różnych zadań. Gdy się przyjrzałam, część samic, wyposażonych w noże (zupełnie inne od naszych – wykonane nie z kamienia, tylko z tego błyszczącego materiału), stało przy długim, ruchomym blacie, na którym leżały zwłoki samców. Te stojącce na początku, zdejmowały z nich skórę, kolejne rozcinały brzuchu i opróżniały ciała z wnętrzności, następne oddzielały mięso od kości. Najlepsze jego kawałki, były pakowane w paczki, które kolejne samice zanosiły do wielkich błyszczących obiektów. Wszystkie odpady były wrzucane do wielkiego, długiego pojemnika, z którego wydobywała się para, a na końcu wypadały przedmioty, kształtem przypominające chędożnika, w takim samym kolorze jaki ma Rag. Obcy karmili nimi samice. Od czasu do czasu, jeden z błyszczących obiektów odrywał się od ziemi i odlatywał do nieba. Gdy wracał, z jego wnętrza wyprowadzano kolejne samice, wśród których ku swojemu przerażeniu dostrzegłam kilka o czarnej sierści, a na blat trafiały nowe ciała samców, również z mojej rasy. To była masowa rzeź.

    Zastanawiałam się, czy samice są im potrzebne tylko jako siłą robocza, czy też w końcu podzielą los samców i staną się mięsem?  Wkrótce miałam się przekonać, do czego ich potrzebują. Jeden z Obcych wyjął prostokątny, świecący dziwnymi symbolami przedmiot i dotykając go w kilku miejscach spowodował, że wszystkie samice przymuszone przez błyszczące pająki na swoich plecach, ustawiły się w szeregu i przyjęły pozycje kopulacyjne. Jednak inne niż my, bo jakby podwójne. Co druga ułożyła się na sąsiedniej, Przywierając piersiami do jej pleców. Obcy odsunęli część pancerza, zakrywającego ich narządy rozrodcze i moim oczom ukazał się niewiarygodny widok. Oni nie mieli chędożników, tylko worek wiszący pod dwoma zasklepionymi otworami. Jeśli mnie wzrok nie mylił, to w przeciwieństwie do naszych samców, w każdym woreczku mieli po dwa orzeszki. Dziwne! Po co im dwa orzechy? Jeszcze dziwniejsze było to, że Obcy nie posiadali żadnego owłosienia. Nie dostrzegłam u nich sierści, na żadnym widocznym fragmencie skóry. W jaki sposób przetrwali zimne noce? Nie miałam pojęcia. Może ogrzewał ich ten pancerz chroniący ręce, nogi i tors?

    Ale to co naprawdę dziwne, dopiero miało nadejść. Okazało się, że jednak posiadają chędożniki! I to podwójne! Gdy samice były już gotowe, z otworów mieszczących się nad woreczkiem z orzechami, wysunęły się dwa długie, grube i szpiczaste węże. Ich głowy były bordowe, a całe trzony błyszczały od pokrywającego je śluzu. Natura wyposażyła ich w narzędzia do masowego i błyskawicznego zapładniania. Nie musieli liczyć na nawilżenie chędożki samicy, bo mieli własne. Od razu byli gotowi do kopulacji. Przystąpili do niej niezwłocznie, wprowadzając swoje organy w dwie samice naraz. Patrzyłam, jak niemal na komendę zaczęli poruszać biodrami. Nie robili tego tak szybko i gwałtownie, jak nasze samce, tylko sprawiali wrażenie delektowania się aktem prokreacji. Ich długie i twarde chędożniki, wsuwały się regularnie do samego końca, wkrótce powodując narastające jęki samic, które nieprzyzwyczajone do długiego chędożenia, zaczęły powoli szczytować jedna, po drugiej. Ich sytuacja nie wydawała się godną pozazdroszczenia, jednak odgłosy kopulacji spowodowały zwilgotnienie mojej chędożki.

    Zadziałałam instynktownie. Zdjęłam z szyi mój magiczny kamień i wsunęłam w siebie głęboko. Zamknęłam oczy, wyobrażając sobie, że to obcy nadziewa mnie na swojego chedożnika. Podniecała mnie jego kamienna twardość, cudownie szorująca po dzyndzelku, sztywnym z ekscytacji. Moją norkę zalewały fale śluzu, powodującego lekki poślizg poruszającego się w niej kamiennego chędożnika. Wystarczyło kilkadziesiąt ruchów, by norka zacisnęła się mocno na wypełniającym ją kamieniu, a ciało przeszył dreszcz ekstazy. Obcy nie mogli usłyszeć jęku towarzyszącego orgazmowi, bo samice chędożone przez nich właśnie grupowo zaczęły szczytować, robiąc przy tym tyle hałasu, że mój pojedynczy skowyt, zginął w morzu innych. Leżałam jeszcze chwilę na wznak, stabilizując oddech i delektując się błogim uczuciem odprężenia.

    Ale gdy przyszło otrzeźwienie, postanowiłam wykorzystać fakt, że wszyscy Obcy są skupieni na chędożeniu i oddalić się niezauważenie. Wypełzłam z paproci po swoją zdobycz i wraz z nią, cofnęłam się w zarośla. Ostrożnie stąpając, by nie narobić hałasu, jakąś nadepniętą gałązką, wycofałam się w głąb lasu. Nie tracąc ani na chwilę czujności, podążałam w górę rzeki, do miejsca, gdzie zostawiłam strzały i łuk. Stamtąd wzdłuż strumienia skierowałam się do naszego obozowiska. Przejście zajęło mi sporo czasu, bo wciąż rozglądałam się dookoła, by nie zostać kolejną ofiarą łowców samic. Przerażała mnie wizja ubezwłasnowolnienia, przez błyszczącego pająka, siedzącego na moich plecach, spędzania dni na oddzielaniu mięsa samców i jedzenia ich w postaci podłużnych przedmiotów. Postanowiłam zrobić wszystko, by tego uniknąć. Tylko jak to zrobić, gdy obcy potrafią wznieść się ponad ziemię i z góry wypatrywać swoje ofiary? Jedynym, co przyszło mi do głowy, to unikanie otwartych przestrzeni. Zawsze trzeba mieć nad sobą gałęzie drzew. Byłam już blisko obozowiska. Właściwie tego, co po nim zostało. Śladów niewielkiego, dopiero co rozpalonego ogniska i porozrzucanych wokół strzał i łuków. I tego co najgorsze – kałuży krwi. Wiedziałam, że Rag nie oddałby swoich samic bez walki. I wiedziałam też, że z Obcymi nie miał szans. Gdyby takie były,  ciała samców nie leżałyby na blacie w obozowisku Obcych.

    Sparaliżował mnie niesamowity strach. To, co zobaczyłam, świadczyło o rozegranej walce. Moje stado wpadło w ręce Obcych, zapewne Rag nie żyje, a samice są zniewolone przy użyciu błyszczących pająków. Zostałam sama. Całkiem sama. W obcym środowisku i w bezpośredniej bliskości istot, które zjadają ludzi, jakby byli zwierzętami i chędożą ich samice. Nie wiedziałam, co mam zrobić. Zawsze samiec dominujący wyznaczał kierunki i zadania. Teraz zostałam sama, zdana tylko na siebie. Nigdy nie decydowałam o swoich poczynaniach, nie wiedziałam, jak to się robi. Widząc ilu samców zostało przerobionych na pokarm, nie mogłam za bardzo liczyć na odnalezienie i  przygarnięcie do jakiegoś stada. Zresztą, znając skuteczność Obcych w tropieniu ludzi, wydawało się łatwiejszym ukrycie w pojedynkę, niż z wieloosobowym stadem. Uświadomiłam sobie, że jeśli chcę przetrwać, to powinnam się ukrywać w samotności, ale przede wszystkim, muszę lepiej poznać swojego wroga i znaleźć jego słabe strony. To nasunęło mi kolejna myśl – że ukrywanie się w pobliżu ich obozowiska, może się okazać najbezpieczniejszym sposobem na przetrwanie, bo nie będą się spodziewać, że ktoś ma tyle śmiałości, by kryć się tuż pod ich nosem. Samotny powrót do rodzinnego stada, nie wchodził w rachubę, bo znajdowało się zbyt daleko, a poza tym, jego naturalnym środowiskiem były sawanny, zbyt łatwe do opanowania przez Obcych. Nie! Postanowiłam zostać.

Komentarze

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany